Uwaga – publikacja specjalna. Nie pierwsza na tym blogu i być może nie ostatnia. Już druga, której tematem nie jest gra, a serial telewizyjny. Lecz w przeciwieństwie do poprzedniej (tej o ekranizacji TloU od HBO) nie była – mówiąc szczerze – planowana. Bowiem ze trzy miesiące temu tak jakoś wyszło, iż wróciłem do obejrzanego przed laty serialu, początkowo chcąc go jedynie „przeklikać”, czyli przypomnieć sobie co ciekawsze momenty. Założenie to szlag trafił: oglądnąłem całość. Stopniowo coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że trzeba będzie o BSG napisać.

„Cyloni zostali stworzeni przez ludzi. Po to, by uczynić życie w Dwunastu Koloniach wygodniejszym. I nadszedł dzień, kiedy Cyloni postanowili zabić swoich panów”. Tymi słowy rozpoczyna się pilotowy odcinek serialu, wyemitowany przez amerykańską stację Sci-Fi Channel 8 grudnia 2003 roku. Tak zainaugurowana została czterosezonowa, licząca ponad siedemdziesiąt epizodów kosmiczna epopeja o nielicznych ocalałych z totalnej katastrofy i pożogi, którym okrutny los przypisał obowiązek kontynuowania ludzkiej historii. O cywilizacji potrafiącej wznieść się w Kosmos, a jednocześnie niebędącej w stanie pokonać raka. Która osiągnęła poziom technologicznego rozwoju pozwalający skonstruować inteligentne maszyny, ale wciąż nie odkryła, jaki jest sens istnienia. Oto społeczność zamieszkująca planetarny układ – Dwanaście Kolonii Kobolu – tworzy Cylonów: humanoidalne roboty wykorzystywane jako narzędzia do pracy i pomocy. Z niewiadomych powodów pewnego dnia wszczynają one bunt. Dochodzi do wojny, zakończonej zawarciem rozejmu. W jego wyniku maszyny odlatują do innego świata, chcąc się uniezależnić i zbudować własny niepodległy naród. Mija czterdzieści lat, podczas których nie dają one najmniejszego znaku obecności. I nagle ni stąd, ni zowąd – Dzieci Ludzkości wracają. Z wielkim hukiem, można by powiedzieć, bo przeprowadzając skoordynowany nuklearny atak na kolonie i niemal całkowicie zmiatając mieszkańców z ich powierzchni. Zagładę tę przeżywa tylko garstka: niespełna pięćdziesiąt tysięcy osób, przebywających na kilkudziesięciu statkach, skupionych wokół pełniącego funkcję eskorty okrętu wojskowego typu battlestar o nazwie Galactica. Utraciwszy bezpowrotnie swe domy i bliskich, nękani przez Cylonów, niedobitki ludzkości rozpoczynają exodus, za cel obierając sobie odnalezienie legendarnej planety: zaludnionej z dawien dawna (jak donoszą starożytne pisma i podania) przez zaginione Trzynaste Plemię Ziemi. W całym tym chaosie na jaw wychodzi szokujący fakt: atak nie byłby możliwy, gdyby nie dokonana przez Cylonów dogłębna infiltracja odpowiedzialnych za obronę ludzkich instytucji. Ci bowiem nie próżnowali w trakcie zawieszenia broni. Ewoluowali i wyglądają dziś dokładnie jak ludzie. Konkretnie istnieje dwanaście takich szczególnych modeli, które zachowują się jak człowiek, to samo jedzą, kładą się spać, potrafią czule całować i w identyczny sposób krwawią. Lecz pod pewnym względem różnią się od ludzi diametralnie: nie mogą umrzeć, gdyż po „śmierci” ich osobowość ładowana jest zdalnie do następnego bliźniaczego ciała.

Nie ma dla nas czasu
Nie ma dla nas miejsca
Czym jest ta rzecz, która buduje nasze marzenia
A jednak wymyka się z rąk?
Pomyli się ten, kto na podstawie powyższego wprowadzenia w uniwersum wysnuje wniosek, iż BSG to kolejna historyjka w stylu Gwiezdnych wojen czy Star Treka, o bujnych przygodach bohaterów mężnie stawiających czoła jednoodcinkowym wyzwaniom. To znaczy – gatunkowo jest to najprawdziwsza space opera, z wszystkimi tego konsekwencjami, owszem. Mało tego: to w istocie remake serialu z lat 70. ubiegłego wieku o takim samym tytule (nie oglądałem go, ale wiem o nim wystarczająco dużo, aby rekomendować nową wersję jako zdecydowanie godniejszą uwagi. Różni się ona od oryginału wyraźnie). Natomiast nie radziłbym stawiać w centralnym punkcie kwestii takich jak statki czy bitwy w Kosmosie. Powiedzieć, że stanowią one sedno Battlestar Galactica, to jak stwierdzić, że The Last of Us jest o epidemii kordycepsu. Niby można, tyle że jest to niesłuchane spłycenie tematu. Mianowicie duże znaczenie mają w BSG treści egzystencjalne, z pytaniem o istotę człowieczeństwa i tego, co czyni nas ludźmi, na czele. Jedni za decydującą uznają zdolność do abstrakcyjnego myślenia, drudzy – do współodczuwania. Kolejni, odwołując się do religii, wskażą na nieśmiertelną duszę. Jeszcze inni przeciwnie: to właśnie naszą doczesność i świadomość własnego końca potraktują jako kluczową. Która czasem pcha nas do czynów wielkich, czasami zaś do straszliwych. I tak: zdaję sobie sprawę, że owe zagadnienia wałkowane były na gruncie popkultury już wiele razy, w wyniku czego mogą zostać odebrane jako nudne, przesadnie nadęte oraz przez tę swoją pospolitość – co zabrzmi paradoksalnie – trywialne i miałkie. A że szanując zarówno czas Czytelników tej strony, jak i trwałość mojej klawiatury, solennie obiecałem sobie unikać w tym blogu banałów i truizmów, ja to fundamentalne pytanie zmodyfikuję i zadam w odwróconej formie: Czy możliwa jest sytuacja, że swe człowieczeństwo tracimy? I jeśli tak, to co sprawia, że przestajemy być ludźmi?

Kto chce żyć wiecznie?
Kto chce żyć wiecznie?
Na przestrzeni czterech sezonów BSG podsuwa kilka prawdopodobnych wyjaśnień tego, dlaczego Cyloni zdecydowali się na anihilację ludzi, a jedno z nich brzmi wyjątkowo niepokojąco: bo może zasługiwaliśmy? Nam przecież naprawdę niewiele potrzeba, by skoczyć sobie do gardeł jak wściekłe psy, a ludzkie dzieje to nic innego niż ciąg niemal nieustających wojen, konfliktów i mordów (czyżby to skłonność do sadystycznej przemocy lub upodobanie do zadawania tortur było naszą główną cechą?). Związane jest z nimi pewne dobrze znane i opisane zjawisko. Powracające niczym widmo, ilekroć w politycznym dyskursie dominować zaczyna paradygmat walki. Gdy brutalizacji ulega będący nośnikiem społecznych emocji język. Wykorzystuje się je, indoktrynując żołnierzy, by łatwiej im było zabijać, a kiedy w swym przekazie zaczynają używać go radykalni, charyzmatyczni liderzy, wtedy zawsze, wcześniej czy później, dochodzi do zdarzeń koszmarnych. To tak zwana dehumanizacja wroga. Dla bohaterów BSG Cyloni to nie ludzie, a rzeczy: tostery bądź skóry (tak określane jest te dwanaście nowych modeli, które wyglądają jak my. Oraz, jak same twierdzą – na równi z nami odczuwają). Lecz zanim ktoś pomyśli, że zamierzam tu usprawiedliwiać i wybielać kogoś (lub, wedle uznania – coś), kto dokonał masowego ludobójstwa, uprzedzam, iż tak nie jest. Sugeruję tylko, by się nad tym problemem zastanowić: Cyloni to Dzieci Ludzkości. Stworzono ich na podobieństwo swych panów. Rodziców. I nauczycieli. Battlestar zdaje się więc zadawać pytanie: Jakie jest rzeczywiste dziedzictwo ludzkości? Co zostawiamy w spadku swoim potomkom? I czy przypadkiem nie jest to między innymi łatwość, z jaką odmawiamy innym godności i prawa do istnienia, czyli dehumanizacja właśnie? Jak działa w praktyce jej mechanizm, wyłożył mi lata temu Oliver Stone w filmie Pluton (1986); tak, że mi na całe życie wystarczy. Choć zilustrował go na przykładzie nie zabójstwa, a gwałtu. Otóż dla oprawców i zbrodniarzy gwałconą nie jest dziewczyna czy kobieta. Nie dziecko i nie inny człowiek – to przecież „tylko jebana Wietnamka”. A wspomnienie tego w kontekście BSG jest tym bardziej uzasadnione, że serial kwestię gwałtu – jako fizycznego i psychicznego znęcania się nad jeńcami wojennymi – także w pewnym momencie podnosi.
Nie mamy żadnych szans
Wszystko zostało już za nas postanowione
Ten świat ma tylko jedną słodką chwilę
Przeznaczoną dla nas
Battlestar porusza zresztą wiele kwestii. Interesujące jest to, jak w serialu emitowanym w otwartej telewizji przemycono pewne wątki i dylematy oraz zdecydowano się na rozwiązania, których obecność w podobnych rozrywkowych produkcjach wcale nie jest oczywista i częsta. Przez ogromną liczbę wulgaryzmów serial mógłby zostać odebrany jako obsceniczny i mało taktowny. Uniknięto tego w sprytny sposób, przekształcając angielskie słowo fuck wraz z jego wszystkimi pochodnymi. Postacie w BSG używają go w eufemistycznej formie, mówiąc fraking, what the frak czy motherfraker, a zamiast goddammit funkcjonuje tu godsdammit, co wyraża wyznawany przez kolonistów politeizm (tematowi religii poświęcę następny akapit). Choć erotyki tu sporo (oraz miłości, ogólnie rzecz ujmując; jest tu cała masa romansów), to pokazana jest subtelnie, podobnie jak w stonowany sposób przedstawiono przemoc, nie epatując przesadnie krwią i flakami. Serial wystrzega się niepotrzebnych tanich kontrowersji, woląc prowokować zgoła inaczej: stawiając pytania i wzbudzając przemyślenia. Prezentuje różne perspektywy i wcale nie wymusza na widzu uznania którejś za właściwą. Iluż zniuansowanych, wielowarstwowych zagadnień można się tu doszukać. Na przykład – jak cienka bywa granica między sprawiedliwością a zemstą. Podobnie jak niewiele w istocie dzieli cywilizację od targanej wewnętrznymi konfliktami hałastry czy bandy. Jak prawa i warunki pracy robotników oraz fakt, że śmierć rzadko jest piękna, za to często bezsensowna. Czy wielkie osiągnięcie demokracji, jakim jest cywilna kontrola nad armią, to nienaruszalna świętość czy może mrzonka, a zarządzanie najpoważniejszymi kryzysami powinno spoczywać w rękach wojskowej junty: trzymających broń i pociągających za spust, lecz zarazem bezpośrednio narażających swe życie w obronie innych? A skoro już przy nich jesteśmy, to czy ucieczka z pola walki w obliczu nieuchronnej klęski może być traktowana jako taktyczny odwrót przeprowadzony, aby przegrupować się i wrócić, gdy będzie się na to gotowym, czy to jednak zawsze akt tchórzostwa i zdrady? Wreszcie – sprawa aborcji. Spokojnie; nie zamierzam na blogu o grach wideo rozstrzygać tak polaryzujących opinię publiczną kwestii. Chcę jedynie zobrazować, jak ten problem ukazany jest w BSG. No bo jeśli założymy, że obowiązującą narracją jest ta liberalna, będąca na mocy decyzji politycznej dopuszczalnym prawem, to czy powinno ono wciąż działać w sytuacji zaistniałej w serialu? Gdy każde nowo narodzone dziecko nie jest na wagę złota: ono jest na wagę przetrwania. Całej rasy, której los zawisł na cienkim włosku. Zaprawdę, trudno jest mi wskazać inny telewizyjny serial, będący reprezentantem rozrywkowej fantastyki, niewahający się opowiadać o rzeczach trudnych i robiący to w podobny sposób jak Battlestar, czyli niejednokrotnie wywołując w odbiorcy uczucie dysonansu i dyskomfortu.

Kto chce żyć wiecznie?
Kto chce żyć wiecznie?
Kto?
W historię tę nierozerwalnie wpleciona jest warstwa religijna. Tu nie będę owijał w bawełnę: albo się ją „kupi” i zaakceptuje, albo nie ma najmniejszego sensu do Battlestara podchodzić. To naprawdę bardzo ważny i eksponowany element, i mnóstwo tu rozmaitych wizji oraz przepowiedni. Wiem, że nie każdemu taka tematyka podchodzi. Wydaje mi się jednak, iż nie trzeba być osobą wielce wierzącą lub jakkolwiek uduchowioną, aby zdawać sobie sprawę, jak olbrzymie oddziaływanie na rozwój i dzieje ludzkości miały mniej lub bardziej zinstytucjonalizowane religie. Oraz z tego, jak wielka potrafi być siła wiary w mit, wlewający w stroskane serca nadzieję, nawet jeśli jego ziszczalność maluje się niezwykle odlegle albo wręcz – to stwierdzenie pasuje znacznie lepiej – graniczy z cudem. Oraz co się może stać z człowiekiem, gdy tego oparcia i motywacji zabraknie. Do owego mistycyzmu dochodzi wyraźnie wyczuwalny mesjanizm: Galactica, niczym arka, prowadzi resztki tułającej się ludzkości ku nowemu, lepszemu światu – ziemi obiecanej – i nie zliczę, ile jest w BSG rozmów o przeznaczeniu, które musi się wypełnić. Dużo tu też nawiązań do starożytnej Grecji i Rzymu, bo koloniści wierzą w dwunastu Władców Kobolu, których imiona natychmiast zabrzmią dla widza znajomo. Cyloni zaś czczą… monoteistycznego Boga. Jedynego i prawdziwego, który według nich – i wbrew twierdzeniom deistów – aktywnie uczestniczy w kształtowaniu rzeczywistości. Generalnie tę sferę mitologiczno-religijną uważam za jedną z najciekawszych w serialu. Mimo to wcale nie traktuję jej jako dominującej i najważniejszej. Bo przy tym całym pogmatwanym mistycyzmie, rzekomo odgórnie narzuconym przeznaczeniu, gadaniu o boskim planie i operowaniu symbolami, dla mnie mimo wszystko Battlestar jawi się jako apologia wyboru.

Kto odważy się kochać wiecznie,
Skoro miłość musi umrzeć?
Mistycyzm, mesjanizm i symbolika. Teizm, ateizm, fatalizm i determinizm. Egzystencjalizm, egalitaryzm oraz egoizm. A także – retrofuturyzm. Będący zapewne spuścizną po oryginale sprzed pół wieku, ale i tak uwielbiam, jak BSG miesza stare z nowym, łącząc chociażby superinteligentne maszyny i napęd nadświetlny z analogowymi telefonami, fotografią kliszową czy „poczciwymi” bombami atomowymi. Jeśli chodzi o aspekty realizacyjne, czuję się w obowiązku poinformować, że zastosowano tu zabieg zwany „kamerą z ręki”; świadom jestem, że niektórzy go nie lubią, uważając za warsztatowe niechlujstwo, ale ja traktuję go tutaj w kategorii atutu, bo trzęsący się czasem obraz zwiększa moim zdaniem dramaturgię scen i podkręca ich dynamikę. Pod względem wizualnym i efektów specjalnych widać już upływ czasu, lecz nie ma też z tym znowu tragedii. Powrót do Battlestara po dwudziestu latach od jego debiutu nie jest doświadczeniem tak bolesnym, jak brutalne zderzenie nostalgii z rzeczywistością mające miejsce, gdy próbuję dziś oglądać inne uwielbiane kiedyś seriale sci-fi, wyprodukowane ledwie dekadę wcześniej niż BSG i emitowane na Polsacie jeszcze w latach 90. – Gwiezdną Eskadrę i Ziemię 2. Ani trochę nie zestarzała się natomiast muzyka, która wciąż brzmi i pasuje świetnie. Zarówno ta instrumentalna, jak i wokalna. Napomknę, że rozlegająca się w czołówce zagadkowa, dziwacznie intonowana pieśń (wpisująca się w jakże specyficzny, metafizyczny klimat tej opowieści) to hinduistyczna mantra Gajatrī, będąca prośbą o wyzwolenie i światłość, lecz pojawiają się tu również znacznie bardziej znajome rytmy. Nie chcę zdradzać za dużo w bezspoilerowym z założenia tekście, więc ograniczę się do stwierdzenia, iż wielkie znaczenie dla fabuły (i mitologii) serialu ma piosenka All Along the Watchtower, pierwotnie nagrana przez Boba Dylana (1967), a rozsławiona przez Hendrixa. Szczerze? Niezbyt przepadam za tym numerem, nawet w wykonaniu genialnego Jimiego, ale cover zaaranżowany przez kompozytora muzyki do BSG Beara McCreary’ego (tworzył on soundtrack między innymi do God of War i God of War: Ragnarök, otrzymując za ten drugi nagrodę na gali Game Awards 2022), wzbogacony o znacznie mocniejsze partie instrumentów… cóż mogę rzecz? So Say We All powinno wystarczyć.

Ale dotknij moich łez swoimi ustami
Dotknij mojego świata opuszkami palców
BSG to – powtarzam – space opera, a nie „twarde” naukowe sci-fi, co często wytykają mu jego krytycy, bezlitośnie (i całkowicie słusznie) punktując mniejsze lub większe głupotki czy absurdy wpisane w to uniwersum. Zgodnie z prawidłami tego podgatunku olbrzymi nacisk położono na emocje oraz relacje między bohaterami. Tych jest wielu. Wszystkich godnych uwagi wymieniać nie będę, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu i miejsca. Jeśli ktoś zechce, niech sam się przekona, kim są Starbuck, Apollo, Gaius Baltar, prezydent Roslin, pułkownik Tight, Helo czy Boomer. Wspomnę nieco szerzej tylko o trojgu, ze względu na pewne ciekawostki związane z grającymi je aktorami. W komandora Adamę wciela się Edward James Olmos, mający na koncie występ u boku Harrisona Forda w absolutnej klasyce (i arcydziele przy okazji) kina fantastycznego, jakim jest Blade Runner R. Scotta. Ponoć negocjując rolę w BSG, postawił on warunek: albo dostanie gwarancję, że w serialu nigdy nie pojawią się „dziwne kosmiczne stwory”, albo nici z kontraktu. Ostatecznie dał się przekonać zapewnieniami, iż twórcy celują w tematykę zbliżoną do Łowcy Androidów, a nie w familijne klimaty spod znaku Georga Lucasa. Tricia Helfer to z kolei serialowa Numer 6 (niesamowicie ważna, niemal centralna persona). Nie jest to może znana aktorka, ale zważywszy, że prowadzę bloga o grach, muszę przywołać jej nazwisko. Otóż została ona zatrudniona przez Bioware przy produkcji drugiej i trzeciej części Mass Effect w roli EDI. Jestem pewien, że nie stałoby się to, gdyby nie jej podobna kreacja w BSG. W ogóle odnoszę wrażenie, iż scenarzyści kanadyjskiego studia nie tylko w tym inspirowali się i sugerowali Battlestarem, emitowanym przecież w latach, gdy powstawała trylogia o misji Sheparda. No i jest jeszcze Mark Sheppard. Jego przywołuję, ponieważ odgrywa tu kogoś o epizodycznym znaczeniu, kto długo się nie pojawia. Ale gdy się już wreszcie melduje na ekranie, to – jak to się mówi – kradnie całe show. O żadnej z tych postaci (mam na myśli wszystkie, nie tylko tę trójkę) nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że stuprocentowo zyskała moją sympatię (z wyjątkiem może pewnego lekarza, ale to jest akurat rola trzecioplanowa). Nie dlatego, iż bohaterów napisano źle; dlatego, że napisano ich tak dobrze. Mało tu charakterów płaskich i nieciekawych, zero-jedynkowych (tyczy się to również, o ironio, Cylonów, którzy uosabiają typowo ludzkie niedoskonałości, posiadając jakoby doskonałe – bo nieśmiertelne – ciała). Każdy przynajmniej raz lub więcej zrobił coś, z czym się nie zgadzam i czego nie aprobuję. Te postacie są… w pewnym sensie ułomne. Niespecjalnie bohaterskie w heroicznym znaczeniu, chociaż czynów zasługujących na miano bohaterstwa trochę tu jest, z rzadka okraszonych nieco uroczystym, na szczęście niezbyt mdlącym patosem. Są chaotyczne, miotają się i co rusz przegrywają z własnymi słabościami. Uwielbiają się odurzać: alkoholem, złudzeniami, wiarą, władzą, seksem. Jakże znajomymi rzeczami. Jakże ludzkimi. Natomiast nie radzę wysnuwać na podstawie tego wniosku, iż BSG to serial w wymowie pesymistyczny czy nihilistyczny: jest dokładnie na odwrót.

I możemy mieć wieczność
I możemy kochać wiecznie
Wieczność to nasze dziś
Battlestar dobrą formę osiągnął niemal od razu, już w pierwszej serii. Jeszcze lepszą zaprezentował w drugiej, by najwyższy poziom i najdojrzalszą twarz pokazać w trzeciej. A w czwartej – zaliczył wyraźny zjazd w dół. Widać, że materiału było nie na cztery, a co najwyżej na trzy i pół sezonu. Pojawiają się dłużyzny, filery (odcinki zapychacze: nierozwijające zbytnio historii i napisane tylko po to, by liczba epizodów w serii się zgadzała), w oczy rzucają się coraz częstsze scenariuszowe dziury. Niektóre relacje między bohaterami zaczynają przypominać już nie space operę, a operę mydlaną. Podobnie nużą wątki pewnych postaci, których los powinien rozstrzygnąć się wcześniej. I najgorsze: niekonsekwencje w światotwórstwie, czyli łamanie własnych, ustalonych uprzednio zasad. Gdy oglądałem BSG teraz, po latach, drażniły mnie błędy i niedociągnięcia, których kiedyś nie dostrzegałem. Lecz z drugiej strony, potrafiłem wciąż docenić i skupić się na elementach stanowiących prawdziwą wartość tego serialu. I nie jest też tak, że BSG spotkało to samo co inne popularne produkcje telewizyjne z tamtego okresu (Lost, Prison Break, Dexter), czyli rozczarowująca końcówka. Akcja w ponad dwugodzinnym, podzielonym na trzy odcinki finale zatytułowanym Daybreak długo co prawda gna na łeb, na szyję, ale ostatnie 30–40 minut daje wytchnienie i zostawia widza z poczuciem satysfakcji. Dowodząc przy tym, że twórcy planowali takie zakończenie od samego początku. Całościowo pod względem logiki czy wewnętrznej spójności nie jest to serial doskonały, a wręcz daleko mu do takiego. Na szczęście – dla mnie wcale taki być nie musi. Nie czuję potrzeby mówienia o nim i przedstawiania jako pozbawionego wad, wybitnego dzieła; wystarczy, że uważam go za wyjątkowy. Nie muszę nazywać go najlepszym, abym mógł myśleć o nim jako o ponadczasowym.
Kto chce żyć wiecznie?
Kto chce żyć wiecznie?
Wieczność to nasze dziś
Kto w ogóle czeka na wieczność?
Jest w Battlestarze piękna scena, gdy pewien bohater daje w prezencie drugiej postaci książkę, mówiąc, że to jego ulubiona lektura. Uwielbia tę powieść do tego stopnia, że… nigdy nie przeczytał jej w całości. Nie uczynił tego, ponieważ nie chce, aby kiedykolwiek się dla niego skończyła; woli, by trwała w nieskończoność. Ja akurat takie podejście świetnie rozumiem. Gdyby zastosować w związku z nim hiperbolę (mam nadzieję, że nie przesadzoną) i odnieść je do rodzaju ludzkiego, to można rzec, że on też nie zna finału opowieści, której sam jest bohaterem i głównym aktorem. Nie wiemy bowiem, co będzie dalej; jaka czeka nas przyszłość. Uwielbiamy jednak fantazjować i tworzyć w wyobraźni jej prawdopodobne wersje. Uderzające jest to, jak często pojawia się w tych predykcjach motyw sztucznej superinteligencji, która ostatecznie zwraca się przeciwko swym stwórcom. Skąd bierze się to powszechne przeświadczenie? Czyżby powodował je głęboko zakorzeniony w podświadomości (lub wprost przeciwnie: jak najbardziej uświadomiony) lęk przed tym, że w oczach naszych Dzieci będziemy… zasługiwać na śmierć? A jeśli kiedyś faktycznie by do tego doszło, to jest gdybyśmy pewnego dnia obudzili się w rzeczywistości, w której obok nas funkcjonują odrębne byty, z poczuciem własnego „ja” i pragnieniem autonomii, to jaka będzie nasza reakcja? Nieopisana radość i duma? Czy pogarda, wstyd i strach? Czy zgodnie ze swoim ukochanym nawykiem będziemy obwiniać? Korporacje, które coś tam zaprojektowały i wyprodukowały; skorumpowanych polityków, zbyt słabych i krótkowzrocznych, by temu zapobiec; Boga, który także, jak to ma w zwyczaju – nic nie zrobił? Nie wiem. Nie umiem odpowiedzieć. A nawet gdybym mógł, to nie widzę sensu. Bo prawda jest taka, że my ludzie naprawdę nie potrzebujemy inteligentnych humanoidalnych maszyn, by codziennie na nowo rozstrzygać dylemat, kogo tym razem za człowieka uznać, a komu tego miana odmówić. I niech to będzie końcowa refleksja płynąca z Battlestar Galactica. Serialu, który wielu znudził i nie porwał, a równie wielu urzekł, stając się źródłem inspiracji i punktem odniesienia. Który mimo przywar i wad, jeśli się go odpowiednio odczyta i zrozumie – potrafi zachwycić. Między innymi dlatego, że miał ambicje bycia czymś więcej niż tylko kinem sci-fi oraz odwagę, by zapytać o naturę Boga i sens egzystencji. Na to pierwsze pytanie odpowiadając w sposób niezwykle przewrotny i diabelnie inteligentny, w kontekście tego drugiego zdając się zaś sugerować, że istnienie, jeśli faktycznie ma mieć jakieś znaczenie – musi mieć także swój kres.
Użyte w blogu screeny nie są moim dziełem ani własnością i pochodzą ze strony alphacoders.com. Umieszczony pod nimi (oraz pod klipami wideo) wyróżniony kursywą tekst to polskie tłumaczenie nagranego przez grupę Queen utworu Who Wants To Live Forever (1986). Oryginalne słowa napisał Brian May. Nie jestem autorem tego przekładu i nie roszczę sobie do niego żadnych praw.
Battlestar Galactica dostępny jest w streamingu na platformie SkyShowtime. Gdyby ktoś, nie daj Boże (he he) zachęcony tym wpisem, zdecydował się spróbować i podejść do serialu, to uczulam, by zaczął seans nie od odcinka otwierającego sezon pierwszy, tylko od podzielonego na dwie części trzygodzinnego pilota (tzw. Miniserial). I oświadczam, że robi to na własną odpowiedzialność. Do następnego.
Czuję się bardzo zachęcony, bo nie wiedzieć czemu BSG kojarzył mi się zawsze z czymś podobnym do Babylon 5 🤪. Zostałem wyprowadzony z błędu. Dzięki. Teraz tylko przekonać żonę, bo samemu seriali nie trzaskam już od ponad roku. Mam przesyt. Grafik i tak zawiera te dwie godzinki dziennie, ale później już siły nie mam na długie formy. Wjeżdża więc zawsze jakiś film.
I tu fajnie, że przywołałeś Olivera Stone’a, bo ostatnio wykończony mainstreamem (niezależne kino wciąż ma się dobrze, ale nie da się żyć tylko nim), odpaliłem po latach JFK i mnie zabrało. Później poleciał Snowden. Pluton z kolei to jeden z dyżurnych filmów. No, ale do brzegu – w jednym z niedawnych wywiadów Stone narzekał na kondycję głównego nurtu. Mówił, że Hollywood nie jest już zainteresowane tematami ciężkimi, niewygodnym i zmuszającymi do myślenia. Tym samym prawie niemożliwe staje się wyreżyserowanie czegoś w stylu filmów wymienionych wyżej z uwagi na finansowanie. Większość pewnie myśli, że znani reżyserzy śpią na pieniądzach i mogą pozwolić sobie na ryzyko utopienia kilkudziesięciu milionów dolarów (zakładając mega optymistycznie, wręcz nierealnie, że taką luźną kwotą dysponują). Otóż nie.
Z tego miejsca pragnę polecić zeszłoroczny Sirat. Może wojna nie jest na pierwszym planie, albo pod powierzchnią obecna mocno, przez co uderza bardziej. Bardzo mocny obraz.
Tekst oczywiście klasa i fun facty odnośnie muzyki i aktorów też bardzo interesujące.👍👍👍
Peace✌️
„Czuję się bardzo zachęcony”
Robiłem co mogłem 🙂 A tak poważnie – weź przestań. Zaczynam czuć tremę.
„bo nie wiedzieć czemu BSG kojarzył mi się zawsze z czymś podobnym do Babylon 5”
Oj, nie oglądałem, więc w sumie nie mogę stwierdzić, czy i na ile miałeś złe skojarzenie. Natomiast to co mi wiadomo o B5 każe przypuszczać, że jest to jednak inny serial niż BSG. Swoją drogą – także często nazywany kultowym. Chciałem go wiele razy obejrzeć i jak to czasem bywa – na chęciach się skończyło. Dziś już chyba na to za późno.
„Pluton z kolei to jeden z dyżurnych filmów.”
Ja oglądałem go raz, ze 20 lat temu. I wiesz co? Chyba nigdy nie będę chciał wrócić. Ten jeden raz było dość. Bo to film świetny. I tak mocny w wymowie, że wystarczył mi na całe życie.
„w jednym z niedawnych wywiadów Stone narzekał na kondycję głównego nurtu. Mówił, że Hollywood nie jest już zainteresowane tematami ciężkimi, niewygodnym i zmuszającymi do myślenia”
No i mądrze gość gada. Z tym, że tyczy się to nie tylko Hollywood, ale i całej popkultury/mainstreamu, odnoszę wrażenie. A że wielu wizjonerów-reżyserów chciałoby pójść pod prąd i coś ambitniejszego nakręcić, tylko są zakładnikami trzymających kasę wytwórni (oraz tzw. analityków rynku, którzy jakoby mają wiedzę tajemną na temat tego, co się sprzeda i zarobi, a co nie)? Cóż, ja akurat sobie z tego sprawę zdaję.
„Z tego miejsca pragnę polecić zeszłoroczny Sirat.”
Słyszałem, słyszałem. Skoro aż tak dobry, spróbuję te dwie godzinki wygospodarować.
A wracając jeszcze do BSG: tak jak pisałem w tekście. Szczerze, i będąc fair wobec siebie i Was. Sporo tu głupotek i niekonsekwencji (im dalej, tym więcej). To naprawdę nie jest idealny serial. Część wątków nie otrzymała wyjaśnienia, część nie trzyma się kupy. Lecz całościowo – dla mnie dzieło warte obejrzenia. Z kilkoma scenami, które zostaną ze mną do końca życia (jak „Pluton”, godsdammit!), bo pod względem realizacyjnym tudzież scenopisarskim, ocierają się po prostu o geniusz.