Przejdź do treści

Ostatni zachód słońca – impresje z Red Dead Redemption

1911 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. W kwietniu na przykład meksykańscy rewolucjoniści zdobyli miasto Agua Prieta tylko po to, aby za kilka dni je utracić: przywódca rebeliantów, upoiwszy się swoim triumfem, własnym taktycznym geniuszem i pokaźną ilością mezcalu (niekoniecznie w tej kolejności), był w trakcie kontruderzenia strony przeciwnej kompletnie pijany. Końcem maja w stoczni w Belfaście zwodowano Titanica, a nieco ponad trzy miesiące później jego brat bliźniak – RMS Olympic – zderzył się z okrętem brytyjskiej marynarki wojennej. W Belgradzie grupa serbskich nacjonalistów założyła organizację Zjednoczenie albo Śmierć, która już trzy lata później na zawsze zapisała się na kartach dziejów Czarną Ręką. W czerwcu niedaleko Aleksandrii spadł na ziemię meteoryt marsjańskiego pochodzenia, ponoć zabijając przy tym psa, a w sierpniu ukradziono z Luwru Mona Lisę. Początkiem października kolejna rewolucja wybuchła w Chinach. W jej wyniku obalono monarchię i proklamowano republikę. W listopadzie paryski brukowiec opublikował artykuł o romansie Marii Curie-Skłodowskiej z (żonatym) francuskim fizykiem: wybitna polska uczona oskarżana jest o rozbijanie przykładnej rodziny. Nie przeszkodziło jej to na szczęście w zdobyciu drugiej w swym życiu Nagrody Nobla miesiąc później. Nad północną Afryką Włosi zrzucili z samolotu granat. Uznaje się to za pierwsze w historii bombardowanie. Tak oto spełnia się mokry sen wszelkiej maści ekspansjonistów: odtąd mogą oni twierdzić, że bomby służą cywilizowaniu świata. W 1911 roku urodzili się ludzie, których twórczość lub działalność miała olbrzymi wpływ na wiele innych istnień: poeta i prozaik Czesław Miłosz, aktor (i nie tylko) Ronald Reagan czy niemiecki lekarz Josef Mengele. Pośród szeregu wydarzeń: doniosłych, ważkich, mniej istotnych, absurdalnych lub nie, sensacyjnych, błahych, o znaczeniu globalnym bądź wyłącznie lokalnym – jeden fakt umknął uwadze badaczy zupełnie: gdzieś na pograniczu amerykańsko-meksykańskim rewolwer pewnego człowieka – dziwnego i szczególnego – zamilkł. Przestał strzelać.

Budzę się o poranku
Unosząc utrudzoną głowę
Zniszczony płaszcz mą poduszką
A ziemia jest dla mnie posłaniem
Nie wiem dokąd zmierzam
Tylko Bóg wie gdzie byłem
Jestem szaleńczym zbiegiem
Wielbicielem sześciostrzałowca
Świecą na wietrze

Gdyby, dokonując obliczeń, przyjąć, że The Last of Us ograłem po ośmiu latach od jego premiery na PS3, Heavy Rain po dziewięciu, a nowego dzieła Kena Levine’a wypatruję od jedenastu, nasuwa się wniosek, iż na żadną grę nie czekałem dłużej niż na Red Dead Redemption (oby mi się to zdanie nie odbiło czkawką. Oby Judas ukazał się… wkrótce. W przyszłym roku. Za dwa lub trzy lata. W ogóle). Ukończyłem je wszak piętnaście lat po jego debiucie. W gamingu to nie jedna, nie dwie, a trzy ery (RDR wyszedł w siódmej generacji konsol, teraz mamy dziewiątą). Sporo się w tym czasie wydarzyło i zmieniło. Między innymi – ukazała się genialna „dwójka”, toteż gdy Rockstar zapowiedział rok temu pecetowy port pierwszej części, z datą premiery wyznaczoną na ledwie trzy tygodnie później, obok olbrzymiej radości i zaskoczenia pojawiły się we mnie wątpliwości oraz obawy co do tego, jak się ta gra zaprezentuje po takim czasie i czy na tle sequela nie okaże się, mówiąc wprost, zwyczajnie słaba. Na szczęście – co wiedziałem już po paru godzinach w niej spędzonych – nie ma o tym mowy. Produkcja ta nawet dziś potrafi dostarczyć wciągającej i satysfakcjonującej rozgrywki, będąc przy tym technicznie i optymalizacyjnie doszlifowana niemal na maksa. Nim ktoś pomyśli, że chyba robię sobie jaja, pisząc coś tak oczywistego w kontekście kilkunastoletniej gry, spieszę poinformować, że tak nie jest. Nie robię sobie jaj, nawet takich końskich, które kurczą się na mrozie. Rockstar Games słynie bowiem z dwóch rzeczy: z szalonej, nieosiągalnej dla innych (może z wyjątkiem Naughty Dog) dbałości o detale oraz z fatalnych, kulawych komputerowych wersji swoich gier, przynajmniej na ich premierę. Tymczasem debiut RDR na blaszakach odbył się bez dramatów i kompromitacji (pytanie tylko, czy za wyjaśnieniem tego fenomenu nie kryje się fakt, że za tę konwersję odpowiada nie Rockstar, a studio Double Eleven. Pozostawiam je otwarte). Tytuł ten chodzi ultra stabilnie, nie wysypuje się, nie jest też festiwalem błędów i gliczy: nie uświadczy się tu lewitujących przedmiotów czy ludzi (zanim ktoś z Was, Czytelnicy, dostrzeże na jednym ze screenów podejrzany kształt na niebie, zadający kłam mym zapewnieniom, od razu wyjaśnię. Otóż nie jest to ptak, nie jest to samolot. To jest człowiek, faktycznie. I to nie obdarzony super mocami, a taki zwykły, najzwyklejszy czarny Ziutek, co z kilerami pod Celiny chodzi dom. Jego obecność w powietrzu nie jest jednak wynikiem buga, lecz mojego celnego strzału w pobliską beczkę prochu. Ponadto, zgodnie z kierunkiem działania siły grawitacji, spada on w dół, a nie wznosi się w górę. Tak że wszystko jest – powtarzam – we właściwym porządku). Jeślibym już musiał wskazać jakąś techniczną bolączkę, to czepiłbym się trochę przydługich loadingów, których czas trwania wystarczyłby do przeładowania kilku magazynków w rewolwerze, ale wiecie co? Nie będę się czepiał. Nie chcę brzmieć jak jeden z tych wiecznie niezadowolonych, roszczeniowych malkontentów, jakich w Internecie pełno. Przeciwnie: jestem wdzięczny, że Rockstar w końcu zaoferował mi ten port (co po tylu latach wcale nie było oczywiste), i cieszę się niezmiernie, że wreszcie miałem okazję RDR ograć.

Gdy przychodzisz na ten świat
Mówią, żeś obarczony grzechem
Cóż, przynajmniej dostałem tak coś
Czego nie musiałem ukraść lub wygrać
Mówią, że jestem poszukiwany
Tak, jestem uciekinierem
Jestem jak młody źrebak w stajni
Jestem tym, czym Kain był dla Abla
Więc złap mnie, jeśli potrafisz

Oczywiście, zestawiając RDR i RDR2 jeden do jednego, niczym dwóch rewolwerowców naprzeciwko siebie w samo południe, można by z góry założyć, iż ta pierwsza nie ma wielkich szans w tym pojedynku. Biorąc jednak pod uwagę to, w którym roku miała premierę (2010), skłaniałbym się ku wyważonej opinii, iż po prostu dobrze pokazuje ona, z czego wyewoluowała jej następczyni; jakie pomysły zostały rozwinięte. Zestarzała się godnie, także w sensie graficznym. Jej wiek widać w największym stopniu w cutscenkach, modelach postaci czy w animacjach ich ruchu, ale nie w szacie graficznej jako takiej. Gdy gracz puści się na koniu pędem po mapie, świadomość tego, ile lat na karku ma ta gra, rozmywa się; nie rzuca się to w oczy (za to niektóre urokliwe krajobrazy i malownicze panoramy terenów – zdecydowanie tak). Co więcej, odbiór RDR przez kogoś takiego jak ja jest o tyle ciekawy, że najpierw poznałem „dwójkę”, potem „jedynkę”. A jak wiemy, sequel – mimo iż ukazał się później – jest fabularnym prequelem owej dwuczęściowej opowieści (Red Dead Revolver z 2004 roku nie jest z nią powiązane). Dopiero teraz poznałem więc dalsze losy Johna Marstona, który w RDR2 był bohaterem pobocznym, a każda wzmianka o innych występujących tam postaciach – jak Bill Williamson, Abigail czy przede wszystkim Dutch van der Linde – budziła moje wzmożone zainteresowanie. Reasumując, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że Rockstar, pisząc scenariusz RDR2, dość zgrabnie ogarnął połączenie go z RDR, tworząc wtedy historię, która chronologicznie wydarzyła się przecież przed nim. Z jednym wyjątkiem. Bo o ile spodziewałem się tutaj braku jakiejkolwiek wzmianki o Arthurze, to chciałbym pełnym goryczy głosem zapytać: gdzie, do cholery jasnej, jest Sadie Adler? Bardzo tę bohaterkę polubiłem i jej nieobecność w „jedynce” okazała się dla mnie nie tylko zaskoczeniem, ale i rozczarowaniem. Widzę tylko jedną okoliczność łagodzącą. Być może postać ta została napisana nie tyle na potrzeby RDR2, ile po to, by stanowić fabularny pomost i być główną protagonistką ewentualnej części trzeciej. W nadchodzącym hicie Rockstara – GTA VI – na centralnym miejscu znajdzie się kobieta, niejaka Lucia, po raz pierwszy w historii tej marki. Niewykluczone, że takie samo rozwiązanie wprowadzone będzie w serii Red Dead, ale dowiemy się tego dopiero w momencie, gdy hipotetyczna póki co „trójka” zostanie oficjalnie zapowiedziana. Oby została.

Odchodzę w blasku chwały
Zabierz mnie, lecz poznaj prawdę
Odchodzę w blasku chwały
Boże, nie wystrzeliłem pierwszy
Ale przelałem pierwszą krew
Jestem sierotą i przybłędą
Mów mi: Młoda Spluwo

RDR jest krótsza, bardziej skondensowana względem odsłony z 2018 roku i wcale nie uważam tego za wadę. W „dwójce” ogrom mapy, aktywności pobocznych oraz samej opowieści momentami przytłaczał, a jej piąty rozdział – ten rozgrywający się na Karaibach – moim zdaniem niepotrzebnie odrywał od głównego, typowo westernowego wątku. W RDR występuje podobna relokacja miejsca akcji, z tym, że tutaj odpowiedzialny za to segment fabuły pasuje świetnie do klimatu reszty, tylko nieznacznie zmieniając grę z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie na Pewnego razu w Meksyku. Spodobał mi się on wielce, ukazując w krzywym zwierciadle rewolucję, jak i budząc sporo ironicznych przemyśleń na temat natury samych rewolucjonistów. W ogóle całe RDR sprawia wrażenie wyraźnie lżejszego niż jego sequel. Widać to w konstrukcji questów, dialogów czy postaci pobocznych takich jak Dukacz jąkała, Seth śmierdziel, oszust West Dickens czy Irlandczyk moczymorda. Gra w stopniu nieporównywalnie większym niż RDR2 stanowi mieszankę powagi z karykaturą, cyrkowością. Przypomina pod tym względem bardziej GTA niż historię Arthura Morgana. I nie chodzi mi tylko o manierę, z jaką przedstawiani są bohaterowie/fabuła, ale i o mnóstwo zdarzeń potęgujących to odczucie, a często wynikających z zupełnie opcjonalnych aktywności czy interakcji. Bo to, że świat w RDR mieści się na mniejszej mapie niż ta z części drugiej, wcale nie oznacza, iż jest on pusty i nie ma w nim nic do roboty. Zajęć jest od groma. Jednym z moich ulubionych było przyjmowanie zleceń z listów gończych, łapanie przestępców na lasso i dostarczanie ich do miejskiego aresztu. Koniecznie żywcem, bo należała się za to wyższa nagroda. Razu pewnego swobodnie podróżując, natknąłem się na szeryfa, który nakazał mi pościg za dwójką zbiegów. Dopadłem obu, postąpiwszy z nimi jak zwykle, czyli związałem ich liną. Jakież było moje zdziwienie, gdy po oddaniu ich w ręce zleceniodawcy zobaczyłem, jak ten ni stąd, ni zowąd pakuje im po kulce w łeb. Doświadczenie to dało mi nauczkę na przyszłość. Odtąd nie próbowałem już za wszelką cenę schwytać bandziorów całych i zdrowych. Zdarzało się niejednokrotnie udaremnić rabunek cennego łupu z dyliżansu czy ochronić kogoś przed napadem; zdarzyło się też tak, że odzyskawszy skradziony wóz, zadowolony wracałem do prawowitego właściciela, podziwiając widoczki, a jego w tym czasie dopadły wilki (i nici z nagrody). Kiedy poszukując w lesie potrzebnych do zadania ziół, zsiadłem z konia, by je zerwać, bezczelnie napadły mnie niedźwiedzie, bijąc łapami ze skutkiem śmiertelnym. Czasem kobieta wzywająca pomocy okazywała się wspólniczką zbirów, którzy nagle wyskakiwali gremialnie z krzaków. Raz było tak, że wołający z oddali, proszący o podwózkę typek po zbliżeniu się dostatecznie blisko znienacka zrzucił mnie z konia i z szyderczym rechotem pomknął na nim w dal. Taka zniewaga krwi wymaga, toteż choć niehonorowo jest strzelać komuś w plecy, bywają wyjątki od tej zasady. Widziałem wiele wściekłych dzikich zwierząt i spotkałem kilka zwierząt w ludzkiej skórze, nie mniej wściekłych i dzikich. A kiedy miałem chwilowo dość włóczenia się po świecie, pozostawało pójść do saloonu, napić się i pograć w Kościany blef: pewnej deszczowej nocy w Thieves’s Landing dorobiłem się na nim sporej sumki. I tak mijały mi kolejne dni spędzane na Dzikim Zachodzie. Gdzieś jakaś afera i strzelanina, tam rozbój, gdzie indziej rewolucja. Niekiedy lało, najczęściej świeciło jasne słonce lub księżyc, tu i ówdzie płonęło ognisko, lali się po pyskach, ktoś dostał w nos, to popłakał się ktoś, coś działo się.

Pytasz, czy mam sumienie
A ja otwieram moją duszę
Pytasz, czy jeszcze zmądrzeję
Mnie ciekawi, czy dożyję starości
Pytasz mnie, czy wiem co to miłość
I jak to jest śpiewać piosenki w deszczu
Tak, widziałem rosnącą miłość
I widziałem, jak zostaje zabita
Patrzyłem, jak umiera na marne

Wspomniany wyżej lekko kpiący, parodystyczny ton i sytuacyjny komizm przemawia najgłośniej i dominuje w zawartym w pecetowym wydaniu RDR rozszerzeniu Undead Nightmare. To DLC, odpalone zaraz po ukończeniu głównej osi fabularnej, jawi się jako alternatywna wersja poznanej już historii, stanowiąc przy tym gatunkowy mariaż westernu, horroru i komedii, a jaskrawa, wściekło-zielona kolorystyka mapy czy menu podkreśla jego odrębność od właściwej fabuły gry. Dodatek ów jest absurdalny, choć oparto go na dość zgranym już motywie; epidemii zombie, która wybucha na terenach będących miejscem akcji w podstawce. W otwierającej scenie Abigail i Jack zostają zarażeni, John rusza więc na poszukiwania lekarstwa i odpowiedzi, kto lub co wywołał rozgrywający się wszędzie dokoła armagedon. Z rozmów z ocalałymi można wnioskować, iż próbują oni odnaleźć się w tej jakże nietypowej sytuacji i ją racjonalizować, poprzez obwinianie Żydów, homoseksualistów, cudzoziemców, rządu („To akurat prawdopodobne” – odzywa się wychowana na Z archiwum X, odpowiedzialna za skłonność do ulegania teoriom spiskowym część mojej osobowości), a nawet katolików. Osobiście rozważałem od początku dwie opcje: indolencję kulinarną Abigail (John zatruł się jadłem przygotowanym przez nieumiejącą gotować żonę i ma halucynacje) oraz sugestię, której uległ główny bohater, słuchając swego syna, streszczającego mu książkę o azteckich wierzeniach. Do ukończenia Undead Nightmare wymagane jest wykonanie kilkunastu misji, choć by móc się ich podjąć, najpierw trzeba obronić dane miasteczko przed atakującą je hordą żywych trupów. Podczas jednej z takich akcji niesienia pomocy koń kierowanego przeze mnie bohatera padł ofiarą zombiaków i stał się od tej pory nieumarłym, dostając przy tym zarówno buffa do szybkości, jak i nerfa do posłuszeństwa. John zaś, galopując na chudej jak sama kostucha szkapie, wyglądał niczym jeździec Apokalipsy, którą przecież starał się zatrzymać. I przysięgam, że porównanie to nasunęło mi się na myśl, zanim okiełznałem innego, nadzwyczajnego wierzchowca. Był on jednym z czterech podobnych. A do kogo należał? Cóż; lubując się niezmiernie w aluzjach, niedopowiedzeniach czy nawiązaniach, przytoczę tu tylko słowa artysty, który śpiewał: „Nie zaznasz już spokoju. Huk armat budzić cię będzie”. A jeśli to za mało, dodam jeszcze: „Z głowy korona. Wojna skończona”. Mam wielką słabość do horrorów (w tym takich klasy B) czy slasherów. Cenię sobie bardzo mieszanie gatunków i zabawę konwencjami twórczymi. Świetnie trafiło w mój gust rozszerzenie do Rise of the Tomb Raider zatytułowane Temple of the Witch, w którym Lara spotyka Baba Jagę. Byłem zachwycony Krainą Tysiąca Bajek, przedstawioną w DLC do trzeciego Wiedźmina. Dlatego z otwartymi ramionami przyjąłbym więcej dodatków w stylu Undead Nightmare, stworzonych do innych gier. Kilka odjechanych pomysłów przychodzi mi do głowy niemal natychmiast. Na pierwszy strzał proponuję Need for Speed: Zły Skręt (ewentualnie Droga bez powrotu – gdzie zamiast ścigać się po ulicach, trzeba by uciekać przed krwiożerczymi kanibalami; wykorzystując infrastrukturę terenu lub gwałtownie hamując, zrzucać ich z samochodów, a następnie rozjeżdżać. Im bardziej wyrafinowane rozprawienie się z oponentem, tym więcej punktów w tabeli wyników), Max Payne: Od zmierzchu do świtu (w którym mechanika Bullet Time wykorzystywana byłaby do trafiania w szybkie jak błyskawica upiory nocy) oraz Ellie i Abby versus Predator (bohaterki zmuszone są zawrzeć nieoczekiwany sojusz w celu powstrzymania grasującego w Seattle kosmicznego łowcy. Grałbym tak bardzo). Natomiast z Undead Nightmare mam jednak pewien problem. Otóż o ile prezentuje się świetnie jako absurdalna miniopowieść, wariacja na temat tego, co by było gdyby, to jeśliby się nad nią zastanowić, można dojść do zaskakującego wniosku, iż całkiem dobrze wpisuje się w ramy czasowe wydarzeń oraz fabułę podstawowej gry; jest względem niej nie alternatywna, a komplementarna. Rockstar mógł stworzyć ją nie tylko półżartem, ale i półserio. I na upartego można by traktować zakończenie UN jako kanoniczne dla całej historii, ale… proponuję tego nie robić. Niechaj RDR pozostanie westernem, a nie jego parodią. Pisałem wyżej o tej grze jako o mieszance czy połączeniu karykaturalności i satyry z tym, co ma poważniejszą wymowę, jakieś głębsze znaczenie. I zamierzam być w tej ocenie konsekwentnym. Wiedzcie więc, że ja Was bawiłem akapitem tym tylko dla zwykłej draki i zwłoki. Pora kończyć te balety i zwrócić się finalnie ku poważniejszym przemyśleniom. Bowiem gra faktycznie je wzbudza, a postać Johna Marstona na nie zasługuje.

Ginę w blasku chwały
Zabierz mnie, lecz poznaj prawdę
Bo odchodzę w blasku chwały
Boże, nie wystrzeliłem pierwszy
Ale przelałem pierwszą krew
Jestem czarcim pomiotem
Mów mi: Młoda Spluwo

Ponoć Bóg wymyślił whiskey po to, by uniemożliwić Irlandczykom panowanie nad światem. To stwierdzenie zainspirowało mnie do skonstruowania i zadania prowokacyjnego pytania: czy RDR powstało tylko po to, by Rockstar z czasem mógł stworzyć jego drugą część, która od początku miała na celu zawładnięcie duszami i umysłami milionów graczy? Czy „jedynka” ma być dziś rozumiana i zostać zapamiętana jedynie jako prototyp, twórczy drogowskaz dla jej autorów? Coś koniecznego na drodze do powstania sequela? Może to skutek innej niż u zdecydowanej większości graczy kolejności, w jakiej poznawałem oba tytuły, ale ja tak nie uważam: część pierwsza to wciąż pełnoprawny, samodzielny twór, który broni się nawet po kilkunastu latach od swej premiery, będąc jednocześnie – to niezaprzeczalny fakt – nierozerwalnie związana z „dwójką”. John, podobnie jak Arthur, to ciekawa postać. Jest dziwny: zarazem dobry i zły (i brzydki). Podczas gdy Morgan długi czas żyje złudzeniami ideałów takich jak solidarność czy lojalność wobec gangu, Marston – na skutek wydarzeń przedstawionych w RDR2 – od pierwszych scen „jedynki” jest ich pozbawiony. Dla tych, którzy tytułują się stróżami prawa, zawsze będzie wyrzutkiem, niezrozumiałym obcym i bandytą, a byli kompani – nie chcąc (nie potrafiąc?) przestać łamać tego prawa – uważać go będą ponadto za zdrajcę i odszczepieńca. Gdyż John zamierza odszukać swoich dawnych towarzyszy i doprowadzić ich przed oblicze sprawiedliwości żywych (przed sąd) lub martwych (na cmentarz). Jest trochę jak postać z biblijnej opowieści – tej o bratobójstwie, co sam w pewnym momencie zauważa. Lecz nie robi tego dla sławy, honoru czy pieniędzy. I nie dla siebie, nie po to, by się mścić. Niemal całe życie do kogoś strzela – bez przebaczenia i aż poleje się krew – i jest już tym zmęczony; ma nadzieję, że pewnego dnia strzelać przestanie. Najchętniej wróciłby do domu na farmie, uprawiał ziemię i zestarzał się u boku żony. To ktoś, kto usłyszał kiedyś słowa: „Get the hell out of here and be a goddamn man!”, i postanowił wziąć je sobie do serca. Ale jego przeszłość ciągnie się za nim, a ona jest prawdą: nie da się jej wymazać i nie zmieni jej nawet przywdzianie stroju Legendy Zachodu. To ona dopada Johna i zmusza go, by wciąż pociągał za spust, on zaś ostatni raz decyduje się na to z nadzieją, iż umożliwi mu to ostateczne odkupienie przeszłych win. Pragnie się dostosować, zaadaptować do nowych warunków. Nie chce być jak bizon, to jest skazany na wymarcie gatunek i relikt pochodzący z niemającej już racji bytu epoki. Bo najgorsze, co może takiego człowieka spotkać, to świadomość przemijającego czasu, nieuchronnego postępu i tego, że walczyło się przez całe życie tylko po to, by finalnie przegrać. Nie tyle ze zmianami, ile z samym sobą. Chcąc wziąć odpowiedzialność za swoją rodzinę – tą prawdziwą – John Marston dokonał innego wyboru. I to jest prawdziwe męstwo. Rockstar w swych grach z serii GTA czy Red Dead nie osadza akcji w autentycznych miejscach, jedynie się na nich wzoruje i zastępuje rzeczywiste nazwy własne fikcyjnymi. Jednocześnie zawsze wkłada ogrom pracy w zachowanie i wierne oddanie ich realiów czy klimatu. RDR1, jak mi się zdaje, zamyka wątek gangu Dutcha van der Linde, opowiadając przy tym o jeszcze jednym końcu: nadszedł zmierzch ery dzikich band, kowbojów i rewolwerowców. Słońce zachodzi nad Dzikim Zachodem, a pełną parą wkracza cywilizacja niosąca korzyści; kolej, urbanizację, industrializację, samochody, samoloty i bomby z nich zrzucane. Mimo to, wśród dziejopisarzy i faktografów nie ma zgody co do tego, czy uczyniło to otaczającą nas rzeczywistość lepszą. Świat przecież nadal pozostaje dzikim miejscem, huk armat wciąż gdzieś niesie się, a ludzie dalej są jacyś dziwni. Podobnie jak w 1911 roku.

Każdej nocy, gdy idę spać
Modlę się, by Bóg zachował mą duszę
Nie, nie szukam przebaczenia
Ale zanim zostanę pogrzebany,
Panie, chcę prosić Cię o przysługę
I mam nadzieję, że zrozumiesz
Żyłem najpełniej jak potrafiłem
Pozwól chłopcu zginąć jak mężczyzna
Zwróconym twarzą do nadlatującej kuli
Pozwól mi na ostatni akt bohaterstwa





Skrócona wersja wpisu trafiła także na Steam, a użyte w nim screeny są mojego autorstwa. Umieszczony między nimi, wyróżniony kursywą tekst to przetłumaczone na polski słowa utworu Blaze of Glory (1990). Oryginalne napisał Jon Bon Jovi. Nie jestem autorem tego przekładu i nie roszczę sobie do niego żadnych praw. Do następnego, Czytelnicy.

16 komentarzy do “Ostatni zachód słońca – impresje z Red Dead Redemption”

  1. Dawno tu nie zaglądałem, więc nazbierało się trochę zaległości (TLoU zostawię na koniec) W sumie to dobrze — będzie co poczytać w wolnej chwili.

    Jeśli chodzi o samą grę, to nigdy nie grałem w pierwszą część. Mimo wielu zachwytów ze strony różnych osób i szczerych chęci, tak już jakoś zostało do dziś. Chyba nie wrócę do tej przygody po dość intensywnym ograniu drugiej odsłony, która — choć świetna — potrafi być też bardzo męcząca.

    Tekst więc przeczytałem i… no wiadomo, różnie to bywa, ale chyba sobie odpuszczę. Chociaż wersja PC-towa kusi a i fajnie, że jest dopracowana z tego co piszesz, to chyba jednak będzie to przesyt. To samo miałem z DS 2.
    To co, po jednym wiskaczu? BTW. Wstęp zacny muszę Ci to przyznać;)

    1. „Jeśli chodzi o samą grę, to nigdy nie grałem w pierwszą część”
      O, to żeś mnie zaskoczył. Dla mnie pierwsze RDR to jedna z tych kilku gier, do których wiele lat wzdychałem i wielokrotnie rozważałem zakup dla nich konsoli. Super, że w końcu ją ograłem, choć nie ukrywam, że zrobiłem to przede wszystkim dla fabuły: chciałem dowiedzieć się wreszcie, jak to się kończy (mam na myśli dalsze losy członków gangu). Lecz jeśli czujesz przesyt dwójką, to namawiać usilnie nie będę; jedynka mechanicznie niczym nie zaskakuje, bo i nie może po takim czasie.
      „Wstęp zacny muszę Ci to przyznać”
      Dziękuję. Dwa wieczory nad nim siedziałem 😉
      Zdrówko!

      1. W sumie nigdy nie byłem fanem Dzikiego Zachodu; przeciwnie, wszelkie westerny tak mnie drażniły, że z czasem znienawidziłem ten gatunek filmowy, a co za tym idzie — również gry wideo utrzymane w podobnym klimacie. Do dwójki też musiałem się niejako zmuszać, ale ostatecznie nie żałuję, bo grało się świetnie. Drugi raz już jednak chyba nie dam rady. To po prostu nie mój świat, nie moja bajka. Taki uraz z dzieciństwa. 😀

  2. Niech będzie przywitany każdy z osobna. Sorry za przerwę dłuższą. Teraz już będę raczej więcej, bo zaprzestałem narazie pisania blogów na pewnym portalu z przyczyn tak absurdalnych, że aż ciężko w to uwierzyć. Nie jestem mistrzem w pisaniu, ale w krótkim czasie rozwinąłem się tak bardzo szybko, wręcz zaskoczyłem sam siebie, znalazłam swój styl etc, ale komuś się to ewidentnie nie spodobało i zrobił wszystko i dalej robi, aby moje konto znikło, a ja zaprzestał pisania blogów. Narazie dopiął swego, a ja nie mam nawet możliwości się wybronić, bo witryna jest tak archaiczna, że wszystko działa na zasadzie pomówień i podejrzeń. Bez żadnych dowodów, danych itp. Widzę, że nadal świetne pióro w ręce, nie myślałeś kiedyś aby przydała Ci się skromna pomoc? 🙂

    1. Cześć 🙂
      Zaskoczyłeś mnie, nie ukrywam. Ale i zaciekawiłeś. Odnośnie ostatniego zdania, które napisałeś, to nie mogę powiedzieć od razu „Tak”, lecz nie mówię także „Nie”. Mam prośbę: napisz konkretnie jakie są Twoje oczekiwania i jak to sobie wyobrażasz. Bo jeśli dobrze myślę, to jesteś zainteresowany publikowaniem swoich blogów na mojej stronie, czy tak? Pomysł jest… godny rozważenia. Chyba, że to co piszę to nadinterpretacja? Napisz coś więcej, a wtedy i ja rozwinę (lub nie) poniższe wątki, które póki co tylko zasygnalizuję (żeby się niepotrzebnie nie rozpisywać i byś nie myślał, że chcę Cię zniechęcić). Bo powiem Ci na wstępie, że gdybyśmy mieli rozpocząć współpracę, to trzeba by zmierzyć się z pewnymi problemami (także technicznymi). Z trzema dużymi i kilkoma mniejszymi. Te główne to:

      1). Kwesta uprawnień/dostępu do strony (serwer, na którym wisi mój blog jest dedykowany, zarejestrowany na mnie: hasła i loginu administratora nie mogę zdradzać osobom trzecim. A jeśli to zrobię, to firma od której wynajmuję domenę/serwer natychmiast to wykryje. No i będą problemy. Grube).
      2). Kwesta docelowej bazy Czytelników. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale u mnie czytać Cię będzie dosłownie garstka ludzi. Bo też garstka w ogóle wie o tej stronie. I zależy mi, by tak pozostało.
      3). Jeśli o wiadomym portalu piszesz, że jest archaiczny, to co powiedzieć o mojej stronie? Ona dopiero jest prosta i mało funkcjonalna. Dlatego też tak szybko chodzi 😉

      Generalnie mam duże wątpliwości, czy na dłuższą metę byłbyś zadowolony z publikowania tutaj. I wiesz co? Może się zdziwisz, ale na takiej współpracy to ja zyskałbym więcej, nie Ty. Lecz może się mylę. Nic, rozwiń temat. Moją uwagę masz 🙂 Pozdrawiam.

      1. No rozumiem, jeśli tak ma to wyglądać to nie chcę robić zbędnych kłopotów. Chodziło mi o pisanie, którym właśnie mógłbym trochę pomóc, hobbystycznie i chociaż dla tej garstki 🙂 ale jak opisałeś, widzę że bardziej może to zaszkodzić, aniżeli pomóc. Dałem propozycję nie miałem pojęcia jak to jest. Pisałem że tamta strona archaiczna, bo nie mogę się wybronić przed pewnymi zarzutami, nie archaiczna sama w sobie. No cóż myślałem że można na zasadzie – zrób swój wpis – tu kliknij i tu, pewnie byłoby fajnie, ale jak już pisałem, jeśli wiąże się to z nieprzyjemnościami to szkoda. Dla mnie nie istotne czy piszę dla stu graczy, czy garstki, lubię pisać i cieszę się nawet kiedy doceni to te kilka osób. Jeśli jest dobre słowo pisane, to stronka może się rozrosnąc i przyciągnąć więcej fajnych ludzi, ale jeśli chcesz mieć spokój i nie wychylać się za bardzo, to ja to absolutnie rozumiem 🙂 no to będę zatem wpadał od czasu do czasu, czytał i zostawiał komentarz. Jeśli jednak miałbyś jakiś pomysł, propozycje, małe zmiany, kiedyś, daj znać śmiało.

        1. Czekaj, czekaj. Coś Ty taki raptus? O ile miałem lekkie obawy, czy przypadkiem nie dokonuję nadinterpretacji Twoich słów, to wiedz, że zdecydowanie dokonałeś nadinterpretacji moich 😉 Porozmawiajmy. Słowa bowiem są silniejsze od broni, pióro od miecza, a rozmowa od… W sumie nie wiem, co chciałem napisać. Zapewne coś mądrego, tylko mi nie wyszło 😉
          Zrobimy tak. Jutro (ewentualnie w niedzielę najpóźniej) napiszę Ci dokładnie i w szczegółach, z jakimi problemami się by to wiązało. I wiesz co? Ja jestem zdania, że problemy są po to, by je rozwiązywać. Tak jak pisałem wcześniej: nie chcę Cię zniechęcać. Chcę być szczery i fair. I jeśli uznasz, że mimo pewnych dla Ciebie niedogodności wciąż chcesz tu publikować, to zaczniemy ten plan wdrażać stopniowo w życie. Jeśli się rozmyślisz – w pełni to zrozumiem i uszanuję. Oraz coś Ci doradzę. Wiadomość krótka nie będzie, to też proszę – wybacz, ale dziś jej nie napiszę. Za chwilę mecz, ja zaś od 30 lat jestem kibicem. Nie tylko polskiej piłki, ale i – o ironio – holenderskiej. Wróć tu w ciągu 48 godzin. Na razie 🙂

        2. No to cześć. Sorry, że się wczoraj nie odezwałem, ale byłem nieco zajęty. Nie przedłużając przechodzę do sedna.

          Tak jak pisałem wcześniej, nie mogę udzielić Ci dostępu do strony i tego nie zrobię. Natomiast jest dobra nowina. Początkowo myślałem, że nie ma technicznej możliwości, by przypisać autorstwo danego tekstu komuś innemu niż ja: zakładałem, że trzeba będzie po prostu dodawać adnotację na początku wpisu (lub zawrzeć ją w tytule), że to Ty go napisałeś. I myliłem się. Można dodać innego użytkownika. Wejdź na moją stronę (główną): na tych ciemnych prostokątnych blokach z tytułem wpisu widnieje też jego autor, data publikacji, ilość komentarzy i kategoria (w moim przypadku brzmi ona „impresje”). I tam, gdzie pisze „przez Gonzi0807” jak najbardziej może pisać co innego, na przykład „przez Bankai84” 🙂 Stworzymy też odrębną kategorię dla Twoich wpisów (o ile się zdecydujesz), powiedzmy „Teksty Bankaia”, „Blog Bankaia” albo „BankaiBlog” (ta ostatnia brzmi spoko. Ale sam to sobie ustalisz). Jeśli ktoś kliknie w Twoją nazwę użytkownika lub w wybraną przez Ciebie kategorię, to wtedy wyświetlą mu się wszystkie Twoje wpisy. Ja bym je tylko wrzucał, podpisując je Twoim nickiem. Widzę to tak: piszesz tekst, przesyłasz mi na maila, ja go publikuję, Ty sobie go oglądasz. Jeśli stwierdzasz, że wszystko spoko – jedziemy dalej. Jak masz uwagi – wprowadzam poprawki. Trzeba by sporo jeszcze poustalać: ja do pisania korzystam z darmowego pakietu LibreOffice i mogę go z czystym sumieniem polecić, ale jeśli masz Microsoft Word to nie ma problemu: oba są ze sobą kompatybilne. W miejscu, w którym chcesz umieścić daną grafikę, wklejasz do niej link (ewentualnie wysyłasz ją osobno razem z plikiem tekstowym. Trzeba by wypraktykować, które rozwiązanie sprawdzi się lepiej). Analogicznie z klipem video na YouTube, załóżmy. W treść Twoich wpisów oczywiście nie ingeruję; zakładam, że nie będzie w nich nic, co nosiłoby znamiona przestępstwa/nawoływania do niego. Bo tylko w takim przypadku musiałbym zareagować. Wiesz, kto ponosi odpowiedzialność prawną/karną za treści publikowane na stronie? Jej administrator, czyli w tym przypadku ja. No i w sumie ze spraw technicznych tyle. Super jest to, że byłbyś wyraźnie oznaczony, czytelnik jeszcze przed kliknięciem we wpis wiedziałby, kto go napisał (ja czy Ty), a nasze teksty byłyby odrębne od siebie; nie zlewałyby się w jedno. Mogę zrobić osobny wpis zapowiadający Twoje pojawienie się na stronie w roli autora, rozwinąć czerwony dywan, załatwić skrzynkę browara i takie tam duperele. Jeśli Ci wszystko powyższe pasuje, to pierwszy z trzech dużych problemów uznaję za omówiony i przechodzę do drugiego.

          „Dla mnie nie istotne czy piszę dla stu graczy, czy garstki, lubię pisać i cieszę się nawet kiedy doceni to te kilka osób. Jeśli jest dobre słowo pisane, to stronka może się rozrosnąć i przyciągnąć więcej fajnych ludzi, ale jeśli chcesz mieć spokój i nie wychylać się za bardzo, to ja to absolutnie rozumiem”.

          Oj, tutaj tak łatwo nie pójdzie, coś czuję 🙂 Słuchaj, sprawa wygląda tak. Zwykle, jak się tworzy jakieś treści to chce się, by dotarły one do jak najszerszego grona odbiorców. Ale nie w moim przypadku. Bo tylko w idealnym świecie duża baza Czytelników oznacza „więcej fajnych ludzi”. Świat zaś idealny nie jest. W rzeczywistości bowiem składają się na tą dużą bazę także tacy, co fajni nie są. A im ona większa, tym więcej w niej jednostek tych niefajnych. Wielka publika ma bezwzględnie sens wyłącznie wtedy, gdy się na własnej twórczości zarabia. Wtedy musi się „klikać”, by czerpać zyski. Ale ani ja, ani Ty przecież na swoich blogach nie zarabiamy i nie zamierzamy, nieprawdaż? Kiedy założyłem tę stronę, powiadomienie o niej dostało tylko kilkanaście osób z wiadomego portalu, które swoją postawą/komentarzami dawały gwarancję spokoju. Bo tak, Bankai: zależy mi na nim bardzo. Miałem swój moment popularności, przez chwilę zachłysnąłem się nią i dawała mi ona poczucie satysfakcji. Dziś wiem, jak bardzo zwodnicza była. Kiedyś zależało mi na tym, by czytało mnie jak najwięcej ludzi, a teraz mogę w zasadzie stwierdzić, że zależy mi na czymś przeciwnym. W tym miejscu przejdźmy do Ciebie. Wiem, że jesteś przyzwyczajony do dużego zainteresowania Twoimi blogami. I musisz mieć świadomość, że tutaj będzie ono znacznie, znacznie niższe. Musisz zadać sobie pytanie, po co w ogóle piszesz? Serio: zapytaj sam siebie, czy aby na pewno nieistotne jest dla Ciebie, czy piszesz dla stu czy dla garstki. I mi nie odpowiadaj; odpowiedz samemu sobie. I spoko, rozumiem. Jeśli jest kilka osób, które lubiłeś i dla których chciałbyś dalej pisać (najbliżsi znajomi/rodzina) to nie ma problemu: zawiadom ich, gdzie będziesz teraz publikował. Byle nie publicznie 😉 Sam dowiedziałeś się o tej stronie z prywatnej wiadomości. Więcej chyba dodawać nie muszę. Kilku nowych Czytelników różnicy mi nie robi. Kilkadziesiąt – już tak. Na minus.

          No i trzecia sygnalizowana przeze mnie sprawa, trochę związana z powyższą. Bo widzisz: pod względem technicznym moja strona się do dużej liczby użytkowników po prostu nie nadaje. Ma bardzo ograniczone możliwości interakcji między nimi. Gdy ją tworzyłem, testowałem różne funkcje i rozszerzenia (tzw. wtyczki), mogące ją uatrakcyjnić dla przyszłych komentujących. Chłopie, czego tam nie było: system kont, powiadomienia na maila, logowanie się przez Google czy Facebooka, możliwość edycji własnych komentarzy, wklejanie do nich klipów wideo, cytowanie, zasłanianie fragmentów komentarza anty-spoilerową zasłoną, itd. I wywaliłem wszystko. Postawiłem na maksymalną prostotę. Ta strona to praktycznie goły WordPress. Korzystam ledwie z trzech wtyczek, bo każda kolejna zwiększa ryzyko, iż po aktualizacji coś się pogryzie. Raz tak było, wiesz? W zasadzie strona przestała działać, a winowajczynią była pierdółka: wtyczka umieszczająca na początku tekstu informację, ile czasu orientacyjnie zajmie jego przeczytanie. I bum, jej aktualizacja wysadziła stronę. Z pół dnia walczyłem, żeby to odkręcić. Dlatego jestem zdania, że im mniej wtyczek, tym lepiej. Totalnie nie zależy mi na społecznościowych funkcjach. Tutaj po prostu piszę tekst, ktoś go skomentuje (jeśli zechce) czy kliknie łapkę. I to wszystko. Mi to w zupełności wystarcza, a strona hula dzięki temu jak zgrabna sarenka, a nie muli jak żółw. Więcej użytkowników oznacza presję na zwiększenie jej funkcjonalności, a przynajmniej ja tak to widzę. A nie chcę nic w budowie strony zmienić.

          Teraz rzecz niezmiernie ważna, a być może nawet najważniejsza. Obaj – Ty i ja – jesteśmy blogerami. Wkładamy w swoje teksty czas, pasję, energię, serducho. Wiesz doskonale jak ja, ile pracy może kosztować stworzenie tekstu, z którego jest się zadowolonym; dającego satysfakcję. Piszesz (a przynajmniej tak twierdzisz), bo sprawia Ci to radość. I super, mam identycznie. Co nie zmienia faktu, że pewnego dnia, wcześniej czy później – ja tę stronę zamknę. Przestanie ona istnieć. A wtedy przepadną też wszystkie Twoje ewentualne teksty. Te, w które włożyłeś swoją pracę i pasję. Co wtedy? Potrafisz się z tym pogodzić? Nie wiem, kiedy dokładnie ją zamknę, nie mam tego na razie w planach. Strona jest opłacona do sierpnia przyszłego roku, i wtedy też muszę zapłacić za kolejny rok. Raczej to zrobię, ale czy będzie ona istnieć za 10 lat? Nie mam pojęcia. Wiem tylko to, że zamknę ją wtedy, gdy będę czuł, iż przyszedł na to czas. Gdy pisanie nie będzie sprawiało mi już przyjemności. Cholera wie, kiedy to nastąpi. A może za tydzień wpadnę pod auto/szlag mnie trafi w inny sposób? Tego się przecież też nie da wykluczyć. Wspomniałem o pieniądzach (bo mnie utrzymanie tej strony kosztuje realne pieniądze) i chcę coś bardzo wyraźnie zaznaczyć: gdybyś chciał tu publikować, to wiedz, że robiłbyś to całkowicie za darmo. Ani grosza od Ciebie nie chcę. Ale nie myśl proszę, że taki ze mnie bezinteresowny, wspaniałomyślny chłop. Nie chcę od Ciebie żadnej kasy dlatego, by móc z czystym sumieniem, nie poczuwając się do żadnych zobowiązań – zamknąć tę stronę, gdy nadejdzie jej czas. Musisz mieć tego świadomość, by później nie było żadnych wątpliwości/pretensji.

          No i ostatnia sprawa, dość delikatna. Zauważ, że odniosłem się poprzednio tylko do ostatniego zdania Twojej pierwszej wiadomości, ignorując całą resztę. Teraz jednak muszę to zrobić. Bankai, posłuchaj. Blogosferę wiadomego portalu odwiedzam regularnie, czytam wpisy i komentarze. Co nieco wiem. Stąd też mam do Ciebie wielką prośbę: nie przynoś tego tutaj, OK? Co było na wiadomym portalu, niechaj tam pozostanie. Wiesz, że ja bym tam dalej miał konto i publikował blogi gdyby nie kilku typków, którzy niezwykle skutecznie zabili we mnie radość z tego płynącą? Ale nie zamierzam tego roztrząsać, wracać do tego. Może dobrze się stało? Dziś mam własną stronę, ciesząc się naprawdę malutką i naprawdę super Publiką. Skupiłem się na rzeczach pozytywnych. Dlatego proszę raz jeszcze: chcesz tu publikować? Spoko. Tylko pisz o grach/rzeczach około-growych. Nie zrozum mnie źle ani nie bierz tego do siebie, ale mnie nie interesują powody, przez które do mnie napisałeś, to nie moja sprawa. Mnie interesuje wyłącznie to, czy będziesz tu pisał, a nie – dlaczego nie piszesz już tam, gdzie przedtem. I jeszcze jedno: czyta mnie tu garstka ludzi, fakt. Lecz Ty niekoniecznie wiesz, kto w tej garstce jest. Weź to pod uwagę.

          Z grubsza – chyba tyle na ten moment. Zastanów się spokojnie. Nie odpisuj od razu, bo mamy czas. Jak Ci wszystkie powyższe niedogodności nie przeszkadzają – daj znać. A jeśli przeszkadzają, też daj 🙂 Powiem Ci, że ja bym Cię tutaj z chęcią przyjął. Sam niewiele ostatnio gram, a więc i rzadko piszę, trzymając się swego postanowienia o średnio jednej publikacji na miesiąc (przed końcem roku mam w planach jeszcze tylko dwa blogi). Gdybyś dołączył, „odciążyłbyś mnie” i tekstów pojawiałoby się więcej. Ludziska mieliby motywację, by częściej sprawdzać, czy nie ma nowego wpisu. Niezmiernie istotne jest dla mnie także to, że grasz na wielu konsolach i na żadnym kompie. Ja zaś gram na jednym kompie i na żadnej konsoli. Idealnie się uzupełniamy, czyż nie? Serio: mam świadomość tego, że piszę dla konsolowców, sam nie mając konsoli. Ty mógłbyś dostarczyć na stronę treści, których ja nie mogę. Jest coś jeszcze. Otóż masz cechę, którą ja sobie niezwykle cenię: nie jesteś fanbojem. Gdybyś był, nie prowadzilibyśmy teraz tej rozmowy. Ba; szczerze Ci powiem, że gdybyś nim był, nie dostałbyś swego czasu wiadomości z adresem tej strony 🙂

          Dobra. No więc rozważ sobie za i przeciw oraz podejmij na spokojnie decyzję. Wybierz bramkę numer jeden, a przejdziemy na korespondencję mailową i zaczniemy dogrywać szczegóły, byś mógł zadebiutować na tej stronie. Wybierz bramkę numer dwa, a uznajemy, że się rozmyśliłeś/nie akceptujesz moich powyższych warunków. Ja to w pełni uszanuję oraz – tak jak pisałem wcześniej – coś Ci doradzę. Wybierz bramkę numer trzy… Nie. Jej nie bierz. W bramce numer trzy siedzi Zonk. Zrobisz jak zechcesz, ale ja Ci osobiście radzę, żebyś poszedł na całość.

          Czekam cierpliwie na odpowiedź. Nie spiesz się z nią. Nara!

  3. Oba RDR to najlepsze gry w jakie grałem i jedne z moich ulubionych
    W RDR grałem w 2011 roku. Zrobiłem nawet 100%.
    Bardzo długo szukałem Czupakabry, w pewnym momencie pomyślałem, że ona naprawdę nie istnieje;)

    W remaster nie grałem i zapewne nigdy nie zagram, prawdopodobnie kiedyś kupię do kolekcji.

    1. Joł 🙂
      „Oba RDR to najlepsze gry w jakie grałem i jedne z moich ulubionych”
      No u mnie tak samo. Goddamn masterpieces.
      „W RDR grałem w 2011 roku. Zrobiłem nawet 100%.”
      Wielkie gratki 😉 Ja po paru godzinach gry stwierdziłem, że też będę maksował. Porzuciłem jednak ten pomysł: za dużo roboty. Choć przyznam, iż nieodnalezienia Czupakabry żal mi okrutnie.

      1. Wtedy grałem tylko w jedną grę, a nie jak teraz w kilka jednocześnie, więc miałem czas na maksowanie.

        Tormented Souls 2 kupione?

        1. „Wtedy grałem tylko w jedną grę, a nie jak teraz w kilka jednocześnie, więc miałem czas na maksowanie.”
          Tą Twoją umiejętność grania w kilka tytułów jednocześnie w równym stopniu podziwiam, co jej nie rozumiem. Ja mam problem z graniem w więcej niż dwie gry naraz; zaczyna mi się mieszać sterowanie 🤡
          „Tormented Souls 2 kupione?”
          Ej… Czemu spoilerujesz mój następny wpis na blogu? Nieładnie 😠
          A tak poważnie: właśnie demo ogrywam. Zwlekałem z nim celowo, żeby przejść je dopiero na kilka dni przed premierą i nakręcić większy hajp. Klimat miazga. Pewnie znowu polegnę na zagadkach, ale i tak muszę kupić. Właśnie: jeszcze tego nie zrobiłem. Na Steam póki co nie ma takiej opcji. Pewnie odblokują 23 października.

          1. Złożyłem preorder na PS, prawdopodobnie zagram dopiero w sobotę. W najbliższych dniach spróbuję ukończyć Cupheada. Później TS 2.

            1. „Złożyłem preorder na PS”
              Chwali się. Trzeba wspierać niezależne studia. Zasługi Twe będą policzone. W takim razie pozostaje mi czekać na GROmadę (za dwa tygodnie), by porównać sobie odczucia.

  4. Kazikowe easter eggi to miód na moje oczy:)

    „Bez przebaczenia, aż poleje się krew”
    Za to też dwa plusy, ale tylko jeśli druga część odnosi się do filmu z Danielem Day-Lewisem. Jeśli nie, to zabieram;)

    Grałem tylko raz w okolicach premiery i zapamiętałem ten tytuł… tfu, to dzieło jako absolutnie wybitne.
    Jestem totalnym freakiem westernów. Zarówno jedynka jak i dwójka to kopalnia nawiązań do tych ważniejszych, mniej ważnych, a nawet kompletnie „nieistotnych” filmów z gatunku, często bardzo subtelnych, wręcz nagradzających uważnych graczy. Cudna sprawa.

    Jeśli chodzi o sprswy techniczne, to uważam, że RDR nie ma prawa się zestarzeć głównie dzięki fizyce, czyli temu czego dzisiejszym tytułom bardzo brakuje. W jedynce alko-ragdoll był zresztą lepszy niż w dwójce. Analogicznie wyglądała sytuacja z GTA IV i kontynuacją. Zawsze będzie mnie zastanawiało, dlaczego akurat to uproszczono;)

    Trzeba będzie przytulić tego remajstra i zobaczyć, jak to się spina chronologicznie. No i oczywiście puścić Jeźdźców przy okazji DLC;)

    Peace✌️✌️✌️

    1. „Kazikowe easter eggi to miód na moje oczy:)”
      Wpis miał się kończyć słowami: „Jak powstają moje teksty? Gdy mnie ktoś tak spyta…” Zrezygnowałem jednak. Uznałem, że to przegięcie 😉

      „Za to też dwa plusy, ale tylko jeśli druga część odnosi się do filmu z Danielem Day-Lewisem. Jeśli nie, to zabieram;)”
      Jasne, że się odnosi. W ogóle, blog ten jest wyjątkowo bogaty w nawiązania wszelakie; jest tu tego więcej niż zwykle. Niektóre są oczywiste, inne nie. Na przykład zdanie „nadszedł zmierzch ery dzikich band, kowbojów i rewolwerowców” nie brzmiałoby dokładnie w ten sposób, gdybyś mi nie podsunął pomysłu 🙂

      Generalnie – cudna gra. Wiem; kontrowersyjna opinia, ale mi podobała się znacznie bardziej niż GTA V.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *