Przejdź do treści

Pocahontas w Krainie Czarów – impresje z Kena: Bridge of Spirits

Gdziekolwiek by sięgnąć, cokolwiek by przeczytać na temat tej produkcji, wszędzie brzmi chór pochwał i zachwytów nad nią, zarówno od branżowych krytyków, jak i od zwykłych graczy. I po jej ukończeniu pozostaje mi również stanąć w tym szeregu pochlebców. Cóż zrobić, skoro ta gra po prostu na takie uznanie zasługuje.

Początek K:BoS niewiele wyjaśnia, więc większość zasad związanych z poruszaniem się po świecie musimy poznać i zrozumieć sami. O ile ogarnięcie mechanik potrzebnych do rozwiązywania zagadek środowiskowych nie jest natychmiastowe, o tyle wystarczy dosłownie kilka minut, by grafika (główny atut tego tytułu, lecz niejedyny) zachwyciła swoją bajkowością. Oprawa audiowizualna jest po prostu cudna. Jak bardzo, każdy może zobaczyć. „Każdy” w sensie: ten, kto kupi i odpali grę, bo żadne trailery czy nagrania gameplayu na YouTube nie oddają jej urody i nie mogą się równać z wrażeniami, jakich dostarcza karta graficzna, generując obraz w czasie rzeczywistym. Cutscenki z powodzeniem można by posklejać w całość i puścić w kinach jako komputerowy film animowany. Baśniowy klimat wprost wylewa się z ekranu, stanowiąc nie lada konkurencję dla Ori and The Blind Forest – gry równie pięknej pod względem zaprojektowania i artystycznej wizji (od której niestety się odbiłem przez zbyt wysoki, wymagający trzeciej ręki stopień sekwencji platformowych). Cukierkowość i barwność świata przedstawionego mieszają się z nieco mroczniejszymi obrazami, co w połączeniu z dynamicznymi walkami zbliża z kolei K:BoS do Kingdoms of Amalur: Reckoning – trochę już dziś zapomnianego i nudnawego fabularnie, za to szalenie zajmującego i satysfakcjonującego pod względem starć. Motyw wędrówki w poszukiwaniu górskiej świątyni budzi zaś silne skojarzenia z filozoficznym dziełem Journey od studia thatgamecompany z 2012 roku (na PS3, debiut na PC to 2019).

Walka jest efektowna, choć jednocześnie dość prosta w swych założeniach: mamy ciosy szybki oraz silny, możliwość aktywowania tarczy, łuk, a także ubogi system rozwoju postaci. Ot, standardowe mechaniki obecne w większości trzecioosobowych gier akcji. W sumie jedynym elementem wyróżniającym tę konkretną są Roty – dobrotliwe (?) i pocieszne istotki/duszki, które pomagają nam w bitwach i w eksploracji, a my w rewanżu… kupujemy im rozmaite czapeczki (serio, nie łżę). No i trzeba wspomnieć o poziomie trudności, który do niskich nie należy. Nawet normal nie ma wiele wspólnego z rekreacyjnym spacerkiem, za to dużo z morderczą wspinaczką na szczyt góry. Szczególnie tyczy się to bossów w drugiej połowie opowieści, z których paru przypomniało mi, dlaczego nie gram w nic od FromSoftware.

Technicznie jest niemal perfekcyjnie. Jedynym mankamentem są występujące regularnie, krótkotrwałe i na szczęście lekkie spadki animacji (na kompie, który spełnia zalecane wymagania). W kwestii ceny to docelowa wynosi ponad 140 zł. Dużo jak za grę ledwie AA, trwającą kilkanaście godzin i obecną na PC już od roku? Nie powiedziałbym, że to drogo. Zresztą, wiecie, jak jest. Odbywające się kilka razy w roku wyprzedaże, którymi Steam bezlitośnie atakuje nasze portfele, dadzą niejedną okazję, by nabyć ją znacznie taniej. Kupiona za mniej więcej 100 zł staje się bardzo dobrą inwestycją na kilka wieczorów. Zachęcam do zapoznania się z nią. Przede wszystkim odbiorców szukających fantazyjnych, niezmiernie urokliwych krajobrazów i bajecznej atmosfery. Młodsi zobaczą w niej ładniuśkie widoczki, bardzo przyzwoitą rozgrywkę i wymagające walki. Ci starsi natomiast być może dostrzegą coś więcej.

Tekst dostępny jest również na Steam. Użyte grafiki nie są mojego autorstwa ani moją własnością. Mają charakter jedynie podglądowy i pochodzą ze strony wallpapercave.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *