Przejdź do treści

Żelazne struny wybrzmiewają najmocniej – impresje z The Last of Us Part II

Miałem wobec tej gry oczekiwania ogromne. Raz, że po zapoznaniu się z genialną „jedynką” apetyt na kontynuację znacznie się wzmógł. Dwa, że jako osoba starająca się śledzić uważnie branżowe trendy, nie mogłem zignorować mocy oddziaływania tego tytułu na grową społeczność, a echa burzy, jaka przetoczyła się przez Internet w okolicy jego premiery, tylko podgrzewały atmosferę oczekiwania. No bo cóż to musi być za giera, która wywołuje tak skrajne emocje? Będąc z natury zdeklarowanym spoilerofobem, szczęśliwie zdołałem jednak uniknąć większych przecieków fabularnych, przystępowałem więc do tej produkcji z niemal czystą głową, nie wiedząc za bardzo, czego się spodziewać. I teraz po jej skończeniu, gdy mógłbym się już do tego całego zgiełku odnieść, jedyne, co przychodzi mi w tym temacie do głowy, to stwierdzenie, że naprawdę nie rozumiem, po co te wszystkie kontrowersje. Co w żaden sposób nie zmienia faktu, że sam mam z TLoU2 niemały problem.

Kroczę ciemną doliną śmierci
Ale zła się nie ulęknę, albowiem jestem na nie ślepa
A mój umysł i ma broń są mi pociechą
Bo wiem, że zgładzę mych nieprzyjaciół, gdy nadejdą

Ta gra pod względem narracyjnym jest fenomenalnie dobra. Od samego początku historia prowadzona jest niezwykle hipnotycznie i ukazywana z różnych punktów widzenia – nie mija nawet godzina gry, a my już wcielamy się w troje różnych postaci. Rewelacyjnie wyreżyserowane cutscenki nie pozwalają oderwać wzroku, ale równie dużo (i znacznie więcej niż w pierwszej części) informacji zawartych jest in game, w trakcie gry, gdy kierujemy danym bohaterem lub jedziemy nim konno. Polecam w takich momentach skupić się właśnie na dialogach, jeśli nie chcecie przegapić wszystkich fabularnych smaczków. I choć niby nie dzieje się nic, to sposób, w jaki jest to przedstawione, sprawia, że z jakiegoś powodu napięcie nas nie opuszcza. I rzeczywiście – dość szybko dochodzi do wydarzeń, które zmienią TLoU2 w podroż w rejony rzadko eksplorowane przez gry wideo – bo w głąb zakamarków ludzkiej psychiki, samą Ellie zaś uczynią jedną z najbardziej bezwzględnych żeńskich bohaterek, jakie zrodziło to medium. Mówię o tej dziewczynie, bo tym razem to właśnie ona jest centralną postacią opowieści. Fanów i fanki Joela pragnę jednak uspokoić – jest on oczywiście w sequelu obecny. Został co prawda zmarginalizowany na rzecz swojej wychowanki, nie zmienia to jednak faktu, że wciąż pozostaje dla niej absolutnie kluczowy, jest najważniejszym motywem jej działań. Oboje mają tutaj kilka kapitalnych wspólnych scen, na miarę tych z „jedynki”, spośród których jedna – mająca miejsce w pewnym muzeum – wybija się ponad pozostałe. Co można napisać o scenie w muzeum? Cóż, chyba tylko to, że jest jak studnia. Więc pochylcie się nad nią, a potem zanurzcie się, zachłyśnijcie i wynieście tyle, ile zdołacie. Ja zaczerpnąłem więcej, niż byłem w stanie unieść. Ponieważ ta studnia jest po prostu zbyt głęboka.

Dobroć i łaska podążą za mną przez dni mego życia
I osiądę na tej ziemi po najdłuższe czasy
Smutna chodzę nad łagodne wody, one przywracają mi spokój
Lecz nie mogę stąpać ścieżką prawości, gdyż zbłądziłam

Ta gra pod względem technicznym jest majstersztykiem. Poziom grafiki prezentuje najwyższe standardy i chyba jedyne, co może ją przebić z rzeczy, które widziałem na własne oczy, to RDR2 (ale odpalone na mocarnym pececie. Czyli nie na moim, a więc to nie do końca trafne porównanie). Osobny temat to animacja. Niesamowicie szczegółowa. I nie tylko w cutscenkach. Tutaj wszystko jest animowane, każda aktywność ma swoje odzwierciedlenie na ekranie, począwszy od wprowadzania modyfikacji broni, przez zakreślanie nowo poznanych punktów na mapie, na wpisach do pamiętnika skończywszy (bowiem Ellie prowadzi coś na kształt dziennika, którego czytanie jest jednym z mocniejszych narracyjnie elementów tego tytułu i jednocześnie stanowi świadectwo jej pogarszającego się stanu psychicznego). TLoU2 prezentuje widok zza pleców, trzecioosobowy, ale obróćcie z ciekawości co pewien czas kamerę na twarz postaci, np. w momencie dokonywania skrytego zabójstwa. Zobaczcie ten wyraz, ten grymas (a przecież to totalnie opcjonalne!). Muzyka? Powiedziałbym, że „dwójka” trzyma poziom poprzedniczki, czyli jest dobrze, ale nie byłaby to prawda. Bo jest zwyczajnie lepiej. I to znacznie. A to przez fakt, że w temacie soundtracku TLoU2 ma nad TLoU1 zasadniczą przewagę: zawiera w sobie piosenki, covery znanych kompozycji zaaranżowane przez główną obsadę gry. Wykonania, których chce się słuchać i do nich wracać. Mamy tu Future Days z repertuaru Pearl Jam (a jeśli dodamy do tego fakt, że lwia część gry dzieje się w Seattle, wyjdzie na to, że ktoś tam w Naughty Dog musiał być swego czasu fanem grunge’u), mamy amerykańską pieśń o egzystencjalnym zabarwieniu Wayfaring Stranger, mamy inspirowane Psalmem 23 niezmiernie klimatyczne Through the Valley. Ale nade wszystko dostajemy wyborne, bezkonkurencyjne, kojące odegranie przez Ashley Johnson (czyli grową Ellie) znanego hitu grupy A-ha Take on Me, którego odsłuchanie na YouTube po raz tysięczny i tak nie zaspokoi głodu na kolejny. Można go słuchać w nieskończoność. A jeśli już omawiamy dźwiękowe walory sequela, to muszę wspomnieć, że w jedną z postaci wciela się moja ukochana aktorka voice-actingowa Ashly Burch. Pojawia się co prawda w roli drugoplanowej, ale ja zawsze, zawsze poznam ten głos.

Fizyka? Jezu, zdarzył się w trakcie przechodzenia TLoU2 moment, który wywołał u mnie dosłownie wytrzeszcz oczu. Pokrótce go opiszę. Otóż jedna z zagadek terenowych polega na doprowadzeniu kabla do generatora. Na drodze do celu stoi jednak ogrodzenie, a rzeczony przewód jest za krótki, by przeciągnąć go przez pobliską furtkę do miejsca przeznaczenia. Rozwiązaniem jest przerzucenie go nad przeszkodą, dzięki czemu skraca się odległość i kabel ma wystarczającą długość. I oto: zrobiwszy jak powyżej, pokierowałem Ellie w stronę generatora, zupełnie przypadkowo przechodząc tuż pod zawieszonym na ogrodzeniu kablem. Na tyle blisko, że ten skubaniec… zahaczył o szyję bohaterki, która idąc, zaczęła go ściągać z płotu. Musiałem się nią cofnąć, wyplątać się i obejść przewód. Wow. W każdej innej grze kabel stałby się w tej sytuacji albo zaporą nie do pokonania, na której postać by się „zawiesiła”, albo przeciwnie – całkowicie przepuszczalną strukturą, przez którą można by po prostu przeniknąć. Tutaj zachował w pełni swoje fizyczne właściwości. I co najważniejsze: całe to zajście nie było w żaden sposób wyreżyserowane czy oskryptowane, wynikało wyłącznie z mojego działania, paraboli rzutu kablem czy obranej trasy w kierunku generatora. A mimo to wszystkie systemy odpowiedzialne za fizykę gry zadziałały bezbłędnie. Nie wiem, ile czasu poświęcili twórcy na pracę nad wykrywaniem kolizji, ale ich trud nie poszedł na marne. Należą się wielkie brawa, i to na stojąco. Więc tak. Biorąc pod uwagę grafikę, dźwięk i animację, TLoU2 technicznie jest prawie doskonałe. Piszę „prawie”, bo zdarzyły się też małe babolki. „Aż” cztery przez prawie 30 godzin rozgrywki. Raz, obraz stanął w miejscu na kilka sekund, po czym wrócił do płynności. Dwa, na ekranie przez chwilę wyskakiwały przedziwne artefakty. Trzy, przeciwnik uderzony pięścią wyleciał w powietrze jak wystrzelony z katapulty (szczerze żałuję, że akurat ten bug się nie powtórzył, by wyglądało to przekomicznie). A czwarty błąd? Cóż, medal zawsze ma dwie strony, więc w roli głównej, tym razem negatywnej, znowu obsadzić muszę kabel (ale inny niż poprzedni), który po odłożeniu na miejsce z jakiegoś powodu, jemu tylko znanemu, zaczął tańczyć cza-czę. I to tyle. Lista technicznych grzeszków TLoU2 zamyka się powyższymi. Nie jest więc imponująco długa i nigdy nie miało miejsca coś, co uniemożliwiłoby mi dalszą grę. Rewelacja.

Gameplayowo to w sumie kalka „jedynki”, z pewnymi usprawnieniami. Dochodzi na przykład możliwość czołgania się, a szeregi naszych oponentów zasilają teraz również psy, co wymusza zmianę taktyki i zajęcie się węszącymi czworonogami w pierwszej kolejności, czy to przez odwrócenie ich uwagi, czy to przez eliminację (rozglądam się nerwowo wokół, czy nie idą po mnie obrońcy praw zwierząt). Rozgrywka jest przyzwoita, tyle że… mam z nią duży problem. Będąc bowiem dla mnie tłem przedstawionej opowieści, w pewnym momencie zaczyna męczyć, a pod koniec – stwierdzę wprost – frustrować. Bez wdawania się w szczegóły powiem, że kiedy akcja dochodzi do niezwykle ekscytującego punktu, urywa się, i żeby zobaczyć ciąg dalszy, będziemy musieli cofnąć się w czasie i dojść do tego miejsca ponownie, obserwując wydarzenia z innej perspektywy. Narracyjnie jest to świetny zabieg, tylko że te kilkanaście godzin potrzebne do wyrównania linii czasowych w zdecydowanej większości wypełnione jest żmudnym pokonywaniem kolejnych lokacji i przeciwników, z nosem przy ścianie, w poszukiwaniu potrzebnych surowców czy amunicji. A w grze z tak rozwiniętą historią aspekt czysto gameplayowy szybko schodzi na dalszy plan. Charakterystyczna dla tego medium interaktywność służy już nie rozrywce, a pogłębieniu immersji, potęguje odczucia i emocje płynące właśnie z historii, nie z wykorzystania mechanik gry. I jeśli będąc dość doświadczonym graczem, człowiek wielokrotnie łapie się na myśli, by obniżyć poziom trudności do minimum i dzięki temu bez przeszkód i opóźnień chłonąć opowieść, to wiedzcie, że coś jest na rzeczy. Zrozumcie, jak sugestywna jest to wizja i jak nadzwyczajne jest to doznanie. Jeśli chcecie natomiast potraktować TLoU2 jako symulator szkoły przetrwania o profilu postapo, wciąż jest taka opcja. Survivalowy rdzeń rozgrywki ponoć mocno zyskuje na wyższych niż standardowy poziomach wyzwania, ale ja tego nie testowałem. Wiecie już czemu. Dla mnie ta gra narracją stoi i bardzo podkreślam, że właśnie pod tym kątem najmocniej do mnie trafia.

Napotkałam człowieka na szczycie wzgórza
Zwał on siebie zbawcą rasy ludzkiej
Rzekł, że przybył ocalić świat od zagłady i bólu
Odparłam: jak możesz uratować świat przed nim samym?

Ta gra jest niezmiernie trudna. Wielokrotnie stawia gracza w opozycji do niego samego, żądając robienia rzeczy, na które ten nie ma najmniejszej ochoty (ale nie sądzę, by robiła to, ponieważ jej scenarzysta – N. Druckmann – to wredna świnia. Wydaje mi się, że chce nam raczej w ten sposób przekazać coś ważnego). Pod tym względem jest znacznie trudniejsza w rozumieniu jej i mówieniu o niej niż część pierwsza. Tam było prościej, mieliśmy jakiś punkt zaczepienia, wciąż dało się w tym zniszczonym zarazą świecie odnaleźć pewien sens, pozytywne emocje, chociażby w postaci woli i potrzeby opieki czy ochrony. Tutaj motywacje są inne. Ale fakt, że niełatwo jest normalnemu odbiorcy się z nimi identyfikować, wcale nie oznacza, że nie można spróbować ich zrozumieć. W rzeczywistości, w której – co w pewnym momencie przyznaje sama główna bohaterka – posiadanie kogoś bliskiego jest nie tyle oparciem, ile przede wszystkim słabością, potencjalnym wystawieniem się na cios, musiało nastąpić przedefiniowanie wartości. Tutaj nie ma pozytywnych bohaterów. Są tylko mniej lub bardziej skrzywdzeni, bo zawsze gdy krzywdzi się innych, rani się także samego siebie. I nie ma tu zwycięzców. Każdy coś przegrywa. Nie może być inaczej, jako że jest to gra o nas. O ostatnich z nas. My wszyscy – cała ludzkość – przegraliśmy. Bo w tym świecie zasadnicze Zło się dokonało, Apokalipsa miała już miejsce, a oczekiwane Zbawienie wcale nie nadeszło. Czyżby takie było prawdziwe, niewypowiedziane wprost przesłanie TLoU2? Może po prostu ten świat na ocalenie nie zasługuje? Może zasłużył tylko na potępienie i zatracenie? Zresztą, któż miałby nas zbawić, skoro Boga tu nie ma, bo już dawno porzucił to zagrzybione, pozbawione przyszłości miejsce, a Ellie (która, jak wiemy z pierwszej części, jest w tym uniwersum szczególna, wyjątkowa) przez podjęte wybory, dokonane czyny, przez to, że woli nieść śmierć swoim wrogom niż nadzieję swoim bliskim, znacznie bliżej do narzędzia podtrzymującego zagładę, niż do mesjasza ją zatrzymującego. Ale nie. Zdecydowanie zaznaczam, że zarzuty o gloryfikację czy wręcz fetyszyzację przemocy wydają się tu mocno nie na miejscu. To nie jest bajka dla dzieci i z całą pewnością nie jest to gra do nich skierowana, ale żadna z głównych postaci obu odsłon TLoU nie jest psychopatą ani sadystą. Niejednokrotnie dopuszczają się one rzeczy bardzo brutalnych, ale tu nie chodzi o prostackie epatowanie przemocą. Chodzi o ukazanie jej prawdziwego wymiaru: rujnującego.

Pozostaje odnieść się do zakończenia tej historii. Po wielu godzinach szaleńczej gonitwy myśli i niezmiernie gwałtownej huśtawki nastrojów dochodzimy wreszcie do konkluzji, która zgodnie z zamysłem twórców oczywista być nie może. Interpretacji może być tyle, ile grających. Odnajdziecie w tym zakończeniu dowód na ostateczne potępienie, odnajdziecie również – wbrew wszystkiemu, co napisałem wyżej – nadzieję (zapowiedź?) zbawienia. Zachęcam do samodzielnych przemyśleń. Do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy człowiek, który stracił wszystko, może mimo to paradoksalnie coś zyskać. Gry wideo, w swej krótkiej przecież historii, już dawno wyszły z wieku dziecięcego, przeszły burzliwy nastoletni rozwój i dorobiły się dzieł niesłychanie odważnych, wymykających się jednoznacznym ocenom i prostym klasyfikacjom. Wydoroślały. W kontekście internetowych afer związanych z The Last of Us Part II mogę jedynie wyrazić pragnienie, by w ślad za grami dojrzała też odpowiedzialna za te grandy część społeczności graczy.

Ponieważ kroczę ciemną doliną śmierci
Zła się nie ulęknę, albowiem jestem na nie ślepa
Och, chodzę nad łagodne wody, przywracają mi spokój
Lecz wiem, że gdy umrę ma dusza zostanie przeklęta

Użyte grafiki nie są mojego autorstwa ani moją własnością. Mają charakter jedynie podglądowy i pochodzą ze strony wallpapercave.com
Wyróżniony kursywą tekst to, dostępne w Internecie dla każdego za darmo, polskie tłumaczenie utworu Shawna Jamesa Through the Valley. Jego cover, w wykonaniu Ashley Johnson, został użyty w kampanii marketingowej TloU2. Oświadczam, że to nie ja jestem autorem tego przekładu i nie roszczę sobie do niego żadnych praw. Oświadczam również, że na potrzeby tego bloga dokonałem w nim własnych, niewielkich zmian.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *