
Spośród wielu kawałów o ZSRR chyba najbardziej popularne były te poświęcone konkretnym dygnitarzom: Leninowi, Stalinowi, Breżniewowi (a już w szczególności lubiano kiedyś naśmiewać się z Chruszczowa, który dzięki temu przynajmniej w tej jednej konkurencji zajmuje pierwsze, a nie drugie miejsce*). Poszukując inspiracji do tego bloga, przeglądając te dawno zgrane dowcipy, trafiłem w sieci na taki, którego nie znałem. I wcale nie wydał mi się on zabawny, za to bardzo prawdziwy i gorzki. To nie żart, a smutna prawda. Nie dotyczy przywódców, sekretarzy generalnych tudzież partyjnych aparatczyków, a kogoś od nich wszystkich znacznie bardziej trwałego, długowiecznego: człowieka sowieckiego. Który wyznaje zasadę, że „lepiej jest patrzeć na wszystko przez palce niż przez kraty”.

Przemówienie z dnia siódmego roku bieżącego
Wolność, po co wam wolność?
Macie przecież telewizję
Wolność, po co wam wolność?
Macie przecież Interwizję, Eurowizję

Wolność, po co wam wolność?
Macie przecież tyle pieniędzy
Wolność, po co wam wolność?
I będziecie ich mieć coraz więcej
Pierwsze, co uderza po odpaleniu Papers, please – dosłownie bijąc po oczach z siłą sierpa i młota – to pikseloza. Budząca obawę, czy produkcja ta nie będzie na wielkich, telewizyjnych ekranach nieczytelna i mało przejrzysta. Ja ograłem ją na trzydziestodwucalowym monitorze i dałem radę, choć musiałem się chwilę przyzwyczajać do tej grafiki (by po pewnym czasie zacząć traktować ją jako atut). Równie minimalistycznie jak oprawa wideo prezentuje się warstwa audio: główny motyw muzyczny jest bardzo charakterystyczny, a gracz niemal natychmiast zaczyna nucić go sobie w głowie i… to by było na tyle w temacie soundtracku. Udźwiękowione dialogi w grze w zasadzie nie występują, bo trudno mi uznać za takowe nieartykułowane pomruki czy mamrotania. Gra waży ledwie 86 megabajtów, bijąc tym samym rekord ustanowiony przez To The Moon i stając się najmniejszą z obecnych na moim blogu. Każdy, kto czyta go od początku, wie doskonale, że zwykle preferowanym przeze mnie urządzeniem sterującym jest pad. Lecz nie tutaj; odradzam go i rekomenduję użycie myszki, która sprawdza się znacznie lepiej. Zresztą – na karcie gry brak informacji o obsłudze kontrolerów i by móc ich używać, należy włączyć w jej właściwościach opcję Steam Input. Nie przypadkiem chyba Papers, please nie ukazała się na „dużych” konsolach: brak wersji zarówno na Xboxa, jak i PlayStation. Debiutowała na komputerach, by później doczekać się wydań na platformy mobile: najpierw na Vitę (a więc nie do końca napisałem prawdę, że nie ma jej na PS. Jest, ale tylko w formie na tę zapomnianą już chyba trochę konsolkę przenośną), później na smartfony. I myślę, że ten gameplay – polegający praktycznie w całości na przekładaniu i przeglądaniu dokumentów – zyska na ekranie dotykowym dodatkowe punkty do immersji. Gra owa została zrobiona przez jednego człowieka – Lucasa Pope’a (byłego dewelopera Naughty Dog, pracującego choćby przy Uncharted 2). Pięć lat po pierwotnej, pecetowej premierze ukazał się świetny, kilkuminutowy film aktorski, wprowadzający w jej klimat i rozgrywkę lepiej niż wszystkie trailery razem wzięte (na YouTube dostępny z polskimi napisami). Osiągnęła olbrzymi sukces i zdobyła powszechne uznanie: jej autor w 2023 roku zdradził, że rozeszła się do tamtej pory w pięciu milionach cyfrowych kopii, co dla tak niezależnej produkcji jest wynikiem absolutnie fenomenalnym. Na samym tylko Steamie – zważywszy na liczbę ocen oraz ich charakter (ogólnie rzecz ujmując, 97 na 100 osób poleca ją) – zyskała miano kultowej. Wszystkie te fakty nie powinny jednak dziwić, bo też jest to, mówiąc wprost, gra genialna.

Maszerujmy ramię w ramię
Ku słońcu świata nowego
Zbudujemy nowy most
Imienia przewodniczącego

Wolność, po co wam wolność?
Macie przecież do pracy autobusy
Wolność, po co wam wolność?
I bezpłatny przydział spirytusu
Zacząłem wpis nietypowo, bo też takie właśnie jest Papers, please. Akcja toczy się w fikcyjnym kraju Arstoczka, późną jesienią 1982 roku, co wywołało u mnie mimowolne skojarzenia oraz odniesienia do naszej rzeczywistości: w Polsce mianowicie trwał wtedy stan wojenny. W sumie stwierdzenie, iż miejscem wydarzeń jest jakiś kraj, to gruba przesada. Cała gra toczy się w podzielonym na część wschodnią i zachodnią mieście Grestin, a gracz wciela się w inspektora rezydującego w Punkcie Odprawy Granicznej, oglądając przez zdecydowaną większość gry jeden i ten sam ekran. Jego zadaniem będzie sprawdzanie chcących przekroczyć granicę podróżnych, tj. wnikliwa weryfikacja ich tożsamości oraz dokumentów. Kampania podzielona jest na dni, z których każdy kolejny przynosi nowe wyzwania: wytyczne od przełożonych, zwiększające poziom trudności i komplikujące obsługę petentów. Na koniec każdej dniówki działania inspektora podlegają ewaluacji, a on sam otrzymuje wypłatę, której wysokość uzależniona jest od skuteczności, z jaką pracuje (wtedy też zapisuje się gra. I jeśli nazajutrz stanie się coś złego, zawsze można cofnąć się do poranka i powtórzyć sekwencję. Nie ma potrzeby zaczynania gry za każdym razem od samego początku; można kontynuować od danej daty w kalendarzu). Moje pierwsze podejście do tego tytułu zakończyło się ledwie po dwóch dniach. Zamknięciem w więzieniu z tytułu popadnięcia w długi. Był to Ending 1. Jeden z dwudziestu możliwych.

Wolność, po co wam wolność?
Macie komu oddawać cześć
Wolność, po co wam wolność?
Dostaliście też Mundial ’26

Wolność, po co wam wolność?
Macie przecież filmy fantastyczne
Wolność, po co wam wolność?
Czasem zezwolenie demonstracji ulicznych
Papers, please bywa czasem nazywana grą logiczną, ale ja z takim jej określeniem zgadzam się tylko częściowo. Tu liczy się przede wszystkim spostrzegawczość oraz… zręczność. To znaczy taka organizacja pracy, taka jej optymalizacja, by obsłużyć możliwie największą liczbę przyjezdnych (roboczodniówka ma konkretną godzinę rozpoczęcia oraz zakończenia). Lecz działanie pod presją czasu może prowadzić do pomyłek: odmowy wjazdu osobom spełniającym wszelkie warunki lub wpuszczenia takich, które do przekroczenia granicy się nie kwalifikują. To zaś ma swoje konsekwencje. Po dwóch błędach skutkujących jedynie upomnieniem każdy następny wiąże się z nałożeniem kary finansowej. A Arstoczka nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą, życie w niej kosztuje i jest bezwzględne. Po każdym dniu gracz musi zdecydować, na co wydać zarobione pieniądze: z wypłaty zawsze potrącany jest czynsz, ale już kupienie jedzenia czy opłacenie ogrzewania pozostaje opcją. I to czasami dosłowną, gdy kasy nie starcza na wszystkie potrzeby, więc trzeba wybierać. By na drugi dzień dowiedzieć się na przykład, że syn jest głodny, a żona zachorowała z zimna i potrzebne są jej leki. To oznacza jedno: kolejne wydatki.

Wolność, po co wam wolność?
Z każdej wystawy dobrobyt tryska
Wolność, po co wam wolność?
Macie przecież chleb i igrzyska

Maszerujcie ramię w ramię
Ku słońcu świata naszego
Wszyscy położycie głowy
Za przewodniczącego
Decyzja o tym, jakiego koloru pieczątkę wbić komuś do paszportu (czerwona oznacza odmowę wjazdu, a zielona zezwolenie), nie zawsze jest oczywista. Zdarzają się bowiem petenci wyjątkowo… rozmowni. Przychodzący nie tylko z wymaganymi dokumentami (a często bez nich), ale i z jakimś problemem czy interesem. Gracz oczywiście może odprawić wszystkich z kwitkiem; może też przychylić się do ich próśb. Niektórzy – że tak to ujmę – potrafią się odwdzięczyć za niestandardowe (niezgodne z przepisami) potraktowanie, zasilając domowy budżet inspektora dodatkowymi środkami. Nigdy nie jest jednak pewne, czy bohater, któremu nagle zaczęło się w życiu nadzwyczaj powodzić, nie stanie się obiektem wzmożonego zainteresowania dociekliwych i zazdrosnych sąsiadów (bo tak: Arstoczka to państwo, gdzie wszyscy mają mieć jednakowo. A jak ktoś ma lepiej, to jest to podejrzane). Mogą oni złożyć donos, a wtedy prawdopodobne jest, że na koniec dnia w domu zamiast rodziny czeka Czeka**. W zasadzie ciężko jest mi wskazać jakieś wyraźne wady tej gry, i tylko jedna rzecz przychodzi mi tu na myśl. Otóż gameplay (powtarzam: polegający na układaniu na stole dokumentów, czytaniu ich i porównywaniu) po kilku godzinach może zacząć nieco nużyć swoją powtarzalnością. Machinalnym wykonywaniem tych samych czynności. Automatyzmem. Tylko że wcale nie uważam tego za mankament Papers, please. Bo naprawdę nie da się wykluczyć, że takie było założenie jej autora: by zasymulować, czym jest rutyna w pracy. I że może prowadzić do pomyłek, które zdarzyły mi się wielokrotnie, nawet po kilku godzinach gry, gdy myślałem, iż opanowałem zasady nią rządzące w optymalnym stopniu.

Czy słyszysz, czy słyszysz
Co tu dzieje się od lat
Jaki wokół siebie szum
Wytwarza ten fatalny świat

Co za fatalny świat
Podzielony granicami
Z ludźmi, których kochasz
Rozmawiasz tylko listami
Jak grać w Papers, please? Nie odpowiem. Nie napiszę też, o czym jest ta gra. Gdyż, co uważam za jej wielki atut – dla każdego odbiorcy może być o czymś innym. Na jednym z największych i najpopularniejszych polskich portali o grach wideo (tak: na TYM portalu) przeczytałem recenzję redaktora, który w podsumowaniu napisał, że „to ciekawa produkcja, pokazująca, jak wielką odpowiedzialność mają na swoich barkach urzędnicy kontroli granicznej, niezależnie od systemu politycznego danego państwa”. Można się z tymi słowami zgadzać lub nie. Ja się akurat nie zgadzam, bo dla mnie sedno PP tkwi gdzie indziej i jest ona o czymś więcej. To gra na wskroś polityczna, fakt. Lecz przede wszystkim – psychologiczna. Bo to, jakim człowiekiem okaże się inspektor w Grestin, zależy od Ciebie, hipotetyczny Graczu, decydujący się być może kiedyś na ogranie Papers, please. Co wyjdzie z tego bohatera, jaka cecha zwycięży? Czy będzie to homo sovieticus? Który tak naprawdę w dupie ma Marksa czy Stalina; pierwszego ani raz nie czytał, a drugiego nigdy nie słuchał (za to na pewno się go bał), ale tak głęboko wsiąkł w to myślenie i realia, że nie jest w stanie mentalnie zakwestionować ich zasadności? Może zwycięży poczucie odpowiedzialności za rodzinę; wtedy, wykonując polecenia służbowe, ma się przecież wrażenie, że robi się to dla innych, nie dla siebie. A może wygra cynizm i egoizm: oba prowadzące do wykorzystywania swej uprzywilejowanej pozycji, by zrobić dobrze wyłącznie sobie? Istnieje też kolejna opcja. Otóż nie wykluczam, iż ktoś przechodzący PP, widząc codziennie długą kolejkę petentów – tą rozpikselowaną, zlewającą się w jedność i przeciętność ciemną masę zwyczajnych do bólu jednostek, których niewyraźne rysy twarzy jakoś od początku kojarzyły się mi z kafkowskim everymanem (czyli kimś, kim mógłby być każdy z nas. Dla ludzi reżimu i jego głównych beneficjentów pozostającym jednocześnie totalnie nikim) – zapragnie, by ten system, choćby za cenę pójścia do pierdla lub nawet śmierci, po prostu upadł i wywalił się boleśnie na pysk.

Czujesz ich jedynie przy pomocy pocztowego kleju
Tylko dlatego, że mieszkają w innym kraju
Na tym świecie każdy jest zachłanny i pazerny
Na tym świecie każdy chce pieniądze i koncerny
Kilku frajerów rządzi świata tego polityką
A potężniejsi z nich myślą o władzy nad galaktyką
Co za fatalny świat
Przemówienia z dnia siódmego
Co za okropny świat
Roku bieżącego
Wpis (w okrojonej wersji) trafił też na Steam. Został skrócony w wyniku terrorystycznego ataku. Umieszczone między jego akapitami, wyróżnione kursywą słowa to tekst powstałego w 1985 roku (a wydanego w 1989) utworu grupy Kult pod tytułem Po co wolność. Napisał je Kazimierz Staszewski. I miałem w związku z nim potężny ból głowy. Mianowicie często moim problemem jest, by znaleźć odpowiednią piosenkę nadającą się do danego bloga, tu zaś było dokładnie odwrotnie: musiałem intensywnie myśleć, z której zrezygnować. Pasowały mi co najmniej trzy inne numery Kultu: Parada wspomnień (bo traktuje o stanie wojennym), Hej, czy nie wiecie oraz oczywiście Arahja. Zastanawiałem się przez chwilę nad Murami Kaczmarskiego, a do tego doszły zagraniczne klasyki: Wind of Change Scorpionsów i Heroes Davida Bowiego. Tego ostatniego szkoda mi niezmiernie, ponieważ uważam ten song za rzecz wyjątkowo inspirującą, zarówno w wersji oryginalnej, jak i w niezliczonej ilości przeróbek i aranżacji (spośród nich wyróżnić pragnę tę w wykonaniu Lemmy’ego Kilmistera). Cóż; powstał przecież w cieniu najlepiej swego czasu strzeżonej granicy na Starym Kontynencie. Zdecydowałem się ostatecznie na Kazika, co też oznacza, że żaden inny tekst tego artysty nie pojawi się już u mnie na stronie. Taką bowiem przyjąłem zasadę: nigdy nie powtarzać wykonawców, których piosenki dodaję do swoich wpisów. Jednak duch jego twórczości będzie wciąż wracał w nawiązaniach i aluzjach. Będzie krążył nad tym blogiem dokładnie tak, jak pewne widmo po Europie 1848 roku. A wracając jeszcze na chwilkę do wrzuconego tu Po co wolność: wprawne oko inspektora dostrzeże jedną malutką zmianę w stosunku do oryginalnego tekstu. Uprzedzam, iż nie jest to pomyłka, a zaplanowane działanie z mojej strony. Zrobiłem to celowo, by dodatkowo podkreślić aktualność tego utworu; chyba nigdy się on nie zestarzeje.
*Uwielbiam… to mało powiedziane: ubóstwiam kawał o tym, jak to do wyścigu stanęli Chruszczow i Kennedy. Gdy wygrał go amerykański prezydent, radziecka propaganda przedstawiła wynik zawodów w jakże charakterystyczny dla siebie sposób: otóż towarzysz Nikita zajął przecież zaszczytne drugie miejsce, JFK natomiast… przybiegł przedostatni 🤣🤣🤣
**Przepraszam za tę (zabawną dla mnie) grę słów, ale nie mogłem się powstrzymać. Oczywiście: używanie nazwy Czeka w kontekście gry dziejącej się w 1982 roku jest historycznym błędem. Ta bolszewicka służba została bowiem rozwiązana jeszcze w latach 20. XX wieku. Papers, please często bywa przedstawiana jako krytyka (rzadziej satyra) systemu komunistycznego. A ja bym się tak nie ograniczał i rozszerzył to postrzeganie gry na jakikolwiek totalitaryzm. Dlatego w miejsce Czeka sugeruję wstawić dowolną, działającą w imię jedynie słusznej partii policję polityczną: czy to NKWD, KGB, Gestapo czy Stasi.
Nie dowiozłem w zeszłym roku na czas bloga o drugim sezonie TloU, ale w tym udało mi się poprawić: dokładnie dwa lata temu, 29 lipca 2024, domena impresjezgier.pl zadebiutowała w Internecie. Dziś obchodzi drugie urodziny. I co? A no jedziemy dalej z kontentem takim jak dotychczas.
Zapomniałem wspomnieć, że wszystkie screeny są mojego autorstwa. Cóż za amatorszczyzna, brak kompetencji i olewanie obowiązków służbowych. Należy się nagana i kara finansowa. Następnym razem – odsiadka za kratami.
Czytelniku Voievoda – oto Twój challenge roku bieżącego. Do następnego i niech żyje Arstoczka!
Dzięki Gonzi za przypomnienie mi o Papers, Please. Totalnie zapomniałem o tym tytule, a byłem nim kiedyś żywo zainteresowany. W dzisiejszych realiach jednak chyba zdecyduję się przetestować wersję mobilną. Większa szansa, że dobrnę do końca (lub do wielu różnych końców, skoro mówisz jest ich aż 20). Powtarzalny gameplay nie powinien być problemem przy dawkowaniu tytułu w krótkich sesjach. Dzięki!
PS. Po roku przerwy wróciłem do The Alters i ogrywam właśnie dodatek Last Variable. Jeśli nie miałeś jeszcze okazji przetestować „altersów”, to gorąco ci polecam. Chyba, że masz uczulenie na twórczość 11 bit studios, to odpuść, bo gra ma wiele cech wspólnych z wcześniejszymi ich tytułami. Pozdrawiam!
O, powitać 🙂
„W dzisiejszych realiach jednak chyba zdecyduję się przetestować wersję mobilną”
No więc wypowiadać się w sumie nie powinienem, bo ograłem wersję PC, ale mam wrażenie, że optymalny byłby jakiś ciut większy niż smartfonowy ekran dotykowy (tablet/konsola przenośna).
„Większa szansa, że dobrnę do końca (lub do wielu różnych końców, skoro mówisz jest ich aż 20)”
Gwarantuję, że na jednym zakończeniu nie poprzestaniesz 🙂 Sam odblokowałem z pięć, w tym takie, na którym mi najbardziej zależało.
„Po roku przerwy wróciłem do The Alters i ogrywam właśnie dodatek Last Variable. Jeśli nie miałeś jeszcze okazji przetestować „altersów”, to gorąco ci polecam.”
Wiem, że ten tytuł lubisz i doceniasz: czytałem Twoją recenzję 😉 I powiem Ci wprost, bez niedomówień, że The Alters już kupiłem z miesiąc temu. Czeka na swą kolej. I doczeka się na pewno, bo mnie ta gra (oraz jej tematyka) żywo interesuje. Mam nadzieję podejść do niej jeszcze w tym roku, choć będzie ciężko, bo droga połowa 2026 to zatrzęsienie gier pod moje gusta.
Pozdro!
A co ta za fakiety się tam wkradły????
Aż zrobię test✌️✌️✌️✌️✌️
„Wierz lub nie, ale dosłownie dwa dni temu myślałem o tej grze”, „Skrojone idealnie”
Lol. Jeśli tak, to… fajnie 🙂 Coś mam szczęście do tych challengów dla Ciebie. A myślałem, że do trzech razy sztuka i tym razem przestrzelę. Ale… nie uprzedzajmy.
„tym samym wybór czelendżu dla Ciebie zrobił się jeszcze trudniejszy…”
Mam rozumieć, że Cię wyprzedziłem?
„A co ta za fakiety się tam wkradły????”
A tu już nie mam koncepcji. Serio: o co chodzi?
„Mam rozumieć, że Cię wyprzedziłem?”
Jest kilka opcji, a raczej było, ale wszystkie jakieś takie;)
„A tu już nie mam koncepcji. Serio: o co chodzi?”
Standardowo – 4 kliknięcia na emotkę peace i dodaj komentarz. Skąd te 2 fucki tam? Nie mam pojęcia. Nie mam ich nawet w emotkach do wyboru. Szukałem nawet przez google AI powodu takich fikołków i nawet te w miarę sensowne wydają się nie pasować, bo doskonale wiem, że wklepałem 4 emotki peace i tyle było widać przed tym jak kliknąłem w „dodaj komentarz”, a tu zonk – 2 fucki w bonusie. Bo wyświetlają się u Ciebie te fucki ??
Anyway – to nie zamierzone. I wygląda niefajnie delikatnie mówiąc. Chciałem żeby była jasność.
„a tu zonk – 2 fucki w bonusie”
A, to. He he – nie przejmuj się. Na tym szarym tle wyglądają na kciuk do góry. I za to je wziąłem 🙂
Wierz lub nie, ale dosłownie dwa dni temu myślałem o tej grze O_o. Idealnie wpisuje się w growo-filmowo-książkową tematykę, którą od jakiegoś czasu eksploruję.
A piksele? Im większe, tym lepsze;).
Zakupy i granie na PC zwykle kończą u mnie na dnie szuflady (wyjątkiem są właśnie czelendże). Rozważę jeszcze wersję na smartfony, choć tam oczy męczą mi się najszybciej, więc szanse minimalne.
Skrojone idealnie; tym samym wybór czelendżu dla Ciebie zrobił się jeszcze trudniejszy…
P.S. I ten Kulcik…
To fakt – tak bogato, że trzeba wręcz robić selekcję.
Peace✌️✌️✌️✌️🖕🖕