
Uwaga: publikacja specjalna. Wpis poświęcony jest więcej niż jednej grze, choć w praktyce dotyczyć on będzie nie tyle wybranych tytułów, ile pewnego gatunku.
Horror jest kategorią gier, którą lubię niezmiernie. Nie jest oczywiście jednorodny – można by wyodrębnić wiele jego odmian. Do mnie trafia w zasadzie każdy podtyp. Cenię sobie bardzo twórczość Supermassive Games, którego produkcje są niczym innym jak interaktywnymi filmami, z naciskiem położonym na nieliniowość scenariusza. Mimo powtarzalności mechanik tworów tego dewelopera wcale nie uważam za jednakowe: wielką estymą darzę slashery z grupą rozwydrzonych i nieco naiwnych nastolatków w rolach głównych (Until Dawn, The Quarry), doceniam także próby uderzenia w nieco poważniejsze tony i pójścia w stronę horroru psychologicznego (Little Hope). Grą, którą uważam za najstraszniejszą, jest z kolei Alien: Isolation od studia Creative Assembly. Ten tytuł to pozycja obowiązkowa dla fanów uniwersum Obcego i wielki hołd oddany Ósmemu pasażerowi Nostromo R. Scotta. Przede wszystkim zaś jest to niezwykle udana gra, z dojmującym poczuciem bezradności i paraliżującym gracza strachem: monstrum wymyślone przez H.R. Gigera nigdy nie przerażało bardziej (Izolacja doprowadziła mnie do niestabilności emocjonalnej tak skutecznie, że aż całkowicie wyciszyłem muzykę, aby szybciej wyłapywać odgłosy zbliżającego się Ksenomorfa). Szczególne miejsce w moim sercu zajmują jednak gry kwalifikujące się jako przedstawicielki gatunku, który określiłbym mianem klasycznego horroru. Skąd ten sentyment? Otóż prawda jest taka, że właśnie od niego zaczynałem swoją przygodę z grami. Nie licząc epizodu z Pegasusem w latach 90., pierwszą ukończoną w pełni przeze mnie grą na pececie była Blair Witch Volume II: The Legend of Coffin Rock. Dzięki niej pokochałem zarówno całą serię, jak i to medium. Potem doszły kolejne części: pierwsza (i najlepsza z trylogii), z podtytułem Rustin Parr, i trzecia (mająca świetny klimat tylko początkowo) – The Elly Kedward Tale. Następnie moja uwaga skupiła się na dziejącym się w tym samym uniwersum Nocturne, którego bohaterem był wysoce aspołeczny osobnik o (nie)wiele mówiącym imieniu Stranger. Szalenie jestem ciekaw, czy znajdzie się tutaj ktoś, kto zna te tytuły i pała do nich podobną miłością co ja. Eh, ileż bym dał za porządne ich remake’i… Jako ciekawostkę dodam, że twórcy odpowiedzialni za Nocturne oraz pierwszą część trylogii Blair Witch – studio Terminal Reality – wydali później dwie gry z serii BloodRayne, z rudowłosą dhampirzycą Rayne, do której również czułem wielką sympatię (to jednak temat na inny blog). Listę fascynujących dla mnie produkcji z tamtego okresu zamyka Alone in the Dark: The New Nightmare, czyli czwarta odsłona słynnej serii, która dała początek całemu gatunkowi. Ominęły mnie natomiast oryginalne, pierwsze trzy odsłony Resident Evil,jak i cykl Silent Hill (nie grałem nawet w legendarną dwójkę), toteż nie chciałbym, byście pomyśleli, że uważam się w temacie klasycznych horrorów za jakąś wyrocznię, bo tak nie jest. Mi po prostu wymienione wyżej tytuły (te, które dane mi było poznać) niezmiernie się podobały. Sagę Resident Evil ubóstwiam i przyjmuję ją z całym dobrodziejstwem inwentarza (a więc także z jej drewnianymi dialogami i przerysowanymi postaciami), podoba mi się formuła kolejnych odsłon, co nie zmienia faktu, że tę starą uważam za lepszą: a stwierdzam tak na podstawie remasterów HD części pierwszej (2015), jak i Zero (2016), których ukończenie dało mi pioruńską satysfakcję. Stare z nowym wspaniale łączy zaś Resident Evil 2 Remake (2019) – tytuł wybitnie udany. Teraz króciutko podzielę się z Wami wrażeniami z dwóch gier, które ograłem w ciągu ostatniego roku. Obie gorąco polecam fanom gatunku, bo w cudowny sposób nawiązują do jego klasyki.
Tormented Souls
Mając za sobą demo tej gry i wiedząc dzięki temu, czego się spodziewać na jej początku, zacząłem grać w pełną wersję pewny siebie. W pewnej chwili przez niedopatrzenie wszedłem kierowaną postacią w ciemny, nieoświetlony kąt bez zapalniczki w ręce. Obraz rozmył się w kilka sekund, a protagonistka – zwana przeze mnie pieszczotliwie jednooką Caroline – zginęła. 50 minut postępu poszło się… przepadło. Na pocieszenie wskoczył tylko steamowy achievement „Let the shadows consume you”. Zrobiło się oldskulowo.
Akcja gry dzieje się w starym, opuszczonym (to ściema, jakby co) szpitalu. Klimat od początku jest niezmiernie nieprzyjemny i gęsty (czyli świetny): dobrze, że TS nie powstało na jakimś zaawansowanym silniku graficznym, bo zaprezentowane tu plugastwa wyglądałyby wyjątkowo obrzydliwie. Scenariusz jest po prostu OK – wpierw wydaje się zagmatwany, ale w rzeczywistości jest dość prosty, a backtracking i powtarzalność przeciwników posunięte są do granic absurdu. Gra ma wyraźne dwie części, a druga z nich zaczyna się w momencie pewnego fabularnego zwrotu. Od tej chwili walki stają się trudniejsze, ale to nic w porównaniu z zagadkami: od pierwszych minut są one wymagające i pobudzają neurony do intensywnej pracy, lecz potem pod kopułką robi się za gorąco, co w konsekwencji przegrzało mi styki. A teraz bardziej poważnie, bo ja nie żartuję: faktem jest, że przez kilkanaście godzin jakoś radziłem sobie z główkowaniem, by nagle zacząć z umysłowymi wyzwaniami przygrywać z kretesem. Bo te robią się trudne. I to nawet bardzo. Nie mam problemu z przyznawaniem się do porażki, więc szczerze napiszę, że gra przerosła mój humanistyczny łeb – kilka razy musiałem skorzystać z internetowej pomocy i chciałbym wyrazić wielkie uznanie i szacunek dla każdego, kto przeszedł ją całkowicie samodzielnie. Naprawdę potężny szacun i gratulacje.
Dziś takie produkcje są niszą kierowaną do wąskiego grona fanów, odwołując się do ich sentymentu, i super było móc pograć w ten zrealizowany w starym stylu horror. Tym bardziej że TS odwołuje się do klasyki gatunku nie tylko przez rozgrywkę, ale i czas akcji: ta dzieje się w 1994 roku, co na przykład pozwala raz jeszcze na kontakt z takim reliktem technologicznym, jak dyskietka 3,5 cala.
Them and Us
Nie jest to tytuł dla każdego, zdecydowanie nie jest. Dla młodszych, współczesnych graczy, przyzwyczajonych do prowadzenia za rękę i żądnych dynamicznej akcji Them and Us może się okazać czymś archaicznym i nieprzyswajalnym. Ale jeśli ktoś ma 30 i więcej lat, lubi horrory i pamięta, jak wyglądały one 20 lat temu, ta gra będzie dla niego jak nostalgiczna podróż w przeszłość. Grając w Them and Us, jesteśmy w rezydencji Spencerów z RE1, w zamku Saddlera z RE4 tudzież na Wyspie Cieni z Alone in the Dark 4. Pełno tu nawiązań i odniesień do klasyki gatunku, gra jest ukłonem w jej stronę. Kierując bohaterką o imieniu Alicia, gracz musi nie tylko celnie strzelać w główki oponentów, ale i główkować (bo zagadek nie brakuje). Można psioczyć na drewniane animacje czy odstającą od dzisiejszych standardów grafikę (użyta technologia to Unreal Engine 3), tylko po co to robić, jeśli w żaden sposób nie wpływa to na przyjemność płynącą z gry. Na plus zaliczyć należy także długość rozgrywki (kilkanaście godzin) oraz niezłą fabułę.
Gra ma kilka ciekawych opcji personalizujących rozgrywkę. Możemy dobrać kamerę (wybór między FPP, widokiem zza pleców a charakterystycznymi dla gatunku statycznymi ujęciami), jak i system sterowania (współczesny lub tzw. tank controls), a za jej największą wadę uznaję wcale nie kiepski voice acting (pół żartem, pół serio napiszę, iż niezbyt wysokiej jakości aktorstwo dodaje grze staroszkolnego uroku), lecz fakt, że jest dostępna tylko na PC. Piszę to ze szczerym żalem, bo twórcy – TendoGames – mogliby znacząco zwiększyć sprzedaż, wydając swą produkcję na innych platformach. Jeśli ktoś jest fanatykiem gatunku i oprócz konsoli posiada chociaż średniej klasy laptopa, to śmiało niech próbuje (i to dosłownie: gra posiada wersję demo).
Można by użyć oklepanego stwierdzenia, że gier-horrorów w ich klasycznej formie już się nie robi, tyle że Them and Us czy Tormented Souls dowodzą czegoś przeciwnego. A nie są to wszystkie współczesne gry starające się naśladować gatunek. Jeśli ktoś nie ma dość, to polecam obserwowanie wyglądającego jak sklonowany Resident Evil 2 (miasto miejscem akcji, dwoje bohaterów) Echoes of the Living, rozważenie zakupu Song of Horror (uczciwie oświadczam, że sam jeszcze go nie nabyłem, ale zrobię to z pewnością) czy też oczekiwanie na dopiero co ogłoszony sequel Tormented Souls. Dzięki małym, niezależnym studiom horror klasyczny wciąż ma się dobrze, a oldskul – mimo że stary – pozostaje jary.