Przejdź do treści

Papierowy królik, pluszowy dziobak, zmierzchu blask – impresje z To the Moon

Podobno w chwili śmierci ludzkie ciało staje się lżejsze o 21 gramów. Ma to jakoby potwierdzać istnienie duszy. Przeprowadzono nawet stosowne badania, by wyjaśnić ten fenomen, nakręcono także dość znany film fabularny na ten temat. Przypomniałem sobie o nim ostatnio, przy ogrywaniu pewnej niepozornej produkcji. Zapytałem sam siebie: No dobra, ale co z grą wideo? Czy ona także może mieć coś na kształt „duszy”? Jakąś esencję, ducha, energię geniuszu? A jeśli tak, to ile by to mogło ważyć? Pytanie pozornie wydaje się absurdalne, lecz gdy się nad nim zastanowić, nabiera sensu. Każdy z nas doświadczył chyba w swoim życiu tytułów wybitnych, które wyryły się w jego sercu i pamięci; po ukończeniu zostały z nim na zawsze. Na logikę więc mogłoby to oznaczać, że jakiś skrawek gry odrywa się od reszty, by stać się częścią gracza, zaś gra w rezultacie powinna zmniejszyć swój rozmiar. Podekscytowany możliwością wiekopomnego odkrycia przeprowadziłem eksperyment. Niestety; ku mojemu rozczarowaniu okazało się, że waga wspomnianej wyżej produkcji nie zmniejszyła się po jej przejściu ani trochę. Absolutnie nie żałuję jednak czasu poświęconego na te egzystencjalne dywagacje, a tym bardziej spędzonego z owym dziełem, gdyż pomimo że nie jestem w stanie stwierdzić, ile mogłaby wynieść masa hipotetycznej duszy gry czy też jej geniuszu, wiem teraz przynajmniej, jak niewiele może ważyć gra genialna: dokładnie 112 megabajtów.

Gdy noc nadchodzi
I świat spowija mrok
A Księżyc jest jedynym światłem
Które widzimy
Nie, nie będę się bać
Nie, nie będę się bać
Tak długo jak będziesz
Będziesz przy mnie

To the Moon to niezależna gra fabularna wydana w 2011 przez maleńkie studio Freebird Games pod przewodnictwem Kana Gao (dokładna data premiery to 1 listopada. Jest to zapewne przypadek, ale ze względu na podjętą w niej tematykę fakt ten może stanowić dodatkowy smaczek dla polskich graczy). Jak bardzo wolny od wielkich pieniędzy był budżet tej produkcji – widać doskonale na załączonym wyżej obrazku. Grafika przypomina wczesne lata 90., gdy królowała u nas legendarna konsolka Pegasus, ponadto nie ma możliwości jej podkręcenia: w menu głównym znajdują się tylko trzy opcje, tj. start, wczytaj i wyjdź. Sugerując się wykonanymi przez siebie screenshotami, mogę stwierdzić, że rozdzielczość obrazu w wersji PC wynosi 640×480 pikseli. Niby nie ma aż takiej tragedii, lecz standard ten na współczesnych monitorach nie prezentuje się zbyt korzystnie. Dialogi nie są udźwiękowione, a wyświetlane jedynie w formie napisów (automatycznie ustawiła się polska wersja językowa). Nie brakuje za to bardzo dobrej muzyki, z wybijającym się, wywołującym nastrój zadumy i melancholii fortepianowym motywem. Jednak bynajmniej nie jest moją intencją ganienie tego tytułu za kwestie techniczne. Pojawił się on przecież 13 lat temu, w siódmej generacji konsol, kiedy nie istniał Windows 10 czy pad od XSX (do kwestii sterowania wrócę później). Przeciwnie. Uważam To the Moon za arcydzieło i rozumiem wreszcie, czemu niektórzy określają je mianem najpiękniejszej gry w historii.

Więc kochanie, kochanie
Bądź przy mnie
Och, bądź przy mnie
Och, bądź
Bądź przy mnie
Bądź przy mnie

Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy dwoje pracowników Agencji Sigmunda ds. Generacji Życia – doktorzy Eva Rosalene i Neil Watts – przybywają do posiadłości leżącej nieopodal morskiej latarni. Ich praca polega na wgrywaniu za pomocą specjalnego urządzenia fałszywych wspomnień do umysłów ich klientów. Są nimi najczęściej starzy, umierający ludzie, pragnący u schyłku życia spełnić marzenie, którego nie mieli szansy zrealizować w rzeczywistości. Obecny petent – spoczywający na łożu śmierci John Wyles – chciał, by firma przeprowadziła w jego głowie projekcję jego największego pragnienia: lotu na Księżyc. Jednak od początku sprawy się komplikują. Po przybyciu agentów na miejsce okazuje się, że stan zdrowotny zleceniodawcy uległ pogorszeniu, w wyniku czego jest on nieprzytomny. Partnerzy pod presją czasu podłączają się do mózgu starca, by cofając się stopniowo do jego dzieciństwa, znaleźć odpowiedź na kluczowe pytanie: czemu tak bardzo zależało mu na odwiedzeniu Srebrnego Globu? Bez tej wiedzy nie będą mogli przeprowadzić zmiany w pamięci dogorywającego mężczyzny i tym samym dotrzymać warunków umowy (za co może im grozić odpowiedzialność dyscyplinarna). Ruszają więc w cudzą przeszłość, towarzysząc Johnowi w najważniejszych momentach życia oraz poznając jego znajomych i bliskich. Ta podróż wpłynie na nich samych. Postawi ich przed dylematem: co jest ważniejsze? Koniec czy też raczej wszystko to, co do niego prowadzi: definiujące nas chwile oraz spotkani ludzie? Przyznam, że dawno już fabuła gry nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Historia w niej przedstawiona prezentuje jakość nieosiągalną dla dzisiejszych, pięknie opakowanych popkulturowych gierek-wydmuszek, nie tylko stanowiąc dla nich zbawienną alternatywę i odtrutkę, ale też udowadniając, jak bardzo są one puste w środku.

Gdyby niebo, na które patrzymy
Miało runąć i przepaść
Lub góry miały wpaść do morza
Nie będę płakać, nie będę płakać
Nie, nie uronię ani łzy
Tak długo jak będziesz
Będziesz przy mnie

Czuć trochę w To the Moon inspiracje filmami Christophera Nolana, tj. Memento oraz Incepcją (wątek oddziaływania na czyjeś wspomnienia i wszczepiania fałszywych jest chyba żywcem wzięty z tego hollywoodzkiego przeboju), a jako ciekawostkę można by dodać, że także następny obraz w dorobku tego reżysera ma punkty wspólne z tą grą; opowiadający o locie w kosmos Interstellar ukazał się jednak trzy lata po jej premierze, więc zbieżność tę można uznać za zbieg okoliczności. Być może czerpiąc z twórczości jednych, sama z dużą dozą pewności wywarła wpływ na drugich, gdyż podobną estetykę, zbliżone akcenty i echa niektórych zagadnień można odnaleźć choćby w późniejszych Life is Strange, What Remains of Edith Finch, a nawet w Disco Elysium. Rozgrywka sprowadza się do przeszukiwania lokacji w celu odnalezienia interaktywnych przedmiotów, tzw. ogniw pamięci. Po zgromadzeniu pięciu można (za pomocą logicznej minigierki) aktywować daną pamiątkę z życia Johna. Poskutkuje to przeniesieniem się dwojga doktorów głębiej w jego przeszłość. W każdej chwili można podejrzeć, na jakim jej etapie obecnie się oni znajdują: u góry ekranu rozwija się pasek ze strzałką wskazującą odpowiednią miniaturkę (dziecka, nastolatka, mężczyzny młodego lub dojrzałego, starca). I tu mała uwaga techniczna. Otóż grę rozpocząłem, sterując padem, a kończyłem ją myszką. Kontroler spisuje się średnio, z tej racji, że podczas używania go nie wyświetla się kursor. By sprawdzić, czy konkretny rekwizyt jest istotny czy bezużyteczny, trzeba do niego podejść i spróbować go aktywować. Gryzoń ma natomiast tę przewagę, iż po najechaniu nim na interaktywny obiekt zmienia się jego wskaźnik. Mało tego: pad – a przynajmniej wydaje mi się, że to jego wina – spowodował w pewnym momencie zwis gry. Obraz zawiesił się w miejscu i żaden z przycisków nie działał. Musiałem zamknąć ją poleceniem Alt + F4 z klawiatury (na szczęście autosave’y zapisują się często). Po przełączeniu się na myszkę problem już nie wystąpił. Dlatego, przynajmniej w wersji pecetowej, zalecam korzystanie z tradycyjnego sposobu sterowania. Być może w konsolowych, gdzie dedykowanym urządzeniem jest kontroler, takie kłopotliwe zdarzenia nie wystąpią.

Kochanie, kochanie
Bądź przy mnie
Och, bądź przy mnie
Och, bądź
Bądź przy mnie
Bądź przy mnie

21 lipca 1969 roku, lądując na Księżycu, Neil Armstrong (przypominam, że jeden z bohaterów gry ma na imię Neil) wypowiedział historyczne słowa: „To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. W kontekście To the Moon można by pokusić się o następującą parafrazę: to jest maleńka gra, ale i wielka zarazem. Kupiłem ją za 9 zł podczas steamowej promocji, ukończyłem w 6 godzin (na trzy podejścia), a pobrała się na dysk w kilkanaście sekund (i to tylko dlatego, że serwery Gabena potrzebują chwili, by się rozbujać do pełnej prędkości łącza). To środkowy palec pokazany w stronę pożerających – na sam marketing – dziesiątki milionów dolarów, klepanych na jedno kopyto, przehajpowanych tripelejów. To wyrzut sumienia dla naśmiewających się z tego medium, lekceważących je ignorantów oraz tych zasłaniających się niemożnością wejścia w nie z powodu braku doświadczenia czy odpowiedniego sprzętu (To the Moon wymaga umiejętności na poziomie obsługi przeglądarki internetowej i procesora Pentium III – wyprodukowanego przez Intela w… 1999 roku). Wreszcie: jest to policzek dla tych spośród graczy, którzy sprowadzając gry wyłącznie do rangi technicznych tworów i czyniąc rozgrywkę, tzw. replayability oraz stopień wyzwania ich najważniejszymi komponentami, deprecjonują je tym samym jako dzieła sztuki. Tymczasem gameplay w To the Moon jest bardzo uproszczony, przechodzenie gry po raz drugi nie ma większego sensu, a testu skilli gracza nie stanowi ona żadnego. Choć zależy, jak na to spojrzeć. W sumie istnieją dwie grupy, dla których może się okazać wymagająca. Pierwszą są cynicy. Dla nich prawdopodobnie będzie twardym orzechem do zgryzienia. A drugą – ludzie nieco bardziej wrażliwi i empatyczni. U nich historia Johna przypuszczalnie będzie powodować notoryczny ścisk gardła. Warto jednak, by się przemogli. Gdyż raczej od tego nie umrą, a jeśli poznają tę opowieść w całości, może im się nawet zrobić lżej.

Na duszy.



Wpis (w wersji skróconej) trafił także na Steam.
Całkiem niedawno zapowiedziano odświeżone wydanie To the Moon na current-geny. Będzie rozdzielczość 4k, proporcje 16:9 czy obsługa haptycznych triggerów. Mocno sugeruję zainteresować się owym tytułem tym, którzy cenią w grach przede wszystkim fabułę i emocje. Mówienie, że grafika się zestarzała, w tym przypadku nie ma sensu, bo przestarzała to ona była już w momencie premiery, tj. kilkanaście lat temu. A przedstawiona historia? Cóż. Napiszę tylko, że jest z gatunku tych, które nie zestarzeją się nigdy.
Wyróżniony kursywą tekst to słowa słynnego utworu Bena E. Kinga Stand By Me (1961), coverowanego niezliczoną ilość razy, między innymi przez artystów takich jak John Lennon, Led Zeppelin, U2, Tina Turner, Florence and the Machine czy duet Lady Gaga & Sting. Nie jestem autorem tego przekładu i nie roszczę sobie do niego żadnych praw. Użyte screeny wykonałem samodzielnie.
Do następnego.

29 komentarzy do “Papierowy królik, pluszowy dziobak, zmierzchu blask – impresje z To the Moon”

  1. Chyba nie polecałeś, bo miałbym dodane na Spotim, ale głowy sobie nie dam uciąć.
    Co do pro to od początku zarówno przy ps4 jak i ps5 temat mi wisiał i powiewał. Pykam właśnie w drugiego Alana w 30, a po nim Dragon’s Dogma 2 też w 30 i gra muzyka;)

        1. Jeszcze nie. Ja tam liże ściany. Jak śpiewał Ahti to chyba 10 minut stałem i słuchałem/czytałem żeby się upewnić, że mi żadna linijka nie umknęła;]

          1. Drugi Alanek to genialna gra. Nie chciałem, żeby się skończyła. Muszę kupić dodatki, czekam na ten drugi fabularny i wracam do Bright Falls.

            1. Ja kupiłem golasa i po kilku godzinach dokupiłem deluxe upgrade. Cenowo wyszło tak samo- 55zl aktualnie na promce.

              1. Muszę w końcu kupić. Jedynka świetna, a Control (to samo uniwersum, jak wiesz) jeszcze lepsze. Jedyny minus taki, że na PC drugi Alan jest dostępny tylko na Epic Games Store. A ten, w porównaniu ze Steamem, chodzi u mnie na kompie jak by chciał, a nie mógł :-/

                1. Mała rada: wyp****ol to co masz tam zaplanowane w harmonogramie na jesień/zimę i wstaw tam drugiego Alana;)). Będziesz zachwycony.

                  1. Ha ha, to nie jest mała rada, a gruba 😉 OK, umówmy się tak: jeszcze przed końcem 2024 roku spróbuję kupić i ograć AW2 (i napisać z niego Impresje). Komplikuje mi to napięty kalendarz, bo mam w planie dwie gry musowo do zaliczenia przed końcem listopada (w tym jedną nowość, której premiera dopiero za kilka tygodni), ale czego się nie robi dla takich Czytelników jak Wy. Mam jednak warunek: w zamian Ty postaraj się zrobić to samo z To The Moon. W okolicach Black Friday albo wyprzedaży zimowej dorwiesz go na Steam dosłownie za parę złotych. A jak go odpalisz w Boże Narodzenie, to do Sylwestra raczej skończysz :-). Deadline tej umowy to 31.12.2024. Challenge Accepted?

    1. Jedyne, nad czym się powinieneś zastanowić to na jakiej platformie ograć To the Moon. Bo co do samej konieczności sięgnięcia po ten tytuł wątpliwości nie miej żadnych 😉

      1. Wybór prosty, bo na ps nie ma;). Tzn. widnieje jako „właśnie ogłoszono”, ale w praktyce może tak wisieć i wisieć. Wcześniej trafię na steamie.

            1. To nie sarkazm, nie chcę nikogo urazić lub być złośliwy 😉
              Wg zapowiedzi dewelopera wersja na duże konsole będzie wspierać 4k 120.
              Koniecznie sprawdź GRIS i Transistor.
              Tak samo jak TtM wyglądają niepozornie, kosztują grosze. Obie gry są świetne, choć dla niektórych gameplay w Transistor może być przekombinowany.

              1. Dzięki za polecajki. Pomyślę, choć grafik growy mam już zaplanowany do końca roku 🙂

                Coś Ci podpowiem. Piszesz tu dużo komentarzy (dziękuję!) i to nie tylko do mnie, ale do innych też. Jeśli chcesz, by pojawiały się one natychmiast (a nie czekały na moją akceptację) to jest na to sposób. Wystarczy, jeśli przy dodawaniu komentarza oprócz swojego nicku podasz również w odpowiednim polu adres e-mail (uwaga: nie musi być rzeczywisty. Może być fikcyjny. Ważne, byś zawsze używał tego samego wraz z nickiem. I lepiej wpisz taki, który zawierać będzie istniejącą nazwę domeny serwera pocztowego, np.: 1111111@gmail.com). Gdy dodasz komentarz w ten sposób, wciąż się on nie pojawi, ale wystarczy że zaakceptuję go jeszcze tylko jeden raz: wszystkie następne będą publikowane natychmiast.

  2. Lubię czytać;)
    Obecnie czytam Cormac’a McCarthy’ego, ww. Visual Novel, PSX Extreme i internety.
    Gdy uruchomię Chrome wybieram „i” na klawiaturze i sprawdzam czy jest coś nowego.
    Chciałbym przeznaczyć więcej czasu na czytanie książek, ale wolę grać.
    Obecnie czytam 2h tygodniowo, a gram 25h.

    1. O, chłopie weź mi nie mów. Wstyd się przyznać, ale ja ostatnio już nic prawie nie czytam. Internetów nie liczę. W sumie, największe ilości tekstu pochłaniam w… grach.
      P.S. Tak w ogóle to Finding Paradise ma na Steam jeszcze wyższe oceny, niż To The Moon: 98% pozytywnych. Masakra jakaś…

      1. Na szczęście gry to bardzo uniwersalne medium. Czasem mam wrażenie, że czytam książkę, oglądam film lub seriale, a okazuje się, że po prostu gram.
        Pogardzane przez „ludzi kultury” już dawno wyprzedziły ich „kulturę”. Wiadomo, że przemysł growy czerpie inspirację z innych dzieł kultury, ale robi to bardzo dobrze i dzięki interaktywności wprowadza na nowy poziom.
        Oczywiście to tylko moje zdanie.

        Miałem kilka epizodów z czytaniem. Ostatni zaczął się po ukończeniu Wiedźmin 3 i trwa do dziś. Gra bardzo mi się spodobała i chciałem poznać więcej historii w tym świecie. Ostatnio czytam coraz mniej. Na liście do przeczytania nie mam już żadnych książek i autorów.
        Nie przepadam za kryminałami, więc nigdy nie czytałem Doyle’a oraz Christie. W nowym roku planuje poznać przygody Sherlocka, a później nie wiem co będę czytał. Na zachętę kupiłem sobie Sherlock Holmes Awakened, wcześniej grałem w „First Chapter” . Kolejny raz gry zaprowadzą mnie do książek 😉

        W sumie w To The Moon też więcej czyta się niż gra 😉

        1. „(…) ale robi to bardzo dobrze i dzięki interaktywności wprowadza na nowy poziom.
          Oczywiście to tylko moje zdanie”.
          A moje jest identyczne. Gry to takie elektroniczne książko-filmy (jakkolwiek dziwacznie by to brzmiało). Chcesz filmu interaktywnego? Odpalaj produkcje Quantic Dream albo Supermassive Games (uwielbiam. Miałem nawet brać preorder The Casting of Frank Stone, ale raz, że coś mi się dużo pre-orderów w tym roku zrobiło, a dwa że giera będzie zapewne przeceniona dobre 30%. I to już niedługo, bo na Steam Winter Sale. Poczekam sobie). Chcesz poczytać? Instaluj gry z taką zawartością tekstu, że się niejedna książka ze wstydu spali (np. Disco Elysium, Dragon Age: Origins). A wszystkie one są interaktywne, co w porównywaniu z tradycyjnymi mediami daje im IMO po prostu przewagę.
          „(…) Sherlock Holmes Awakened, wcześniej grałem w First Chapter”
          Obie mam na liście życzeń (zakładam, że chodziło Ci o Chapter One). Jak wrażenia? Spoko? Ja kryminał jako gatunek cenię (choć raczej w wersji filmowej/serialowej). Nie ukrywam, że mnie nachodzi na jakąś giereczkę o takim klimacie 🙂

          P.S. Dodałem nową podstronę na blogu – Dyskusje (jeśli wchodzisz tu na telefonie, znajduje się ona w rozwijanym menu). Zaglądnij tam 😉

          1. Tak, Chapter One.
            Przeciętnie techniczna gra, ale rozwiązywanie zagadek daje dużo frajdy. Informacji należy szukać na posterunku policji, archiwalnych gazetach. Lokacje też nie są podane na tacy, sami nanosimy przydatne informacje na mapie. Jest tylko podpisana nazwami ulic.
            Grę można kupić za 40 zł, nawet jak nie podejdzie warto spróbować. Dobra gra, gdy przymknie oko na warstwę techniczną.

            1. „(…) gdy przymknie oko na warstwę techniczną”
              Ja na szczęście potrafię grze wybaczyć wiele, o ile daje mi frajdę lub – co ważniejsze – stanowi niezapomniane (w sensie fabuły, klimatu, przesłania) przeżycie. Przykład? Nier: Automata. Czy wiesz, że w wersji PC pierwotnie nie obsługiwała ona nawet rozdzielczości Full HD? Mimo tego, doskonale wiemy jak jest świetna.

              1. Mnie NieR: Automata przekonał do brzydkich gier i sprawił, że zacząłem zwracać uwagę w grach na coś więcej niż tylko gameplay i szeroko pojętą dobrą zabawę.

              2. O, to Ci wynalazek! Nie znam kompletnie. Muszę też nadrobić te pomniejsze tytuły, a dawno nie sprawdzałem ciekawych pozycji na steamie, bo tam najczęściej szukam. Mam również kilka fajnych pozycji do ogrania w ciekawym pixel art, tylko czasu brak.

  3. Grałem na Switchu, ta wersja również posiada polskie napisy, jednak dowiedziałem się o tym po ukończeniu.
    Wydaję się mi, że w grze jest czterokierunkowe sterowanie, zawsze odbieram to jako wadę.
    Nadal często słucham „For River”.
    W niektórych momentach fabuły uroniłem kilka łez.
    W sumie dziś na wyprzedaży widziałem Finding Paradise. Jest to sequel To The Moon. Być może zagram w niego na dniach jeżeli skończę czytać Requiem for Innocence- prequel The House in Fata Morgana
    PS Ta gra ma ładną grafikę;)

    1. Cześć.
      Pogoda taka, że albo grać, albo słuchać muzyki. Ewentualnie coś poczytać. Doceniam, że akurat poczytałeś sobie mnie 😉
      „Nadal często słucham For River”
      Ja dopiero zaczynam. I wiem, że będę wracał bardzo często.
      „W niektórych momentach fabuły uroniłem kilka łez”
      Po pobliskich knajpach chodzą słuchy, że nie jesteś odosobnionym w tym temacie gościem w okolicy.
      „Finding Paradise”
      Wiem, wiem. Kupię i ogram na pewno. Lecz nie teraz jeszcze. Lubię zmienność gatunków i klimatów.
      Nie wiem czy słyszałeś, ale parę lat temu zapowiedziano film anime:
      https://www.youtube.com/watch?v=yFxkSeQzD14
      Niestety, od tamtej pory cisza. Wygląda mi to na kolejną ofiarę COVID-a. Z drugiej strony; nikt też niczego oficjalnie nie anulował. Trzymam kciuki.

      „Ta gra ma ładną grafikę”
      Zgadzam się. Chodziło mi tylko o to, by spróbować postawić się na miejscu kogoś, kto grafikę uważa za rzecz bardzo ważną w grze. Wiesz: taka asekuracyjna próba zachowania obiektywizmu w czysto subiektywnym tekście 🙂

Skomentuj Voievoda Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *