Przejdź do treści

Bez znieczulenia – impresje z Mouthwashing


Pięcioro członków załogi Tulpara zaginęło w bezkresnej przestrzeni kosmosu, spowitej wiecznym mrokiem. Bóg nad nimi nie czuwa.

W drodze wyjątku, Czytelnicy, pozwoliłem sobie rozpocząć wpis nie własnoręcznie stworzonym wstępem, a go zapożyczając. Te dwa powyższe, niewiele mówiące zdania to nic innego jak oficjalny opis gry, obecny na jej steamowej karcie. Jest to więc marketingowa zajawka, reklama produktu (choć z trudem przychodzi mi używanie takich stwierdzeń w kontekście tegoż tytułu). Przytaczam go niemal słowo w słowo, lecz nie jest to dokładny cytat; poprawiłem bowiem językowe błędy, od których polska wersja gry wolna nie jest, ale o tym później. Skupmy się na razie na tym, co najistotniejsze, czyli na nakreśleniu realiów, w jakich toczy się gra, oraz na przedstawieniu jej bohaterów. Są nimi członkowie załogi kosmicznego statku towarowego, pracujący dla korporacji Pony Express, stanowiący w dużej części zbieraninę osobowościowych ewenementów; swoistą Brygadę Kryzys. A są to: zgryźliwy mechanik Swansea, dla którego jedyną rzeczą gorszą od śmierci jest brak wypłaty; jego młody pomocnik, stażysta-sadysta Daisuke; czytająca instrukcje bezpieczeństwa niczym biblię od katastrofy Anya, pełniąca funkcję pielęgniarki mimo braku medycznego wykształcenia; zastępca kapitana Jimmy, który w ankiecie badającej zdolność do pełnienia obowiązków zdradza, że oglądanie koni w kreskówkach podnieca go seksualnie. No i jest jeszcze ich zwierzchnik – kapitan Curly. Już pierwsza scena udowadnia, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłą produkcją; komputer pokładowy Tulpara ostrzega o bliskiej obecności asteroidy. By uniknąć kolizji z nią, wymagana jest ręczna korekta kursu lub włączenie autopilota. W każdej grze inauguracyjnym zadaniem gracza byłoby podjęcie próby zapobiegnięcia wypadkowi lub – jeśli przewiduje go scenariusz – przygotowanie się do niego czy też przeprowadzenie ewakuacji. W każdej, ale nie w tej. Tutaj już na wstępie gracz zostaje rzucony na żer wątpliwościom, czy absurdalne wybory, do jakich jest przymuszony, to tylko droczenie się z nim twórców, czy też wyraz prawdziwych motywacji prowadzonej przezeń postaci. Potem zaś wcale nie jest prościej, klarowniej i bardziej oczywiście; przystępując do ogrywania Mouthwashing, trzeba przygotować się na rzecz trudną do zrozumienia (bo stosującą mnóstwo niedopowiedzeń i zostawiającą szerokie pole do domysłów) oraz uważnie czytać dialogi, gdyż nawet pozornie nieistotne kwestie mogą kryć ważne (a nawet kluczowe) informacje. Chcąc porównać swoje wrażenia po ukończeniu, poczytałem trochę w sieci spostrzeżenia innych. I łapałem się za głowę, ilekroć docierały do mnie kolejne szokujące detale, których sam nie wyłapałem. Fabuła gry to solidny materiał do psychologicznych rozważań, analiz i diagnoz, w tym takich w klasycznej, freudowskiej wersji.

Wyłącz umysł, odpręż się i niech poniesie cię strumienia prąd
To nie umieranie, to nie umieranie
Odłóż na bok wszystkie myśli, poddaj się pustce
To lśnienie, to lśnienie

Akcja rozgrywa się na wspomnianym statku Tulpar, przy czym jest to jedna z najciaśniejszych, najbardziej klaustrofobicznych miejscówek, z jakimi miałem styczność w grach (co wcale nie znaczy, że nic się w niej nie dzieje). Dzieli się ona na ledwie kilka pomniejszych lokacji, połączonych wąskim korytarzem i schodami. Są to: kokpit, pomieszczenie gospodarcze, ładownia, oddział medyczny, jadalnia. I tyle. Nie brzmi zachęcająco, nawet biorąc poprawkę na krótki czas przejścia gry (mi zajęła ona cztery godziny), natomiast wielką zaletą Mouthwashing jest zaprezentowana w niechronologiczny sposób fabuła. By to zobrazować, przyjmijmy, że scena początkowa to dzień zero. Druga rozgrywa się dwa miesiące po nim, trzecia zaś – siedem dni przed. Stopniowo poznaje się zarówno wydarzenia, które doprowadziły do ukazanego we wstępie incydentu, jak i jego późniejsze następstwa, a gracz wciela się w więcej niż jedną postać. Kolejne fragmenty opowieści przedzielone są charakterystycznymi przejściami: ma się wrażenie, że gra się zawiesiła i uległa awarii. Pragnę zaznaczyć, iż moje pierwotne wyobrażenie tego, o czym ta produkcja opowiada, było błędne. Sądziłem bowiem, że będzie to historia o ludziach, którym pozostała ograniczona ilość czasu, świadomych zbliżającej się śmierci; poświęcona tematyce umierania, godzenia się z nieuchronnym losem, pełna gorzkich, fatalistycznych przemyśleń o życiu i jego kresie. Finalnie żadne z moich przewidywań nie okazało się trafne. Nie jest to też horror, a przynajmniej nie w domyślnym, gatunkowym znaczeniu tego słowa (bo patrząc z punktu widzenia załogi Tulpara, faktycznie dzieją się tu rzeczy koszmarne), ani survival (mimo krytycznej sytuacji bohaterów, polegającej na wyczerpywaniu się zasobów i podstawowych środków przeżycia). Przychodzi mi do głowy, jak tę grę zaklasyfikować i trafnie określić, lecz tego nie zrobię, by nie sugerować za dużo.

Abyś mógł dostrzec znaczenie tego, co wewnątrz
To byt, to byt
Że miłość jest wszystkim i miłość jest każdym
To wiedza, to wiedza

To jedna z tych gier (dzieł?), które absolutnie nic nie podają na tacy, a ograniczona warstwa gameplayu jest ściśle podporządkowana fabule, stanowiąc wyłącznie jej ilustrację. Nie tłumaczy czegokolwiek, samemu trzeba poskładać do kupy poszatkowaną opowieść. Tym bardziej zagmatwaną, że zawierającą dziwaczne psychodeliczne sekwencje, kojarzące się z oniryczną wizją czy narkotycznym hajem, rodzące pytania, czy aby na pewno wszystko, co widzimy, jest prawdą, a nie majakami zsyłanymi przez podświadomość kierowanej przez nas postaci. Brak tu ekranu HUD czy klawiszologii pozwalającej zapoznać się ze sterowaniem. Mało tego: są momenty, gdy nie ma nawet jasno określonego celu i trzeba samemu domyślić się, co zrobić (lub – metodą prób i błędów – próbować zrobić cokolwiek), toteż może się pojawić lekka frustracja z tytułu błądzenia czy dezorientacji. Rozgrywka w dużej mierze oparta została na prowadzeniu rozmów oraz używaniu przedmiotów we właściwych miejscach, przy czym sposób ich działania odkrywamy samodzielnie (instrukcja pojawia się tylko raz, w przypadku pieczenia ciasta. Bo tak. Jednym z celów jest przyrządzenie urodzinowego tortu). Pikselowa grafika ma swoje uzasadnienie (podobnie jak pierwszoosobowa kamera FPP, lecz nie zdradzę czemu), bo coś mi mówi, że gdyby Mouthwashing miało wyraźniejszą, bardziej realistyczną oprawę, to pewnie byłoby o nim głośniej, i to niekoniecznie w dobrym sensie (a to z prostego powodu: kontrowersji mianowicie). Wizualnie produkcja ta przypomina lata 90., co może być złudne; wydana została niecały rok temu. Prezentuje się, jak gdyby miała bez problemu chodzić na trzydziestoletnim komputerze, lecz hulając na silniku Unity, wymaga na papierze kilkunastoletniego. Dziwne to trochę, bo jakość grafiki tego nie uzasadnia, w menu głównym brak zaś jakichkolwiek opcji mających wpływ na wydajność (z wyjątkiem wyboru rozdzielczości i włączenia synchronizacji pionowej). Spokojnie jednak. Podaną w wymaganiach zalecanych ilość RAM-u (16 GB) śmiało uznać można za żart. Z ciekawości sprawdziłem, ile zasobów systemowych pochłania gra, i w moim przypadku był to ledwie jeden gigabajt pamięci. Myślę więc, że każdy zainteresowany, kto posiada minimum budżetowego laptopa, kupionego w ciągu ostatnich dziesięciu lat, śmiało może sięgnąć po pecetową wersję Mouthwashing (w odmiennym przypadku niech poczeka na inną). Tytuł ten ma polską, kinową lokalizację, choć zawiera ona kilka baboli; czasem coś zjadło literkę w środku wyrazu (to raczej nie wygłodzona załoga Tulpara odpowiada za jej zniknięcie), czasem trafiła się jakaś niepoprawna odmiana czy forma: nie mówi się „oboje” w kontekście dwóch mężczyzn, tylko „obaj”, tak jak nie używa się „pięciu” w odniesieniu do grupy, w której znajduje się przynajmniej jedna kobieta, a „pięcioro”. (I wybaczcie, Czytelnicy, ten pouczający ton oraz tani dydaktyzm, ale nie są one skierowane do Was. Przedstawiam jedynie, z jakiego rodzaju błędami mamy tu do czynienia [coraz częstszymi, zwłaszcza pierwszy, twierdzi siora redaktorka*]). Najgorsze uchybienia w tłumaczeniu zostały na szczęście wyeliminowane patchami: rodzime napisy pierwotnie zawierały ponoć przekłamania tak poważne, że uniemożliwiały one właściwe zrozumienie fabuły. Teraz są już jednak przeszłością, o czym mogę osobiście zaświadczyć.

Że ignorancja i nienawiść mogą opłakiwać zmarłych
To wiara, to wiara
Ale posłuchaj koloru swych snów
To nie jest życie, to nie jest życie

Po sprzedaniu pięciuset tysięcy kopii i sukcesie, jaki osiągnęła gra, jej szwedzcy autorzy zapowiedzieli planowane na ten rok wersje konsolowe (piszę to całkowicie na serio i bez ironii; pół miliona nabywców to dobry wynik, biorąc pod uwagę, jak niszowy i trudno przyswajalny jest ten tytuł. W dodatku rezultat ten tyczy się, póki co, tylko jednej platformy), a więc kolejne osoby będą mogły przekonać się na własnej skórze, w czym rzecz. Szkoda mi tylko graczy otwartych, o przenikliwym umyśle, którzy choćby przez brak czasu (co potrafię zrozumieć) skupiają się jedynie na produkcjach AAA (bo takich, którzy jakoby gry wideo uwielbiając, paradoksalnie zamykają się we własnej bańce, nie potrafiąc wyjść w pojmowaniu tego medium poza naparzanie mobków i zbieranie itemków – nie żałuję ani trochę); ich zapewne Mouthwashing ominie. I to nie tak, że ja polecam tę grę – nie o to chodzi. Powstrzymam się też od deklaracji, czy uważam ją za słabą, dobrą, bardzo dobrą czy znakomitą. Żadne z tych określeń do niej nie przystaje. Potrzeba innych, więc zamiast próbować oddać jakość, przedstawię jej charakter i nazwę ją: zrytą, porąbaną i zdecydowanie przeznaczoną dla dorosłych (i nie wiek 18+ mam na myśli, a dojrzałość innego rodzaju, tj. emocjonalną). To doznanie tak wyraźnie przekraczające granice typowego gamingowego doświadczenia, że opisanie go jako „transcendentny, lynchowski odjazd” (nie moje sformułowanie) wydaje się uzasadnione. Jeśli ktoś szuka w grach wyjścia ze swej strefy komfortu, to Mouthwashing nada się idealnie: uczucie mu towarzyszące porównałbym do sytuacji, gdy żołądek podchodzi do gardła. To coś ciężkostrawnego i tylko trochę jadalnego, zostawiającego nieprzyjemny posmak, który nie zniknie nawet po zastosowaniu zawierającego czternaście procent etanolu i zabijającego zarazki z dokładnością do jednego promila płynu do płukania ust. I choć pewnie znajdą się nieliczni, dla których będzie to strata czasu, zlepek przypadkowych, następujących po sobie sekwencji, to prawda jest taka, że składają się one w całość mającą obleśny, brutalny sens. Wszystkim tym zaś, którzy zachcą podjąć się rozwikłania tajemnicy ostatniego lotu Tulpara, stanowczo odradzam głębszy internetowy research na temat tego tytułu (bo bardzo łatwo trafić na spoilery), jak i kieruję w ich stronę jedno krótkie przesłanie: mam nadzieję, że Was to zaboli.

Albo zagraj w grę „Egzystencja” do końca
Początku
Początku
Początku

Bo jeśli tak, będzie to znaczyło, że wciąż żyjecie.




Wersja skrócona tekstu trafiła też na Steam, a użyte screeny są mojego autorstwa. Umieszczony pod nimi, wyróżniony kursywą tekst to przetłumaczone na polski słowa piosenki grupy The Beatles Tomorrow Never Knows (1966). Napisali je John Lennon i Paul McCartney. Nie jestem autorem tego przekładu i nie roszczę sobie do niego żadnych praw.

*Tego tu nie ma, OK? Nie widzicie tego; rozumiemy się? Własne oczy Was oszukują. To tylko złudzenie. Iluzja wywołana przez obcy organizm, który przejął kontrolę nad Tulparem i jego załogą. Tak właśnie było. Przysięgam, Wysoki Sądzie.

Wpis dedykuję Filipowi; bez niego zapewne mógłbym nawet o tej grze nie usłyszeć. Do następnego.

5 komentarzy do “Bez znieczulenia – impresje z Mouthwashing”

    1. He he. O takich tworach mówi się zazwyczaj, że „ryją banię”. No mi trochę zryło. Tak więc jeśli zdecydujesz się sprawdzić, to pamiętaj, iż robisz to na własną odpowiedzialność 😉

  1. Przeczytałem fragment od pierwszego do drugiego screena. Tyle mi wystarczy;).
    Czelendż wykonam jesienią. Wtedy wrócę przeczytać resztę tekstu. Mógłbym zrobić to teraz, bo u Ciebie bezspoilerowo na tyle na ile to możliwe, ale chcę jak najwięcej wtf’ów podczas rozgrywki;).
    Kosmos i filozoficzne rozkminy- dla mnie to cudowne połączenie (Citizen Sleeper na Ciebie patrzę).
    🤌🤌🤘🤘

    1. Do przeczytania wpisu namawiać nie będę; o ile nie zdradzam oczywiście o czym ta gra jest, to piszę trochę o tym, czym nie jest. A im mniej się o niej wie – tym lepiej. I powiem Ci, że prawdopodobnie już teraz masz błędne jej wyobrażenie, ale to dobrze; miałem identycznie. Przytoczę tylko jedno info z tekstu, do którego nie doszedłeś: nadchodzi wersja konsolowa. Ponoć jeszcze w tym roku. Będzie pewnie jednak ciut droższa niż na Steam (szczególnie biorąc pod uwagę wyprzedaże). Sam zdecyduj czy wolisz poczekać, czy ograć to na laptopie. Tak czy siak… miłej gry. Mam nadzieję, że mnie nie znienawidzisz 🙂

      1. Poczekam do pierwszej promki na steamie.
        Ponad 90% pozytywnych recenzji tam i średnia 88 od graczy na metacritic O_o.

Skomentuj humanverse Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *