Przejdź do treści

Markotny bogobójca – impresje z God of War

Sztandarowy hit konsoli PlayStation opuścił rodzime środowisko i zawitał także na pecetach, a Bóg Wojny przeniósł swe gniewne zainteresowanie z panteonu greckiego na skandynawski. Dorabiając się syna przy okazji. Piekło zamarz… Helheim zapłonął, znaczy się.

Nie miałem nigdy styczności z poprzednimi odsłonami serii, od zawsze uważając je za typowo konsolowe, zręcznościowe slashery, których głównym celem jest naparzanie palcami w przyciski pada (jeśli ktoś poczuje się obrażony tymi słowami, to zapewniam, że wynikają one z ignorancji, nie ze złośliwości). Pecetowy debiut przygód Kratosa siłą rzeczy mógł mnie więc czymś zaskoczyć. I rzeczywiście to zrobił. Tytuł ten od początku wciąga i nie daje powodów do częstego wyłączania. Jest świetnie wyreżyserowany i zaprezentowany niezwykle efektownie, przedstawiając nordycki świat (a właściwie światy, bo odwiedzamy ich tutaj kilka) za pomocą oprawy graficznej, która przewyższa pokrewne Hellblade: Senua’s Sacriface (wciąż jednak dobre. Zarówno pod względem grafiki, jak i pod innymi), a unosząca się nad leżącym w Midgardzie Jeziorem Dziewięciu olbrzymia paszcza węża Jormunganda czyni tego gada oczywistym kandydatem na najjaśniejszą gwiazdę gry. Walka jest wymagająca i satysfakcjonująca (przynajmniej na trudnym poziomie), a głównemu bohaterowi – próbującemu odnaleźć się w roli ojca – w sumie daleko do bezmózgiego osiłka, za jakiego pierwotnie go miałem. Najbardziej jednak zaszokowała mnie eksploracja: odkrywanie kolejnych rejonów mapy oraz znajdowanie i otwieranie (rozwiązując logiczno-zręcznościowe zagadki) skrzyń z artefaktami to element, który spodobał mi się stopniu najwyższym, oferując najwięcej frajdy.

Lecz mimo to po około czterdziestu godzinach doznałem zadyszki; gra zaczęła mnie nużyć i kontynuowałem ją niejako z przymusu, z chęci doprowadzenia i poznania historii do końca. Stało się tak z kilku przyczyn, jak sądzę. Bezpośrednią był Niflheim – kraina (a w praktyce arena) pokryta mgłą, w której toczy się nudnawe, powtarzalne walki. I żeby była pełna jasność: jest opcjonalna. Nie trzeba jej zaliczać, ale unikalne surowce i przedmioty, jakie kryje, konieczne są do pozyskania potężnych ulepszeń broni i pancerza. Bez nich natomiast trudno będzie pokonać najgroźniejszych (i również nieobowiązkowych) bossów gry – Walkirie. Generalnie może trochę bez sensu krytykować zawartość, która jest poboczna, ale w przypadku kogoś takiego jak ja, kto uwielbia zgłębiać gry do dna i odnajdywać dodatkowe treści, nie da się tego zignorować. W utrzymaniu pełnego zainteresowania nie pomaga też fabuła, która w żaden sposób nie ewoluuje, a quest, jaki otrzymujemy w pierwszych minutach, pozostaje celem głównym już do finału; wszystko, co dzieje się po drodze, jest mu podporządkowane. I choć jest bardzo szczytny, to jego stawka… Napiszę po prostu, że były gry mające zdecydowanie ciekawsze opowieści. Z każdą kolejną godziną coraz bardziej irytujące stawały się również animacje protagonisty, odrywające nagle od gameplayu i odbierające graczowi kontrolę nad nim.

I jeszcze jedna sprawa. Otóż tak się jakoś złożyło, że w ciągu ostatnich dwóch lat ograłem obie części The Last of Us (na pożyczonej od kumpla PS4) oraz Horizon Zero Dawn, Days Gone i właśnie teraz God of War (na PC). Stąd naszła mnie pewna refleksja. Z jednej strony w temacie nastawionych na narrację, trzecioosobowych akcyjniaków wewnętrzne studia Sony to prawdziwi mistrzowie. Tyle że z drugiej trudno nie zauważyć, iż wszystkie te gry są mechanicznie dość do siebie podobne, a ta forsowana przez japońską firmę formuła może jeszcze nie zjada własnego ogona, ale zaczyna go już nadgryzać. Mówiąc innymi słowami: ciut męczyć. W Internecie krąży nieco złośliwa opinia, jakoby Sony klepało cały czas jedną i tę samą grę. I chociaż ja bym aż tak ostrych sformułowań nie wygłaszał (bo się przecież te produkcje czymś jednak różnią), to dostrzegam w tym powiedzeniu trochę prawdy.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany, bowiem, na Odyna, nie twierdzę, że GoW to jakaś porażka i rzecz niewarta uwagi. To kawał dopracowanego kodu, dla pecetowców stanowiący tym bardziej łakomy kąsek, że będący niemal perfekcyjną konwersją z PS (a takie przedsięwzięcia rzadko prezentują bardzo wysoką jakość techniczną na PC). Ale nie. Nie nazwałbym go jednak arcydziełem czy wybitnym branżowym osiągnięciem. I to pomimo tego, że zgarnął główną nagrodę w kategorii „gra ze znakomitą fabułą” w plebiscycie społeczności Steam za 2022 rok. Vox populi, vox Dei? Pozwolę sobie się nie zgodzić. Na mnie sporo większe wrażenie spośród zeszłorocznych produkcji wywarło okropnie niedocenione A Plague Tale: Requiem, może z nieco topornym gameplayem, za to z historią (przede wszystkim z jej końcówką) potrafiącą odcisnąć emocjonalne piętno na duszy gracza (to samo tyczy się soundtracku). Ta z GoW nie zostawiła we mnie nawet draśnięcia. Zresztą co ciekawe, znam osoby będące fanami starych odsłon serii, którym nordycka wersja przygód Kratosa nie przypadła do gustu jako nadto przegadana, powolna i oferująca zbyt mało bezkompromisowej jatki. Tytuł ten niekoniecznie więc się sprawdza zarówno jako slasher, jak i opowieść zapadająca w pamięć. Ale raz jeszcze wyjaśniam: to dobra gra. Tylko tyle i aż tyle. Bo chociaż głównie tu narzekam, to faktem jest, że przez większość czasu dawała mi radochę, wabiąc klimatem mitologii, którą szczerze lubię.

Na koniec małe wyzwanie, związane z aktorem udzielającym głosu Kratosowi oraz pewną tyczącą się go interesującą paralelą. Otóż Christopher Judge – o nim mowa – odgrywał już w swojej karierze podobną rolę co w GoW: potężnego, niezłomnego wojownika, podróżującego między różnymi światami za pomocą swego rodzaju bram i prowadzącego prywatną krucjatę przeciwko istotom nazywającym się bogami. Gratki dla wszystkich, którzy bez wysługiwania się wujkiem Google skojarzą, kogo i w jakim serialu grał. Gratulacje i pozdrowienia, w rzeczy samej.

Tekst dostępny jest również na Steam. Użyte grafiki nie są mojego autorstwa ani moją własnością. Mają charakter jedynie podglądowy i pochodzą ze strony wallpapercave.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *