Przejdź do treści

Czworo kompanów i pies – impresje z Valiant Hearts: The Great War

Z Ubisoftem wiąże się sporo paradoksów. Jeszcze nie tak dawno firma ta święciła triumfy oraz należała do branżowej elity wydawców i deweloperów, aktualnie zaś szoruje po dnie, znajdując się blisko upadku, lub – co wydaje mi się znacznie bardziej prawdopodobne – wykupienia przez kogoś jeszcze większego od siebie. Kiedyś znana z bogatego portfolio gier lubianych i szanowanych, stopniowo stała się sztandarowym przykładem fatalnych z punktu widzenia pijarowego wypowiedzi pracowników szczebla tak niższego, jak i wyższego, rekordowych spadków wartości akcji na giełdzie oraz przede wszystkim wypuszczania produktów odtwórczych, schematycznych i zabugowanych; najczęściej sanboxów, obowiązkowo z milionem znaczników na mapie. Sam nie należę do jej wielkich fanów, a mimo to w ciągu ostatnich kilku lat spędziłem łącznie grubo ponad czterysta godzin w czterech różnych częściach cyklu o asasynach i bawiłem się w nich całkiem spoko (to, jak by nie patrzeć, też stanowi rodzaj paradoksu). Natomiast gdybym miał wybrać ulubioną dla mnie produkcję tego wydawcy, wskazałbym serię taktycznych strzelanek Tom Clancy’s Ghost Recon, szczególnie jej pierwszą odsłonę (inna sprawa, że było to już dość dawno). I choć przyszedł dziś taki czas, że powiedzenie na temat tej korporacji czegokolwiek dobrego zakrawa w oczach wielu na zbrodnię przeciwko gamingowi, to ja w niniejszym wpisie zamierzam popłynąć pod prąd internetowych trendów i dokładnie to zrobić: pochwalić Ubisoft. Asumpt do tego dało mi Valiant Hearts: The Great War. Tytuł prezentujący się na pierwszy rzut oka niczym indyk nieznanego studia, jednocześnie mający lepszy scenariusz niż większość królujących na sprzedażowych listach hitów i będący przy tym – znowu paradoksalnie – jaskrawym zaprzeczeniem wszystkiego, co obecnie kryje się pod popularnym terminem „ubigra”.

Patrzcie na waszą młodzież jak walczy
Patrzcie na wasze kobiety jak płaczą
Patrzcie na młodych jak umierają
Tak jak to zawsze robili
Patrzcie na nienawiść, którą hodujemy

Patrzcie na strach, który karmimy
Patrzcie na życia, które prowadzimy
Tak jak to zawsze robiliśmy

Francja, 1914 rok. Mężczyzna nazwiskiem Emile Chaillon prowadzi spokojny, szczęśliwy żywot, mieszkając na farmie wraz ze swą córką Marie, jej mężem Karlem oraz owocem miłości tych dwojga – małym wnuczkiem Victorem. Ich poukładany świat nagle wali się w gruzy. Czerwcowy zamach na następcę tronu austro-węgierskiego w Sarajewie okazuje się iskrą podpalającą lont; staje się casus belli i uruchamia lawinę zdarzeń. Kolejne państwa zrywają pokojowe stosunki, doprowadzając do wybuchu konfliktu, który przekształci się w dziejową zawieruchę o niespotykanej dotąd skali. Emile dostaje powołanie do francuskiego wojska, Marie zaś zostaje na farmie sama z dzieckiem: kilka dni wcześniej Karl został deportowany do swojego kraju i wcielony do cesarskiej armii. Jest bowiem niemieckiej narodowości. Tak oto waśń monarchów staje się koszmarem milionów, a dla dzielących dotychczas wspólny dom dwóch bohaterów – teścia i zięcia – oznaczać będzie znalezienie się (wbrew woli) naprzeciw siebie w nieprzyjacielskich obozach. Odtąd ten międzynarodowy, nieobchodzący ich nic a nic spór zamienia się w Wielką Wojnę Domową. Niedługo później zaprezentowane zostają pozostałe grywalne postacie (łącznie czworo): Amerykanin Freddie, który przypłynął do ogarniętej pożogą Europy jako kierowany pragnieniem zemsty ochotnik, oraz poszukująca swojego ojca belgijska sanitariuszka Anna, niosąca pomoc medyczną każdemu, kto jej potrzebuje, bez względu na kolor munduru. Losy ich wszystkich przetną się, w wyniku czego narodzi się między nimi przyjaźń, a spory w tym udział będzie miał pewien sympatyczny pies.

Moje ręce są związane
Miliardy zmieniają strony
A wojny trwają z dumą wypranych mózgów
Za miłość Boga i nasze ludzkie prawa
A wszystkie te rzeczy są odrzucane na bok
Przez zakrwawione dłonie, których czas się nie zaprze
I zostają spłukane przez wasze ludobójstwo
A historia ukrywa kłamstwa naszych wojen domowych

Fabuła prowadzi bohaterów (a więc i gracza) przez najważniejsze wydarzenia i bitwy z okresu 1914–1918 mające miejsce na terytorium Francji i Belgii. Jest więc Ypres – nazwa na zawsze zapisana w dziejach wojskowości, gdzie Niemcy po raz pierwszy i nie ostatni użyli chloru przeciwko walczącym z nimi żołnierzom Ententy (eksperymentowali już wcześniej z gazem łzawiącym, lecz zaniechali tego ze względu na niską skuteczność bojową tej substancji), by w pobliżu tego samego miasta, po upływie dwóch lat, posłużyć się gazem musztardowym: o tym, jak bardzo negatywne skojarzenia wywoływała broń chemiczna, świadczy najlepiej to, że ponad dwie dekady później, podczas II wojny światowej, żadna ze stron konfliktu – mimo posiadania olbrzymich zapasów tego rodzaju środków – nie zdecydowała się już na jej użycie (tyczyło się to nawet nazistów, którzy obawiali się konsekwencji ataku odwetowego aliantów bądź sowietów). Gra poświęca też rozdziały innym bitwom, które przeszły do historii; pod Verdun, gdzie życie straciło około 700 tysięcy ludzi, czy pod Sommą, gdzie padło ich milion, na polu walki zaś zadebiutowały czołgi (w ich temacie muszę się trochę popastwić, ponieważ Valiant Hearts pozwala wykorzystywać pancerne pojazdy do zestrzeliwania samolotów. A to, z historycznego punktu widzenia, jest bzdurą totalną). Wielkim plusem produkcji Ubisoftu jest fakt, że każdy z epizodów został wzbogacony o odpowiednie notki encyklopedyczne, co wpływa dodatnio na wartość edukacyjną tego tytułu. Mało tego: możliwe do odnalezienia opcjonalne artefakty jeszcze tę wiedzę poszerzają. Ich opisy pozwalają bowiem na szczegółowe zapoznanie się z codziennością życia (i śmierci) w okopach. Można się dzięki nim dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy. Ja na przykład zrozumiałem, co w realiach I wojny światowej oznaczało słowo „lotka”. Otóż nie była to część zestawu do gry w badmintona, wyrazem tym nie określano też sytuacji, w której ktoś niezmiernie szybko zmienił zajmowaną przez siebie pozycję, na przykład zdezerterował. Lotkami nazywano metalowe przedmioty o zaostrzonych końcach, zrzucane na wrogą armię z samolotów i zeppelinów. W wyniku własnego ciężaru i nabranej prędkości były one zdolne przebijać hełmy i czaszki. Ha. Pomysłowość ludzka w wynajdywaniu jak najefektywniejszych i najtańszych sposobów uśmiercania bliźnich chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.

Patrzcie na buty, które zakładacie
Patrzcie na krew, którą przelewamy
Patrzcie na świat, który zabijamy
Tak jak to zawsze robiliśmy
Patrzcie na zwątpienie, w którym się tarzamy
Patrzcie na wodzów, za którymi idziemy
Patrzcie na kłamstwa, które przełykamy
I których nie chcę więcej słyszeć

Gatunkowo można by przypisać Valiant Hearts: The Great War do przygodówek 2D, lecz takie podsumowanie wydaje się dość mało dokładne. Każda z prowadzonych postaci charakteryzuje się inną umiejętnością, a co za tym idzie – mechaniką rozgrywki. Emile dysponuje na początku… wielką chochlą (to nie żart. Dopiero potem zamienia ją na inne narzędzie), którą może przydzwonić zagradzającemu mu drogę oponentowi oraz kopać tunele. Freddie ma na wyposażeniu nożyce do cięcia drutu kolczastego, neutralizujące ową przeszkodę. Karl… Cóż. Karl głównie się ukrywa i przemyka w cieniu, wystrzegając się wykrycia przez nieprzyjacielskie patrole, ale więcej na ten temat nie piszę (spoilery). Anna natomiast, z racji pełnionego zawodu, ratuje życie rannym. Odbywa się to na zasadzie minigierki z wykorzystaniem QTE, podczas której należy wcisnąć przyporządkowany przycisk w odpowiednim momencie. Nad tym tytułem nie pracował David Cage, toteż mogę zdradzić, że niezaliczenie owych sekwencji nie ma żadnych negatywnych implikacji; trzeba próbować do skutku. W ogóle, przy okazji warto chyba nadmienić, że gra jest do bólu liniowa: brak tu wyborów rozgałęziających scenariusz, a zakończenie jest jedno. Czy to wada? Nie sądzę. Dzięki temu, że zostało ono zunifikowane, końcowe sceny należycie wybrzmiewają. Odnośnie do wspomnianego wcześniej psa, to nim sterować się nie da, za to można wydawać mu różne polecenia, np. by przestawił dźwignię czy przyniósł w pysku jakąś rzecz. Spora część gameplayu polega bowiem na rozwiązywaniu zagadek (zwykle łatwych, czasem trudniejszych), lecz nie tylko, bo znalazło się tu też miejsce na elementy czysto zręcznościowe (unikanie ostrzału, bomb czy min, ale i kraks w trakcie prowadzenia samochodu. Są też walki z bossami) czy skradankowe. Wysoki, a niekiedy rewelacyjny poziom prezentuje soundtrack, w który – oprócz utworów skomponowanych do gry – wpleciono też takie znacznie od niej starsze. Usłyszymy tu The Star-Spangled Banner (czyli hymn USA), Węgierski taniec numer 5 ze zbioru 21 melodii Johannesa Brahmsa, jak również Infernal Galop: słynny fragment operetki Jacques’a Offenbacha pod tytułem Orfeusz w piekle. Słyszał go chyba każdy, a kto mi nie wierzy, niech sobie sprawdzi na YouTube. Grafikę określę jako kreskówkową, bo pod względem oprawy gra przypomina animowany komiks. Nietypowy o tyle, że w dymkach dialogowych nie pojawia się tekst, a obrazki wyrażające emocje, oczekiwania tudzież przedstawiające twarze konkretnych osób. Zadaniem gracza jest natomiast domyślić się, co dokładnie chce przekazać dany rozmówca (udźwiękowienie dialogów jest szczątkowe i sprowadza się do wypowiadania pojedynczych słów). Muszę powiedzieć, że takie rozwiązanie sprawdza się świetnie, budując specyficzny klimat. Przerysowany, karykaturalny wygląd postaci sprzyja zaś potencjalnemu wpadnięciu w pewną pułapkę: przez taki ich design łatwo ulec pozorom i uznać Valiant Hearts za czczą opowiastkę, ze spuszczającymi manto rozmaitym łajdakom i zbójom superherosami w rolach głównych. Nic bardziej mylnego.

Mam związane ręce
Bo po wszystkim co widziałem, zmieniłem zdanie
Ale wojny nadal toczą się z biegiem lat
Bez miłości Boga ani praw ludzkich
Bo wszystkie te marzenia są odrzucane na bok
Przez krwawe dłonie nawiedzonych
Którzy niosą krzyż zabójstwa
A historia nosi blizny naszych wojen domowych

Oryginalny francuski tytuł gry, co ciekawe, różni się od angielskiego i nie brzmi po polsku Dzielne serca, lecz Soldats Inconnus: Mémoires de la Grande Guerre, co można przetłumaczyć jako Nieznani żołnierze: wspomnienia z Wielkiej Wojny. Z I wojny światowej, z którą wiąże się sporo paradoksów. Dając niektórym narodom upragnioną wolność i niepodległość, jednocześnie doprowadziła do oddania władzy nad innymi w ręce faszystów czy bolszewików. Nawet jeśli nie tak krwawa w liczbach bezwzględnych jak ta zapoczątkowana w 1939 roku – w sensie procentowego stosunku sił zmobilizowanych do poniesionych strat: poległych, rannych, jeńców i zaginionych – zebrała od niej większe żniwo (podkreślam, że nie biorę tu pod uwagę ofiar niemundurowych, a tylko wojskowe; Valiant Hearts, w przeciwieństwie do This War of Mine, skupia się na ukazaniu wojny z perspektywy żołnierzy, a nie cywili) i była przecież doświadczeniem nie mniej traumatycznym dla jej bezpośrednich uczestników niż ta druga. Po jej zakończeniu zaś powstała Liga Narodów – organizacja mająca na celu zagwarantować, że już nigdy nie powtórzy się kataklizm o takiej sile, a wystarczyło zaledwie dwadzieścia jeden lat, by doszło do rzezi jeszcze straszliwszej. Poruszając temat wojny w jakimś dziele, łatwo jest popaść w podniosły, patetyczny ton, idealnie wpisujący się w przekaz wszelkiej maści propagandystów o bohaterach jednorazowego użytku. Nietrudno też rzecz strywializować, tworząc narrację o odważnych chłopcach idących sobie powojować, których żegnają tłuści generałowie i dorodne panny, a po powrocie czekają fanfary i ordery – podczas gdy w rzeczywistości są to pola usłane drewnianymi krzyżami. Ubisoft na szczęście wybrał inną drogę, woląc pokazać (za pomocą półniemej gry o rysunkowej grafice!), jak niewiele mają wspólnego z tym paradnym, dekoracyjnym fetyszem prawdziwe konfrontacje zbrojne. Dziwię się więc tym spośród graczy, którzy tak zaciekle życzą tej firmie rychłego upadku, zamiast pragnąć poprawy jakości i powrotu do robienia przez nią dobrych produkcji. Bo tego, że Francuzi kiedyś to potrafili, świetnie Valiant Hearts dowodzi. W grze opowiadającej o ludziach postawionych w sytuacji ekstremalnej, w stanie permanentnego zagrożenia życia, w której gracz od początku ma prawo spodziewać się najgorszego losu dla jej bohaterów oraz ich bliskich – jedna prawda zdaje się rozlegać głośniej niż inne: nadzieja umiera ostatnia. Nawet dla Ubisoftu.

Nie potrzebuję waszej wojny domowej
Karmi ona bogatych i grzebie biednych
Wasz głód władzy sprzedaje żołnierzy
W ludzkim spożywczaku
Nie takich znowu świeżych
Nie potrzebuję waszej wojny domowej
Nie potrzebuję waszej wojny domowej
Nie potrzebuję jeszcze jednej wojny

Cóż takiego domowego jest w wojnie, tak w ogóle?



Wpis – oczywiście w wersji skróconej – trafił też na Steam. Użyte screenshoty wykonałem samodzielnie.
Wyróżniony kursywą tekst to polskie tłumaczenie wybranych fragmentów utworu grupy Guns N’ Roses pod tytułem Civil War (Geffen Records, 1991). Autorami słów są William Bruce Rose Jr. (pseudonim: Axl Rose), Saul Hudson (Slash) i Michael Andrew McKagan (Duff). Nie jestem autorem tego przekładu i nie roszczę sobie do niego żadnych praw.
Do następnego.

16 komentarzy do “Czworo kompanów i pies – impresje z Valiant Hearts: The Great War”

    1. Lol, dzięki ;-). Przyznam się szczerze, że trochę tak 🙂 Lubię szczególnie historię wieku XX. Bo choć trudna i obfitująca w okrutne wydarzenia, to jak chyba żaden inny okres w naszych dziejach uczy oraz skłania do wyciągania wniosków.

  1. Co się stało, że ostatnio czytam tylko o perełkach.
    Gdzie AAA, te homary i inne tuńczyki ?
    Same indyki 😉
    Ubisoft jest odzwierciedleniem całej branży.
    Większość wydawców szoruje po dnie, ale większość z nas tego nie dostrzega.
    W Valiant Hearts grałem dawno temu i świetnie wspominam, sequel ukończyłem w tym roku i moim zdaniem jest znacznie gorszy. W zasadzie o każdej kontynuacji mam taką opinię.
    W tamtym czasie Ubisoft wydał jeszcze jedną perełkę, czyli Child of Light, warto ją sprawdzić.

    1. „Gdzie AAA, te homary i inne tuńczyki ? Same indyki”
      Faktycznie, ale co zrobić, jak mnie ten segment AAA zaczyna męczyć. Natomiast produkcje niezależne (lub o mniejszym budżecie, jak Valiant Hearts) mają dla mnie coraz więcej uroku.
      „Ubisoft jest odzwierciedleniem całej branży”
      Też mi się tak wydaje. Zrobiono z niego chłopca do bicia, a prawda taka, że prawie wszystko co mu się zarzuca, tyczy się też innych wydawców/deweloperów.
      „W tamtym czasie Ubisoft wydał jeszcze jedną perełkę, czyli Child of Light”
      Dzięki, ale mam już ją na wishliście. Rekomendację będę miał jednak na uwadze 😉

      1. Mniej więcej od dwóch lat drób jest głównym składnikiem mojej diety.
        W planach na weekend: Neva, gdy uda się ją ukończyć zacznę Finding Paradise. Następna produkcja to Hob, na Xboxie Quantum Break.
        W sumie każdemu polecam ten segment rynku.

        1. „Neva” po samych zwiastunach prezentuje się jak dzieło sztuki. Trzeba się będzie zaopatrzyć w ten tytuł. „Finding Paradise”? Wiadomo. Obowiązek, ale musi minąć trochę czasu od „To the Moon”, by gra lepiej weszła. „Hob” wygląda interesująco. Rozważę, mimo że „Torchlight” mi nie podszedł. A „Quantum Break” dawno mam kupione. Grałbym, ale czekam wciąż na fanowskie spolszczenie. Gra ma ponoć spore ilości tekstu i zawsze to lepiej mieć polskie napisy. Ot, leniwiec ze mnie 🙂

          1. Wczoraj trochę pograłem w Hoba.
            Dobrze się zapowiada. Zelda wannabe z pomysłem na siebie.
            Nevę ukończyłem. Do GRIS trochę zabrakło. Lepszy gameplay, ale historia trochę słabsza.
            Wygląda i brzmi pięknie. Fabuła nawiązuje do Princess Mononoke. Polecam jako przerywnik, niestety gra jest krótka, około 4-5h.
            Jutro zacznę grać w Quantum Break. Wczoraj i dziś kręciłem, kręcę kółka w Forzie Motorsport.
            W To The Moon grałem w kwietniu, obecnie mam ochotę na mniejsze gry, a w listopadzie wrócę do AAA.
            Wydaję mi się, że seria Opus może Cię zainteresować.
            Grałem w Echo of Starsong pozostałe dodałem do „wiszlisty”. Emocjonalna historia o przyjaźni i miłości.
            Gdy przekonasz się do czytania dużej ilości tekstu polecam The House in Fata Morgana. Najlepszy romans, jaki czytałem, w sumie jedyny 😉

  2. Ghost Recon – grało się. Kiedyś była darmowa wersja tej gry i ile ja tam ze znajomymi spędziłem godzin, to głowa mała. Później jakoś nam przeszło, a ja sam zakochałem się w Splinter Cell. Zresztą nadal po cichu liczę, że wypuszczą nową odsłonę lub remake. Zobaczymy.

    Valiant Hearts również miło wspominam, choć tematyka może być ciężka. Już nie pamiętam, czy skończyłem ten tytuł, czy jeszcze wymaga poświęcenia kilku godzin. Swoją drogą, lubię czasem takie produkcje, które charakteryzują się unikalnym stylem artystycznym.

    1. „zakochałem się w Splinter Cell”
      No powiem Ci, że ja ją jakoś ominąłem. I dlatego właśnie również po cichu liczę na remake 🙂
      „Swoją drogą, lubię czasem takie produkcje, które charakteryzują się unikalnym stylem artystycznym”
      O tak. Sporo jest perełek wyglądających oryginalnie.

  3. No i korzystając poniekąd z tematyki polecam obraz „Ziemia Niczyja” z 2001 roku, często pomijany w zestawieniach najlepszych filmów antywojennych, a to duży błąd, bo film jest prawdziwym klejnotem. Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego i Złota Palma, ale chyba nie w konkursie głównym, a żeby było weselej dzieło to wyszło spod ręki debiutującego bośniackiego reżysera. Bez patosu i bez fajerwerków. Idealne w połączeniu z estońsko-gruzińskimi „Mandarynkami”.
    Miałem rano napisać, ale już mnie męczyło;)))

    1. No i to mi się podoba. Człowiek wrzuca tekst, idzie spać, a rano pod nim komentarze, których nie trzeba akceptować. Samoobsługa 👍
      „polecam obraz Ziemia Niczyja”
      Nie widziałem, tytuł znam, dzięki za przypomnienie. Obejrzę musowo, gdyż wszelkie antywojenne manifesty szanuję i doceniam ✌️
      Szczególnie takie pozbawione tego powodującego mdłości patosu.

  4. Dobra gra. Ogrywałem w tamtym roku. Szacun za odrobione lekcje muzyczne, a jeśli ze słuchu to podwójny.
    Tekst jak zwykle napisany z sercem- Civil War, na ciebie patrzę;)
    👍👍👍

    1. „Szacun za odrobione lekcje muzyczne”
      Hymnu USA szczerze lubię słuchać. W wersji Hendrixa, odegranego jako protest przeciwko wojnie. Przy Brahmsie natomiast musiałem się posiłkować Google; choć melodię słyszałem wielokrotnie, to jednak nie byłbym w stanie przypisać jej prawidłowego tytułu i autora. Problem mógłbym mieć też przy „Infernal Galop”, lecz gdybym rozwiązywał test z trzema/czterema możliwymi odpowiedziami do wyboru, to jest spora szansa, że wskazałbym właściwą.
      „Tekst jak zwykle napisany z sercem- Civil War, na ciebie patrzę”
      Ale miałem dylemat, wiesz? Długo myślałem nad tym, jakiej piosenki słowa wrzucić do tego bloga. Rozważałem Metallicę, Alice in Chains czy Pidżamę Porno (pewne wersy z jednego numeru tej kapeli wykorzystałem w tekście: posłuchaj sobie „Chłopcy idą na wojnę”). Zdecydowałem się na Guns N’ Roses, bo się jednak najlepiej wkomponowało w treść wpisu.

      1. Metallica to zapewne „One”, Alicja „Rooster”, a Grabaż to w ogóle świetny gość, do tego historyk z wykształcenia, no i stary punkowiec (imo bardzo istotne połączenie).
        Twoje przeplatanie tekstów lirykami artystów muzycznych od początku mi się podoba.
        A co do „samoobsługi” wyżej/niżej to mówiłem, że odświeżam;))

        1. Z Alicją trafiłeś w punkt, a co do Mety to fakt, chodził mi po głowie „One”, ale przede wszystkim „Disposable Heroes”
          „A co do „samoobsługi” wyżej/niżej to mówiłem, że odświeżam”
          Widać, doceniam 🙂 Lecz bardziej chodziło mi o to, że jesteś tutaj jedynym, który dodaje maila przy komentowaniu (przypominam: adres może być zmyślony), co skutkuje tym, że nie muszę nic zatwierdzać: komentarze pojawiają się od razu. Samoobsługa 🙂

          1. Miało pójść w cudzysłów „człowiek wstaje a tu komentarze”, ale wyrwane z kontekstu i tak byłoby bez sensu, więc wychodzi na to, że zwyczajne otumanienie u mnie wystąpiło. Je**ć to;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *