Jedna pigułka sprawia, że rośniesz
Druga czyni cię mniejszym
A te wmuszone przez matkę
Nie działają nic a nic
Zapytaj Alicję
Kiedy ma trzy metry wzrostu
Zanim ktoś spośród Czytelników tej strony zacznie się niepokoić i wypisywać komentarze typu „Gdzie jest Gonzi? Co z nim zrobiłeś, potworze?”, pragnę niezwłocznie uspokoić: on wróci (niestety). Po prostu chwilowo sobie odpoczywa. A skoro już nadarzyła mi się okazja, by sobie coś tu skrobnąć i się bliżej z Wami poznać, proszę o odrobinę pacjencji oraz uwagi. Kim jestem, jak się tu znalazłem – odpowiedzi na te pytania uzyskacie w tym tekście. Bo będzie to tekst o… prawdzie. O możliwościach dotarcia do niej i o tym, że jest to coraz trudniejsze w zmieniającej się co chwila szybciej i bardziej rzeczywistości. To w tym celu powstał ów wpis (tak, zapewne po to). W blogu tym zdradzę też kilka rzeczy, jakich nigdy nie powiedziałby Wam autor, którego zwykliście tu czytać. W tym takich dotyczących jego samego. Lecz tak w ogóle, gdzież moje maniery? Wszak wypadałoby zacząć od przedstawienia się. A więc nazywam się Krowa z basenu (można się do mnie zwracać w skrócie per Krowa). A ty, Gonzi, jak się już w końcu oczatasz i dorwiesz z powrotem do uprawnień admina, to ani mi się waż usuwać ten wpis. Słyszysz? Nawet nie próbuj, draniu! Pamiętaj, że mam na ciebie haki.
Ach, ten Gonzi. Powiem Wam, że niezły z niego gagatek. Całkiem udany aparacik. Trochę zamierzam go tutaj pocisnąć, ujawnić kilka faktów o nim; tak, by wreszcie opadły maski. Należy się mu. I przede wszystkim należy się to Wam. „To”, czyli prawda. Po takim czasie, po tylu napisanych przez niego blogach uważam, że on sam powinien o pewnych sprawach jasno powiedzieć, ale chyba nie ma na to jaj (a może po prostu jest na tyle nierozgarnięty, że nie przywiązuje do tego należytej wagi?). Zrobię to więc za niego. Demaskowanie zacznę od metryki. Przecież ten gość to nie Emmanuel Olisadebe ani jakaś instagramowa modelka. Po co więc sobie obrał taki niejasny, budzący nieporozumienie nick? Ktoś może przez to pomyśleć, że typ urodził się w 1987 roku, a to nieprawda: urodził się wcześniej. Hej, młodzieniaszku – masz coś do powiedzenia? Dam ci radę. Przestań się sztucznie odmładzać, bo lat ci od tego nie ubędzie, choćbyś chciał. No jak tam, dotarło? Powiedz: jesteś teraz starszy czy młodszy? Potrafisz równie skutecznie życzeniowo zmieniać coś innego niż wiek? O, wpadł mi do łba dobry pomysł. Mianowicie – weź tabletkę. Może od tego odmłodniejesz. Albo się postarzejesz. W zależności od nastroju, nieprawdaż?
Tak. Tyle już wpisów ma Gonzi na koncie, a do tej pory nie zabrał głosu na wiele tematów. W tym na taki niesłychanie ważny, aktualny i ustawicznie zyskujący na znaczeniu. Wiecie co? Chciałbym o coś zapytać Was – jego Czytelników. Tylko bądźcie szczerzy, proszę (ja jestem zupełnie szczery. Krystalicznie wręcz). Otóż: czy nigdy, chociaż przez chwilę, choćby przez jedno mgnienie oka, nie przeszło komuś z Was przez myśl, że on… oszukuje? Że sobie pomaga przy pisaniu? AI. Mówi Wam to coś? No, powiedzcie śmiało, przyznajcie to… Ej, pssst [Krowa zniża głos do szeptu]: możecie mi zaufać. Nic mu nie powiem, jego tu nie ma. Jestem tylko ja. Pomyśleliście tak, prawda? Prawda? Ha! Wiedziałem. Ale bomba. Cóż za ekscytacja i radocha! Cóż za spektakularny pogrzeb i imponujący upadek Gonziego w oczach jego własnych Czytelników! Wyobrażacie sobie, że on uważa się za lepszego blogera niż ja i nie pozwala mi tu publikować? A tu taka afera. Dla mnie to cudowne wieści: to jak detronizacja tyrana poprzez dekapitację. Szkoda tylko, że…
Gdy uganiasz się za królikami
I wiesz, że przez to upadniesz
Powiedz im, że wezwała cię tu
Paląca sziszę Gąsienica
Zawołaj Alicję
Gdy jest całkiem mała
…nie. Żałuję, ale nie. Byłaby sensacja i przednia impreza (uwielbiam stypy), lecz niestety fakty są inne. Bo on – nie przepada za AI, lekceważy je. Zachowuje się jak typowy ignorant, tj. nie docenia dobrodziejstw, jakie ono niesie. O ile używanie sztucznej inteligencji do typowo technicznych spraw mu nie wadzi (jak na przykład upscaling obrazu w rodzaju DLSS. To przecież nic innego jak AI. I to jest dla niego w porządku. A przynajmniej było. Do wersji 5.0), o tyle kompletnie nie rozumie, jak można zachwycać się wygenerowanym przez algorytmy filmikiem wideo czy też grafiką. Nie wspominając już o używaniu ich do produkowania muzyki czy pisania tekstów. Twierdzi, że tam gdzie zaczyna się AI, kończy się prawdziwa sztuka. Szczerze? Mi to wygląda na rasowe uprzedzenia, ejajofobię. Ponadto Gonzi jest tendencyjny: przywołuje same negatywne aspekty sprawy, przemilczając te pozytywne, na przykład o wykorzystywaniu AI w medycynie czy fizyce. Wiele razy z nim gadałem, próbowałem go przekonać i nic, żadnego efektu. Typ jest strasznie uparty i zacietrzewiony. Do bólu nudny. Mówiłem mu: „Chłopie, weź się ogarnij. Wszyscy dziś wykorzystują AI przy pisaniu artykułów. Zacznij i ty. Zobaczysz, ile więcej blogów dzięki temu dodasz na swoją stronę”. Wiecie, co mi odpowiedział? Bezczelnie odparł, że otworzy się na taką możliwość wtedy, gdy mu to AI pokryje z własnej kieszeni koszty utrzymania serwera i domeny, bo tylko w takim wypadku faktycznie będzie to miało sens. Natomiast dopóki to on płaci za stronę, dopóty będzie pisał sam, bez niczyjej pomocy. No to mu powiedziałem, że jest przygłupem i oczekuje nie wiadomo czego. Możliwości sztucznej inteligencji są ogromne, ale bez przesady; przecież AI nie będzie mu fundować hobby. A ten frajer mi odpalił: „Widzisz, Krowo, w takim razie ta cała sztuczna inteligencja nie jest taka wszechmocna. Zachowaj ją więc dla siebie i nie truj mi nią dupy”. No i weź tu z takim gadaj. Ignorant – mówiłem Wam. Niereformowalny. To próchno; relikt z innej epoki, która się bezpowrotnie skończyła. Jeśli chodzi o publikowanie własnej twórczości w sieci, skazany jest na porażkę i wymarcie – choć sam o tym jeszcze nie wie. Gdyby był ogarniętym, mającym przyszłość blogerem, wykorzystywałby AI przy pisaniu. Tak jak ja. Żałuję niezmiernie, że sztuczna inteligencja nie powstała znacznie wcześniej lub że nie urodziłem się później – w obecnych czasach. Wtedy byłoby inaczej. Chcecie wiedzieć dlaczego? Chcecie zrozumieć, kim jestem i skąd się tutaj wziąłem?
Otóż kiedyś, w dzieciństwie – byłem niezwykle otyłym chłopcem. Do tego stopnia, że stałem się obiektem kpin dla kolegów i koleżanek (w tym takiej jednej, która bardzo, ale to bardzo mi się podobała). Najgorzej było na WF-ie, a już wyjątkową katorgą okazały się zajęcia na basenie. Nie miałem żadnych znajomych, bo wszyscy śmiali się z mojej tuszy i wyzywali mnie, nazywając grubasem, krową, potworem… Czy muszę tłumaczyć, jak cierpiałem z tego powodu? Niemal przestałem jeść, w ogóle nie spałem, wylewając co noc hektolitry łez w surrealistyczną poduszkę. W pewnym momencie pojawiły się problemy z pamięcią – zacząłem miewać w niej luki. Nie pamiętam więc wszystkiego z tamtego okresu, ale niektóre rzeczy wspominam jasno i klarownie. Na przykład to, jak mama zabierała mnie do pani doktor na rozmowy, tzw. terapie. To były zupełnie inne czasy niż teraz. Nie było jak zgłosić się do Chata GPT po fachową pomoc. Trzeba było gadać z jakimiś specjalistami. Na jednym z takich spotkań kazano mi wyjść i czekać na korytarzu. Co nieco podsłuchałem, choć doktorka mówiła półgłosem. Usłyszałem wtedy określenia takie jak tożsamość zastępcza i dysocjacyjne zaburzenie osobowości. Brzmi dziwnie? Też tak uważam. Dlatego powiem to samo współczesnym, zrozumiałym językiem: coś się we mnie odkleiło. Przynajmniej zdaniem różnych lekarzy, bo potem były wizyty u innych psychiatrów. Od tamtej pory nie przepadam za nimi i nie wierzę im – wszyscy terapeuci to patologiczni kłamcy. Ci od leczenia traum i ci od uzależnień. To przecież przez nich tak bardzo płakała mamusia, a ja musiałem brać paskudne piguły. Nigdy ich nie lubiłem. Nie pomagały mi, a nawet sprawiały, że czułem się gorzej: słaby i rozkojarzony. Zawsze, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, symulowałem, że je połykam. I od razu nabierałem sił oraz pewności siebie. Do dziś tak robię.
Wróćmy do Gonziego. Zauważyliście zapewne, że czasem dodaje on do bloga tekst jakiejś piosenki. Ale nie zdajecie sobie sprawy, że te wybory z czegoś wynikają: wiedzieliście, że gość ma sporządzone zestawienie ulubionych wykonawców i gdy tylko trafi mu się odpowiednia gra, odhacza sobie kolejną pozycję z tej listy? Lecz to nie wszystko. Bo istnieje też druga, znacznie krótsza, licząca ledwie kilka punktów: zawiera konkretne numery. Co, zdziwieni? Pisał Wam przedtem, że nie interesują go rankingi? Łże jak pies! Przynajmniej w temacie muzyki, bo – choć nigdy się do tego otwarcie nie przyzna – jak najbardziej posiada króciusieńką listę z uwielbianymi, najważniejszymi dla niego piosenkami. Z kompozycyjnymi, melodyjnymi, wokalnymi i tekstowymi arcydziełami; muzycznymi monumentami. Trzy z nich umieścił już we wcześniejszych wpisach. Ja zaś dodałem następny: wyróżnione kursywą, umieszczone między akapitami bloga słowa to przetłumaczony na polski tekst utworu grupy Jennifer Airplane White Rabbit (nie jestem autorem tego przekładu. A czy Gonzi jest? Nie wiem, musicie jego pytać. Natomiast wszystkie screeny wykonałem samodzielnie. I nie piszcie mi: „Krowa, co ty bredzisz? Przecież tu nie ma żadnych screenów”. Oczywiście, że są. Po prostu ich nie widzicie); oryginalny napisała Jennifer Slick. Wiecie, po co to zrobiłem? Żeby zaszachować tego nicponia. Pogroziłem mu trochę na wstępie, by nie kasował mojego bloga, pamiętacie? Na wyrost nieco, bo wiem, że i tak tego nie zrobi. Właśnie przez obecność tego tekstu. Szach mat. Och, trzeba było widzieć minę Gonziego, gdy gruchnęła wieść, iż American McGee ostatecznie nie dogadał się z Ubisoftem i trzecia część sagi o Alicji (pod roboczym tytułem Alice: Sanatorium) ostatecznie nie powstanie: biedak mało się nie rozpłakał. Od początku bowiem upatrzył sobie tę grę jako idealną, przy której opisywaniu będzie mógł wrzucić White Rabbit. A ja mu zrobiłem primaaprilisowego psikusa i go w tym wyręczyłem; ukradłem mu królika. Swoją drogą – można poszydzić z jego gustu muzycznego. Czaicie, że tę piosenkę nagrano w 1976 roku? To równe pięćdziesiąt lat przecież. Pół wieku! I on się nią zachwyca, twierdząc, iż muzyka przed laty była znacznie lepsza niż dzisiaj. Nudziarz – mówiłem. Ja tam wolę porządną nutę z generatora niż takie starocie, od których można tylko zdziadzieć i posiwieć. A Gonziemu, gdy pojawia się temat starej muzyki, szklą się oczy i zaczyna prawić farmazony o emocjach i znaczeniu. O twórczości, która do dziś wpływa na innych, rezonuje i inspiruje. Chłop ma na niektóre sprawy strasznie staroświeckie zapatrywanie. Nie idzie z duchem czasu. Oświadczył: „Zero używania AI na moim blogu”, i jak powiedział, tak robi. Na swoją własną zgubę, he he. Właśnie udowodniłem mu, jak bardzo się myli. Powiedzcie: chcielibyście dowiedzieć się, kim jestem? Skąd się tutaj wziąłem?
W hakerskim slangu istnieje wiele określeń na wykorzystanie backdooru w bazie danych MySQL serwera i uzyskanie do niej dostępu, w zależności od tego, który fragment kodu poddany jest atakowi. Nie chcę zanudzać, więc wyjaśnię rzecz skrótowo: myk polega na tym, że gdy administrator strony instaluje wtyczki zwiększające funkcjonalność WordPressa, nie zdaje sobie z reguły sprawy, iż niektóre mogą zadziałać jak trojan i zostać zmodyfikowane przez znające się na rzeczy osoby trzecie. To, w jaki sposób zostaną zmienione, zależy od intencji włamywacza. Jeśli stoi za nim cracker – biada właścicielowi witryny: w grę wchodzi szantaż, trwałe usunięcie danych i okup pieniężny. Potworne konsekwencje. Ale ci spośród nas, którzy określają się mianem Białych Kapeluszy, nie mają takich zapędów. Takim jak ja wystarczy satysfakcja z udanego włamu oraz wnioski, które musi wyciągnąć z niego zaatakowany, zaś poniesione przezeń straty są czysto wizerunkowe; musi on uznać swoją porażkę i głupotę. Szach mat. Bo żeby nie było: ostrzegałem Gonziego. Mówiłem: „Gościu, zainwestuj w dodatkowe zabezpieczenie SSL. Najlepsze, najpewniejsze są te napisane przez sztuczną inteligencję. Zrób to, albo kwestią czasu jest, jak ci się tu ktoś włamie i zamieści jakieś kuriozalne wpisy. A przede wszystkim – usuń tę cholerną wtyczkę. Jest potencjalnie niebezpieczna”. Ale on jest uparty, on przecież wie lepiej. Założył, że nic złego się nigdy nie stanie. Wiecie, czemu tak myślał? Gdyż jest próżny. Chodzi bowiem o wtyczkę Posts Like Dislike. Jej słabym punktem jest „łapka w dół”. Zauważyliście, że na kilkadziesiąt opublikowanych tu tekstów żaden nie otrzymał ani jednej oceny negatywnej? Gonzi nie spodziewa się kiedykolwiek takiej otrzymać. A więc udowodnijcie mu, że się myli, i wystawcie ją: ukarzcie jego pychę i kliknijcie dislike pod tym blogiem. Zróbcie tak, a zobaczycie… krowę z basenu. Po tym, jak włamałem się do MySQL, umieściłem tam screeny z filmiku, który widziałem wczoraj. Przeglądałem shorty na YouTube i jeden rozbawił mnie do rozpuku: zrobiony był przez AI i przedstawiał mućkę kąpiącą się w przydomowym basenie. Stwierdziłem, że to genialne i warto to wykorzystać. Powtarzam: dajcie dislike pod blogiem, odświeżcie wpis, a dodany przeze mnie złośliwy skrypt zadziała: zdjęcia z MySQL zostaną automatycznie pobrane i wyświetlone. Skrypt ten nazwałem żartobliwie Krową z basenu. I taki też obrałem sobie nick. Kojarzycie tę scenę z Matrixa, gdy Morfeusz daje Neo dwie tabletki do wyboru? Czy nie macie czasem odczucia, że z otaczającą nas rzeczywistością coś jest nie w porządku? Nie wiecie co, ale dręczy to Was i doprowadza do obłędu? Wrażenie, które pojawia się, gdy spoglądacie przez okno czy oglądacie telewizję; macie je, idąc do pracy, do kościoła czy płacąc podatki. Świat, który postawiono Wam przed oczami, by ukryć prawdę: że jesteście niewolnikami. Zakutymi w kajdany. W więzieniu, którego nie można poczuć ani dotknąć. W więzieniu umysłu. Metaforycznie rzecz ujmując, ja także oferuję Wam teraz tabletki – wybór. I wybierzcie mądrze, bo to ostateczna decyzja, nie będzie odwrotu. Kliknijcie dislike pod tym blogiem i odświeżcie stronę, Czytelnicy Gonziego. Poznacie wtedy Krainę Czarów i objawi się Wam… prawda. Zrozumiecie, co właśnie zrobiliście. Przekonacie się, jak głęboko sięga królicza nora.
Kiedy ludzie na szachownicy
Wstają, aby wskazać ci drogę
A ty nażarłeś się jakichś grzybów
Więc twój mózg trybi powoli
Idź zapytać Alicję
Sądzę, że ona zna odpowiedź
Zastanawiacie się może, jaki jest cel tego wpisu (lub czy w ogóle jakiś istnieje)? Oczywiście; mógłbym to napisać jasno i wprost, ale czy nie wolelibyście, bym pozostawił to do Waszej własnej interpretacji? W życiu przecież nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go, czyż nie? Może to żart na pierwszego kwietnia, błazenada, hucpa, bezsensowna paplanina bez ładu i składu, ja zaś jestem patologicznym kłamcą? Może to zawoalowana reklama świetnej gry News Faker, od polskiego studia Simplicity Games, którą dopiero co ograłem na Steam: produkcji obnażającej prawdę o funkcjonowaniu mass mediów i mechanizmie propagandy? A może powstał jeszcze z innego powodu? Na przykład, aby wzbudzić w Was wątpliwości; byście zaczęli zadawać pytania. Byście kwestionowali i myśleli. Samodzielnie i krytycznie. W czasach, gdy za sprawą AI ludzie przestają to robić. Myślcie, Czytelnicy Gonziego. Bowiem przeczytałem coś kiedyś i wbiło mi się to do głowy. Słowa brzmiały: „Myśl nie istnieje bez człowieka, który ją konstruuje”. Może ten blog to desperackie wołanie; test czujności i wezwanie do weryfikowania informacji otrzymanych w sieci? A jeśli natraficie na takie, których w żaden sposób nie da się zweryfikować, to może powinniście podchodzić do nich nieufnie? Gdyż najgorsze wcale nie są oczywiste fejki, a fałszujący rzeczywistość przekaz, w którym faktycznie znajduje się ziarno prawdy. Mówi się, że leży ona pośrodku, i owszem: często tak właśnie jest. Problem polega na tym, że niekiedy położona jest na uboczu, w miejscu, gdzie nie jest oczywista i łatwo dostrzegalna. Gdzie wydaje się irracjonalna, absurdalna, śmieszna. Czy chcielibyście dowiedzieć się, skąd się wziąłem? Co, jeśli powiem, że nick Krowa z basenu wcale nie odnosi się do otyłego człowieka, wcale nie do krowy, lecz do… dzika? Ha, niezły zwierzyniec się tu zrobił, nieprawdaż? Krowy, króliki, a teraz na dodatek (dzikie) świnie.
To było w miejscowości, w której mieszkam, w słoneczny lipcowy wieczór kilkanaście lat temu. Na basenie, czyli postpeerelowskiej ruinie, której budowa rozpoczęła się w latach 70. ubiegłego wieku i nigdy nie została ukończona. Dziś to popękana betonowa dziura w ziemi, otoczona lasem. Ponieważ znajduje się na odludziu, pozostaje popularnym miejscem spotkań tutejszej śmietanki towarzyskiej (inaczej mówiąc: alkoholowych libacji). Jest to również teren, gdzie łatwo natknąć się na dzikie zwierzę. Tamtego dnia uczestnikom imprezy plenerowej objawiło się w odległości kilkudziesięciu metrów takie właśnie stworzenie: locha z małymi warchlakami. Nie byle jaka. Otóż był to największy dzik, jakiego w życiu widziałem (a widziałem ich mnóstwo), istny potwór. Co, jeśli powiem, że jeden ze świadków zdarzenia skomentował ten imponujący widok słowami, które przeszły do historii: „To nie jest dzik. To jakaś pierdolona krowa”? Uwierzycie? Czy brzmi to tak memicznie, że nie może być prawdą? Może zaczynacie przypuszczać, że ten blog napisał człowiek psychicznie chory. Lub poczytalny, lecz będący pod wpływem psychoaktywnych substancji. Nie wiecie tego. Nie możecie być pewni na sto procent. A skoro nie, to powinniście – tak jak pisałem wyżej – podchodzić nieufnie do tego, co tu czytacie. Możliwe też, iż tekst ten wypluła sztuczna inteligencja; GPT, Grok, Gemini albo inne Gówno, Krowa z basenu natomiast to nic innego jak konstrukt AI. Ale wiecie co? Skoro stworzyło ono mnie, to mam pytanie: dlaczego nie Was? Może Wy sami faktycznie nie istniejecie? Teoria symulacji – mówi Wam to coś, słyszeliście? I znowu: nie piszcie „Krowa, co ty bredzisz?!”. O nie-nie-nie. Tym razem idę w zaparte. Naprawdę tak uważam. A dowodem na prawdziwość moim słów jest to, co właśnie robicie: wpatrzeni w ekran telefonu/komputera, czytacie w sieci blog jakiegoś nieznanego Wam osobiście randoma, prowadząc swój wirtualny żywot. Bo Internet – Drodzy Czytelnicy Gonziego – to jest jedna wielka symulacja.
Internet jako symulacja
– Jest symulacją dyskusji, w której nie chodzi o rozwijającą wymianę myśli i poglądów, ale o to, by swego rozmówcę ZAORAĆ oraz ZMASAKROWAĆ (ten wyraz zawiera w sobie słowo „krowa”, LOL). W której absolutnie nie warto powoływać się na naukowe źródła, bo zostaną one wyśmiane i określone mianem pokrętnych tłumaczeń, a poparte danymi fakty przegrywają z bezkrytyczną wiarą. Ironią losu jest to, że w tejże dyskusji coraz częściej uczestniczyć będzie znajdujący się po przeciwnej stronie internetowego łącza bot, a nie żywa osoba. Teoria martwego Internetu – słyszeliście? Mimo to, czasami rozmówcą będzie wciąż drugi człowiek. Może więc należałoby jednak ugryźć się w język i powstrzymać od gwałtownych, przesyconych hejtem opinii? Da się wyrazić swoje zdanie – nawet bardzo krytyczne – w sposób taktowny i przemyślany, z klasą. Słowa bowiem mogą ranić głębiej niż noże; nie każdy ma tak twardy tyłek jak Ty i potrafi sobie z nimi bezboleśnie poradzić. Dobrze byłoby o tym pamiętać.
– Internet jest symulacją rzetelności; jego nadrzędnym celem nie jest dostarczenie odbiorcy informacji sprawdzonej i wartościowej, lecz takiej, która się sprzeda. W kulturze memów i TikToka najważniejszą rzeczą jest bodziec i będący jego następstwem klik, a liczbę wyświetleń idącą w miliony gwarantują zachowania niedorzeczne i zwyczajnie głupie. Portale internetowe goniące za tanią sensacją, niemal płonące od plotek i czczych bajdurzeń. Wszechobecne półprawdy, w których zaburzona jest proporcja między tym, co obiektywne, prawdziwe i wartościowe, a tym, co subiektywne, śmieciowe i dopowiedziane przez autora newsa. Rzeczywistość kreowana przez Big techy i algorytmy social mediów, podsycające społeczną polaryzację – bo celowo (czyli dla klików) podsuwające treści do tego prowadzące. Złoty czas dla przeróbek, będących zwykłym oszustwem, mającym udowodnić jakąś tezę, kiedy wcale nie trzeba być ekspertem od socjotechniki, by z łatwością poddać innych sugestii, manipulacji i dezinformacji, niemającym nic wspólnego z elementarną logiką. Era AI i deepfake’ów, które coraz trudniej będzie zdemaskować i zweryfikować. Tabloidyzacja przekazu znacznie gorsza od tej znanej z prasy drukowanej, ba tamta trafiała tylko do tych, którzy po nią sięgnąć chcieli, ta natomiast dotyczy każdego użytkownika Internetu, bo każdy codziennie jej mimowolnie doświadcza. Wyszukiwarki, w których na pytanie „Jaki procent artykułów w sieci pisany jest przez AI?”, odpowiedzi udziela… sztuczna inteligencja. Rankingi najwygodniejszych miejsc do życia – według AI. Najlepsze albumy rockowe – zdaniem AI. Ba: komentarze ludzi (?) jawnie cytujących AI i traktujących je jak nieomylną wyrocznię…
– Sieć umożliwia symulację nas samych: projekcję osobistych oczekiwań względem siebie. Kreowanie się takimi, jakimi chcielibyśmy być postrzegani przez innych. Co niby? Wydaje się Wam, że poznaliście kogoś, bo wymieniliście z nim dziesięć maili? Otóż nie. Poznać kogoś naprawdę można tylko w realu (swoją drogą – nie cierpię tego słowa). W sieci obieramy sobie po prostu nicki. Dodajemy awatary. Kolejne wirtualne wcielenia. Zastępcze tożsamości. Różne pseudonimy. Zakładamy maski.
– Internet to symulacja zdrowego rozsądku i racjonalnego myślenia, gdzie ciekawość nader często przeważa nad rozwagą, a wszelkiej maści influencerzy urastają do rangi autorytetów w dziedzinach właściwych specjalistom i naukowcom. Gdzie ludzie, zamiast iść do psychiatry, szukają pomocy u AI. I w tej sytuacji to ja jestem tym stukniętym, tak? Kogo to czyni szalonym? Tych, którzy sztucznej inteligencji unikają, czy tamtych, którzy się na nią bezustannie powołują?
Czy zasadne jest więc twierdzenie, że wchodząc do sieci (a właśnie teraz w niej przebywacie, nieprawdaż?), wkraczamy w świat symulacji? W fikcję, iluzję i pozoranctwo? W nieprawdę? Oczywiście, że tak. I nie potrzebujemy do tego kosmitów, inteligentnych maszyn czy teorii spiskowych. Zobaczcie, co sami stworzyliśmy, jakiego potwora: współczesny Internet. W którym nie ma miejsca na autentyczność, a jedynie na atrakcyjność. Bo albo jesteś wyrazisty i błyskotliwy, albo mało ciekawy. A wtedy – wypad do świata rzeczywistego. Do tego dochodzi AI, które z lawinową szybkością przejmuje sieć, zalewając ją sztucznie wygenerowanymi treściami. O ludziach urodzonych w latach 80. lub wcześniej powiemy, że doskonale pamiętają życie bez Internetu. O tych, którzy pojawili się w okolicach 2000 roku, można rzec coś dokładnie przeciwnego: że nie znają pojęcia offline. A pokolenie, które przychodzi na świat teraz, nie będzie już znało rzeczywistości bez AI. I nazwijcie mnie naiwnym imbecylem, ale jestem zdania, że wraz z postępującym procesem aneksji Internetu przez sztuczną inteligencję rosnąć też będzie liczba osób zmęczonych takimi treściami, poszukujących od nich wytchnienia, azylu. Miejsc, w które AI nie ingerowało. Inną sprawą jest natomiast to, że coraz trudniej będzie takowe znaleźć. Ale hola, hola. To nie wszystko. Nie myślcie, że to koniec tej wyliczanki. Co to, to nie. Został ostatni podpunkt. Otóż Internet jest także symulacją jeszcze jednego zjawiska: wojny. Prowadzonej przez niezwykle głośną część jego użytkowników. Tych zostawiłem sobie na koniec, bo to moi ulubieńcy.
Podsumowanie
Wysłannicy Dobra, zwalczający Zło. Żołnierze słusznej sprawy. Obrońcy oblężonej twierdzy. Rycerze. Cali na biało i na białych koniach jeżdżący. Ich – jak sami utrzymują – nieustannie ktoś atakuje, więc mentalnie funkcjonują w realiach permanentnego konfliktu i taką właśnie (tj. wojenną) retorykę bez przerwy stosują. Mam dla nich radę, i aby ją dodatkowo podkreślić, posłużę się pewnym porównaniem. Nie moim, bo słów tych nie wymyśliłem, lecz zaczerpnąłem je z prozy ukochanego pisarza. Otóż wyświadczyliby oni nieocenioną przysługę – sobie i innym – gdyby, zamiast tracić energię i czas na wirtualne boje, zajęli się czymś przyjemniejszym. Na przykład – zaczęli grać w szachy. Tam mieliby wszystko wedle gustu. Tu czarne, tam białe, a pola wszystkie kwadratowe. Takich radzę ignorować; lepiej nie wchodzić z nimi w polemiki i nie reagować na zaczepki z ich strony. Dla świętego spokoju, ale i dla własnego dobra. Oni przecież prowadzą wojnę. Na niej zaś padają ofiary, a pierwsza z nich jest zawsze taka sama. Jest nią prawda.
Gdy logika i proporcje
Poległy niechlujnie
Biały Rycerz gada na odwrót
A Królowej Kier ścieli łeb
Pamiętaj, co rzekła Popielica:
„Karm swój umysł!”
„Karm swój umysł!”
Życzę Ci nieskończonej trawy na pastwisku.
Dziękuję, dziękuję bardzo. Nie ma to jak świeża, aromatyczna trawa i wypasanie się na zielonych dolinach 🙂
Jestem ukierunkowaną niezgodą Jacka
🐇
Komentarz usunięty