
Który to już raz ukończyłem grę z tej słynnej serii o zombie, abominacjach i wszelkiej maści plugastwach? Wychodzi na to, że dwunasty. A zaczęło się to dla mnie dość późno, bo dopiero w 2010 roku. Od Resident Evil 4. Dlatego ten remake od pierwszych zapowiedzi miał dla mnie wyjątkowy charakter.

Kogoś może zastanawiać, że osoba nieznająca klasycznej trylogii RE uważa się za fana tego cyklu, ale zapewniam: tak właśnie jest w moim przypadku. Z wielkim sentymentem wspominam oryginalnego RE4, którego pierwotnie kupiłem wraz z jednym z numerów „CD-Action” (później nabyłem normalne wydanie). Tamta wersja miała sporo cech produkcji, w którą na kompie grać nie należy; mając jednoznacznie konsolowy rodowód, nie zapewniała nawet obsługi myszki (trzeba było wgrywać moda), a wykonanie na klawiaturze sekwencji QTE, z tą ich wariacką matematyką 5+6=Skok, stanowiło nie lada wyzwanie (i nie. Nie chodzi o klawisze numeryczne 5 i 6. Eh, w ogóle słowa te zrozumie tylko ten, kto tak jak ja ogrywał czwartego Residenta na pececie, nie posiadając jeszcze wtedy pada). Nie mogę pisać o nowej wersji RE4 bez porównań ze starszą, ale kwestię tego, która jest w mojej opinii lepsza, rozstrzygnę na końcu.

Fabularnie obie są praktycznie takie same (z małymi różnicami, niemającymi większego znaczenia). Tak więc córka prezydenta USA zostaje uprowadzona. Jej ojciec wysyła w ślad za nią agenta specjalnego. Jeśli ktoś dziwi się, że do tak ważnego zadania zostaje wyznaczona jedna osoba, niechaj dziwić się przestanie, bowiem z odsieczą rusza nie byle kto, lecz ON. Leon. Zawodowiec. Prawdziwy fachura i jednoosobowa armia. Niektórzy twierdzą, że to mruk, ale ja tam Leona lubiłem i lubię nadal. Przeszedł on przez ogień i śmierć Raccoon City, przez co niedane mu było zostać policjantem, a nieprzyjaciele muszą przed nim drżeć. Co ciekawe, polubiłem też nową Ashley. Prezydentówna, która pierwotnie przeszła do legendy gamingu przez równie donośny, co irytujący okrzyk „Leon, help! Heeeeeeeeeeelp!!!”, wywołujący w graczach naturalną reakcję obronną polegającą na chęci posłania w jej kierunku kulki w celu przywrócenia błogiej ciszy, tutaj nie drażni. Potrafi jednak rozkojarzyć: wyposażona w twarz holenderskiej modelki Elli Freyi i kształtną kibić, przebojem wpasowuje się w czołówkę najurokliwszych cyberdziewcząt, sprawiając, że niejednokrotnie miast dokładnie mierzyć w łby bądź odnóża niemilców, głąbowaty człowiek prześlizguje się wzrokiem po tym i owym. Tych dwoje bohaterów stworzy zgraną drużynę, na przekór światu i ludziom złym (tzn. sekciarzom z Los Iluminados).

Jeśli chodzi o rozgrywkę, RE4R także nie zatracił charakteru pierwowzoru: wciąż jest to napakowana strzelaninami gra akcji z minimalną liczbą zagadek, mająca z horrorem tyle wspólnego co Bobby Kotick z byciem ubogim (i ci, którzy narzekali na zbytnie odejście „czwórki” od jej gatunkowych korzeni, zdania przy jej remake’u nie zmienią na pewno). Za to nadal ma sporo punktów stycznych z survivalem: bez upgrade’u broni, poszukiwania i craftingu amunicji oraz traktowania pistoletu jako broni podstawowej aż do samego końca (po to, by najpotężniejsze spluwy oszczędzać na bossów) trudno byłoby ukończyć przygodę.

Dragon Age: Przebudzenie. Dragon Age II. Mass Effect 3. Life is Strange: Before the Storm. Resident Evil 2 Remake. Resident Evil 3 Remake. A Plague Tale: Requiem. Resident Evil 4 Remake. Czemu wymieniam te tytuły? Otóż są to – o ile mnie pamięć nie myli – wszystkie gry, jakie w życiu kupiłem w preorderze (następną będzie Judas od K. Levine’a. Nie wliczam do tej listy kilku produkcji od mniejszych deweloperów, które także nabyłem, zanim się ukazały, a które zostały na swą premierę wycenione sporo taniej, niż obowiązujący wtedy standard cenowy produkcji AAA). Nie było ich więc zbyt dużo. Wiem, że zakup przed dniem debiutu to dla wielu graczy rzecz kontrowersyjna (a może i naganna), ale moim zdaniem są studia i wydawcy, którzy zasłużyli sobie na takie zaufanie. Cały ten długi wywód służy stwierdzeniu, iż optymalizacja RE4R jest cudowna. W erze spektakularnych premierowych wtop pozostała chyba tylko jedna firma, której można wierzyć, że dostarczy od samego początku twór dopracowany w każdym aspekcie i działający bardzo stabilnie. Jest nią właśnie Capcom, który stopniowo wyrasta na mistrza kodu i gwaranta jakości. Bo jak widzicie, rzadko kupuję gry na premierę, ale trzy z czterech moich ostatnich preorderów to remake’i starych odsłon serii RE. I wszystkie działały świetnie już na Day One (czepiałbym się tylko króciutkiego czasu przejścia RE3 Remake, ale to temat z zupełnie innej – zaznaczonej na żółto – beczki). Nie trzeba się więc martwić o stan techniczny niniejszej produkcji, mucha nie siada na zombiaczym truchle. Czy RE4R ma w ogóle jakieś błędy? Przychodzą mi do głowy tylko nieliczne glicze, przejawiające się pośmiertnymi konwulsjami ubitych wrogów, co w grze opowiadającej o pasożytach kontrolujących ludzkie ciała jakoś dziwnie… nie przeszkadza.

To zdecydowanie jeden z tych lepszych, bardziej udanych epizodów sagi RE. W moim prywatnym rankingu przegrywa tylko z odświeżonymi „jedynką” (HD Remaster, 2015), „dwójką” (2019) i Resident Evil Zero (HD Remaster, 2016), rewelacyjną „siódemką” (2017) oraz… z „czwórką” (2005). Tak. Przy wszystkich zachwytach, na jakie ten remake zasługuje, jednak to oryginał otaczam gorliwszym kultem Las Plagas. Czyżby tak wielka była siła sentymentu, który zakłada nam różowe okulary i każe mylnie sądzić, że kiedyś wszystko (a więc też gry) było lepsze? Takie stwierdzenie byłoby uproszczeniem. RE4 przechodziłem trzykrotnie, ostatni raz nie tak dawno temu, i uważam, że do dziś pozostaje on grywalny. To jedna z najważniejszych gier w historii branży, przełom w serii, a dla mnie pierwsza jej część, która uczyniła z mojej osoby wielkiego fana uniwersum i niemal niewolniczego poszukiwacza zielonych roślinek w kolejnych jego odsłonach (by uniknąć kryminalnych posądzeń, dodam, że zielone ziółka najlepiej smakują zmieszane z czerwonymi i żółtymi). Była czymś nieznanym i odkrywczym. Nowa wersja ratunkowej wyprawy Leona nosi znamiona misji niemożliwej do spełnienia, czyli uczynienia gry kapitalnej jeszcze lepszą; siłą rzeczy nie mogła być tak przełomowa i fenomenalna jak ta z 2005, która dodatkowo miała przecież znacznie mniejszą konkurencję wśród innych produkcji. RE4 2023 mimo kilku zmian (jak na przykład dodanie misji pobocznych) jest ponadto zbyt podobne do RE4 2005: zbyt często miałem wrażenie, że ogrywam tą samą grę po raz czwarty. W tym sensie zgadzam się recenzjami głoszącymi, że to remake bardzo bezpieczny, który bardziej docenią nieznający oryginału. Lecz to tylko moje subiektywne zdanie i zapewne wiele osób będzie mieć inne. W dodatku nie zmienia ono ani trochę faktu, że RE4R to wciąż doskonała giera. Zazdroszczę każdemu, kto przystąpi do niej bez znajomości pierwowzoru. Zaprawdę zazdroszczę.

Wersja skrócona tekstu dostępna jest również na Steam. Użyte grafiki nie są mojego autorstwa ani moją własnością. Mają charakter jedynie podglądowy i pochodzą ze strony wallpapercave.com