Przejdź do treści

To było dawno temu, a jednak wciąż pamiętam


Nie wierzę, że udało mi się skończyć tego bloga.

Pomysł na jego napisanie pojawił się wiele miesięcy temu, jeszcze w 2023 roku, i aż trudno mi samemu pojąć, ile czasu ostatecznie zajęło jego stworzenie. Nie stało się tak jednak ze względu na ogrom tekstu, który w sobie zawiera; nie nazwałbym go, wbrew pozorom, obszernym. Jego bolesne powstawanie trwało tak długo głównie dlatego, że napisawszy jedno, dwa zdania, potrafiłem następnie porzucić go na kilka lub kilkanaście tygodni. Z tego punktu widzenia jest to zdecydowanie największy, najdłużej angażujący mnie blog ze wszystkich, jakie do tej pory wyszły spod mojej ręki. Czego dotyczy? Gier oczywiście. Nie byle jakich, a ulubionych: to nic innego jak topka produkcji, które polubiłem i pokochałem najmocniej. Czytając internetowe dyskusje/portale/fora, odnoszę czasem wrażenie, iż istnieje pewne grono osób (wśród nich znajduję się i ja), których takie zestawienia nieco mierżą. Najczęściej bowiem sprowadzają się one do schematycznego umieszczania wyselekcjonowanych tytułów od miejsca najdalszego (załóżmy: dziesiątego) do najwyższego, pierwszego. Jestem zaś zdania, że ze względu na różnorodność tak gatunkową, jak i gameplayową gier tworzenie jakichkolwiek rankingów polegających na ich bezpośrednim porównywaniu czy pozycjonowaniu jest u samych swych podstaw po prostu bezsensowne. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma prywatną listę wyjątkowych produkcji, szczególnie adorowanych i nad wyraz czule wspominanych. Ja takową posiadam i od dawna chciałem poświęcić jej osobny wpis. Od razu jednak pojawił się dylemat: jak przedstawić poczet osobiście dla mnie najznakomitszych dzieł elektronicznego medium, by nie popaść przy tym w banał i nie wpisać się w przytoczony wyżej szablonowy trend, do którego zwolenników bynajmniej nie należę? Wydaje mi się, że znalazłem sposób, by tego uniknąć, a przynajmniej mam taką nadzieję. Otóż dziś, Szanowni Czytelnicy, o mych ulubionych grach opowiedzą Wam – swoją twórczością poprzez dźwięk i obraz – inni. Moja rola w tym wpisie zostanie trochę ograniczona: będę niczym radiowy prezenter, który podczas audycji „Największe przeboje wszech czasów” zapowiada kolejne numery, opatrując każdy z nich czasem krótszym, czasem dłuższym komentarzem. Nim jednak do tego przejdę, poniżej kilka niezwykle ważnych oświadczeń i wskazówek.

– Rdzeń tego wpisu stanowić będą filmiki zamieszczone na platformie YouTube. Będą wśród nich oficjalne trailery promujące wybrane gry, będą utwory składające się na ich ścieżki dźwiękowe. Będą też takie, które cenię szczególnie; stworzone przez samych graczy entuzjastów klipy określane jako Fanmade czy Fan Tribute. Bowiem, moim zdaniem, o wartości gry nie świadczy liczba sprzedanych egzemplarzy, tytuł gry roku, zachwalające recenzje branżowych portali, a już na pewno nie średnia ocen na Metacritic. Świadczy o niej to, czy wywołuje emocje. A jeśli tak, to jakie i jak silne, oraz czy inspiruje do tworzenia.

– Odnośnie do powyższego akapitu pragnę bardzo wyraźnie zaznaczyć: nie jestem autorem żadnego z tych fanowskich klipów. W związku z tym bardzo zależy mi na tym, by wpis ten nie został odebrany jako próba podszycia się pod czyjąś twórczość/działalność. Nie powstał w tym celu. Przeciwnie: powstał między innymi po to, by oddać owej twórczości hołd. By uhonorować nie tylko ludzi, którzy gry tworzą bądź współtworzą, ale i tych, których one inspirują i pchają do działania. I jeśli komuś z Was, Czytelnicy, jakiś klip spośród zaprezentowanych poniżej przypadnie do gustu wyjątkowo, to zachęcam do wystawienia pod nim stosownego komentarza, tam na YouTube (sugeruję zrobić to po angielsku). Sam osobiście raz w życiu zmontowałem coś w stylu Fan tribute video, stąd też wiem, ile pracy to kosztuje. Warto więc docenić czyjś trud włożony w ten rodzaj twórczości.

– Zaprezentowane filmiki charakteryzują się różną jakością obrazu (uczulam, byście przypilnowali sobie, w jakiej rozdzielczości się one odpalają. YouTube potrafi namieszać i domyślnie uruchomić je w najniższej); zgrywane były zapewne z rozmaitych platform czy konfiguracji, a dodać do tego należy kompresję YouTube’a. Lecz nie chodzi mi o to, by ukazać graficzne piękno tych gier, nie ono jest w nich bowiem najważniejsze. Jestem jak najdalej od popierania tezy, iż gry to przede wszystkim twory techniczne. Takie – że się tak wyrażę – sterylne, chłodne podejście do gamingowego medium, akcentujące prymat warstwy technologicznej nad innymi, skutecznie odpycha mnie od siebie. A im jestem starszy – odpycha tym bardziej. W grach zaś interesuje mnie co innego. Co konkretnie – napisałem wyżej.

Niezwykle istotna uwaga: niektóre z tych filmików zawierają spoilery; niekiedy bardzo poważne. Dlatego jeśli klip przedstawia (w mym mniemaniu) kadry czy fragmenty zdradzające za dużo, wtedy zawsze pojawi się przed nim bardzo wyraźne ostrzeżenie. Natomiast jeśli żaden spoiler alert nie wystąpi, wtedy nawet osoby nieznające danej gry mogą takie wideo obejrzeć. Co wcale nie znaczy, że muszą: jeśli ktoś jest na punkcie spoilerów wyczulony (ja jestem), najlepiej zrobi, gdy daruje sobie cały segment poświęcony interesującej go, a niepoznanej jeszcze produkcji. Generalnie – apeluję o bardzo uważne czytanie niniejszego wpisu.

– I wreszcie uwaga natury technicznej: odradzam zapoznawanie się z poniższą treścią za pomocą smartfona (chyba że przez Wi-Fi). Czemu? Z dwóch powodów. Po pierwsze, filmików będzie sporo, co z całą pewnością wpłynie na prędkość ładowania się tak ich samych, jak i całego wpisu. Spoko; jeśli ktoś żyje w mieście, problemów być nie powinno, ale sam mieszkam w miejscu, gdzie sieć komórkowa działa… różnie. Po drugie, sugeruję przeglądać go w zaciszu domu, z dala od zgiełku ulicy, najlepiej na urządzeniu z podłączonymi głośnikami (ewentualnie słuchawkami). Bo będzie w tym wpisie, Drodzy Czytelnicy – mnóstwo, mnóstwo muzyki. A z komfortem jej słuchania przez telefon bywa – znowu – różnie… Jednak to tylko moja sugestia.

– Jest to wpis poświęcony moim ulubionym tytułom, co wcale nie znaczy, że znalazły się w nim wszystkie godne tego miana. Na chociaż wspomnienie zasługuje sporo produkcji, które się tu nie pojawią: nie ma choćby (będącego w zasadzie przeżyciem egzystencjalnym) Disco Elysium; kapitalnej trylogii Batman: Arkham; interaktywnego komiksu, w którym Wilk – wszak Wielki i Zły – spotyka jeszcze gorszych od siebie, czyli The Wolf Among Us; nieśmiertelnego Warcrafta III (nieśmiertelnego – bo wbrew opinii wielu nie zdołał go ubić nawet sam Blizzard swym niesławnym remasterem Reforged, do którego regularnie wracam. I to nie tylko do singla, ale i do multi, rozsiewając Plagę Nieumarłych w imię Ner’zhula); pierwszego Wiedźmina (który, gdyby go porównać z Dzikim Gonem w skali 1:1, wypadłby blado niczym twarz Geralta po eliksirach, ale robiącego w swoim czasie wrażenie większe, niż słynna część trzecia odpowiednio później. Nie rozpisuję się na ten temat więcej, bo wiedźmin, bohater dla mnie kultowy, dostanie ode mnie w tym roku osobny, poświęcony wszystkim jego wcieleniom – tj. literackiemu, serialowemu i oczywiście growemu – tekst); najlepszego ogrywanego przeze mnie horroru – Obcego: Izolacji; żadnego epizodu serii Resident Evil; obu odsłon Middle-earth: Shadow of Mordor: gier, które dla tolkienowskich purystów stanowią gwałt na twórczości tego pisarza nie mniejszy niż najnowszy serial Amazonu, ale broniących się rewelacyjnym gameplayem, na czele z absolutnie genialną mechaniką, zwaną systemem Nemezis, opatentowaną przez Warner Bros tylko po to, by nic z nią dalej nie robić… Dobra, przechodząc do sedna: mógłbym tu wymieniać wiele gier, których w poniższym blogu nie znajdziecie, mimo że na to zasługują. Wpis, pierwotnie planowany jako zestawienie co najmniej dwudziestu (a może i trzydziestu) tytułów, z każdym kolejnym miesiącem kurczył się. Ostatecznie opowiada on o jedenastu grach, choć niektóre pozycje dotyczą tak naprawdę więcej niż jednej. Większości poświeciłem na swojej stronie osobne, dedykowane im teksty. Będą tu jednak też takie, które się ich nie doczekały i być może nie doczekają się nigdy. Nie spodziewajcie się jednak, że będę je tu opisywał czy streszczał. Nic z tych rzeczy. Blog składać się będzie z luźnych wspominek, nawiązań oraz przede wszystkim subiektywnych wrażeń, wywołanych przez te najważniejsze dla mnie gry oraz inne twory z nimi związane. Innymi słowy – składać się on będzie z impresji.

– Przypominam, że to nie jest żaden ranking, jakieś hierarchiczne uporządkowanie. O niczym nie świadczy też liczba poświęconych danej grze klipów: jeśli pod grą A znajduje się ich trzy, a pod B – powiedzmy – jeden, to wcale nie znaczy, że tę pierwszą cenię bardziej niż drugą. Każda z tych produkcji znalazła się na blogu, bo sobie po prostu na to czymś zasłużyła. Napisałbym, że kolejność ich przytaczania jest kompletnie przypadkowa, lecz nie byłoby to stwierdzenie do końca prawdziwe: wynika ona częściowo z kompozycji i budowy wpisu. Przykładowo, ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, którą grą go rozpocząć.


RED DEAD REDEMPTION II

Wybór był oczywisty, bo dzieło Rockstar Games okazało się dla mnie kluczowe i przełomowe. W tym sensie, że to właśnie po przejściu RDR2 zacząłem pisać dłuższe teksty na temat ukończonych gier, zastępując nimi dotychczasowe kilkuzdaniowe notki, zamieszczane na Steam. To historia Arthura Morgana i gangu van der Lindego wywarła na mnie wpływ tak wielki, że musiałem własne odczucia oraz przemyślenia na jej temat przekuć w słowo pisane; tak powstał tekst, który stał się zarzewiem czegoś (choć z całą pewnością tego nie planowałem i nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że tak się sprawy potoczą), co z czasem wyewoluowało w cykl impresji. Kto wie: gdyby nie RDR2, mogłoby nie być tego bloga, całej tej strony. Możliwe również, że zastąpiłaby je w tej sprawczej funkcji jakaś inna gra. Gdybać nie zamierzam, fakty są takie, że to produkcja Rockstara skłoniła mnie do pisania. I gdy prawie cztery lata temu tworzyłem tekst jej poświęcony, obsesyjnie oglądałem przy tym ten oto fanowski filmik. Piosenka w tle to wykonywany przez Rhiannon Giddens Mountain Hymn – utwór znajdujący się na ścieżce dźwiękowej do RDR2. Znany jest także jako See The Fire In Your Eyes i właśnie te pochodzące z jego refrenu słowa wykorzystałem jako tytuł swojego tekstu.
Uwaga: Bardzo duże spoilery! Wideo przedstawia niezwykle istotne momenty RDR2. Kto gry nie zna – niech nie ogląda!


I kolejna obecna w grze piosenka: Daniel Lanois – That’s the Way It Is. Rozlega się tuż przed kulminacyjnym momentem zmierzającej ku konkluzji historii. Pamiętam jak dziś, gdy sam ją usłyszałem, w chwili kiedy odpaliła się poniższa cut-scenka. Pamiętam uczucie refleksji, które mnie ogarnęło. Nigdy bowiem do końca nie wiadomo, dokąd zaprowadzą nas kręte ścieżki naszych żywotów. Oto bandyta, niemal przez całe dorosłe życie kroczący po trupach do celu – zatrzymuje się. Oto uciekinier, przebywszy wiele mil, spogląda wreszcie wstecz i dokonuje podsumowania. Oto bohater, któremu pozostało tylko jedno, wsiada na koń i zawraca, by dokładnie to zrobić: uczynić to, co należy. Bo tak to już czasem bywa.
Uwaga: poniższy klip to nic innego niż scena z RDR2, dziejąca się pod koniec. Niby nie zdradza zbyt wiele, ale mimo wszystko radzę potraktować ją jako spoiler.


A tutaj polecam obejrzeć jeden z kilku fanowskich trailerów zrealizowanych na modłę kinową, jakie się dziś pojawią. Że się tak wyrażę – jest przebojowy. Wykorzystana w nim muzyka to Hurt w wykonaniu Johnny’ego Casha. Ilekroć go słucham, nie mogę uwierzyć, że to nie Cash jest jego oryginalnym autorem, a Trent Reznor z Nine Inch Nails.


Najlepsze zwykle zostawia się na koniec, więc postąpię tak i ja. Sekcję poświęconą RDR2 wieńczy filmik, który trafia do mnie szczególnie, będąc jednym z ulubionych. Ileż wyczucia trzeba mieć, by w niewiele ponad 4 minuty oddać istotę zagmatwanych losów oraz sens przebytej przez Arthura podróży. Wielkie, wielkie brawa dla twórcy tego klipu i jednoczenie mega ostrzeżenie: zawiera on przepotężne spoilery! Materiał tylko dla tych, którzy ukończyli RDR2!



A PLAGUE TALE: REQUIEM

Z faktami się nie dyskutuje, te zaś są takie, że to właśnie dla tej gry (by kupić ją i przejść na premierę) zdecydowałem się wymienić starą platformę hardware’ową na nową. I choć grafika jest w tym tytule wprost olśniewająca, ostatecznie to nie ona zrobiła na mnie największe wrażenie, a finał przygód rodzeństwa – Amicii i Huga – mierzących się zarówno z potwornością szczurzej plagi, jak i realiami późnego średniowiecza. Właśnie to niezapomniane zwieńczenie losów dwojga młodych bohaterów stanowi dla mnie prawdziwe (nie będzie chyba wielkim spoilerem użycie tytułu ostatniego rozdziału APT:R, będącego de facto jego epilogiem) dziedzictwo de Rune’ów, spuściznę, którą po sobie zostawili w mojej pamięci. Większość materiałów poświęconych grze na YouTube ma angielski dubbing, a mnie on niesamowicie irytował, kompletnie tam nie pasując, toteż zaszczyt zaprezentowania jej w tym wpisie przypadnie kompozytorowi muzyki do niej – Olivierowi Deriviere’owi. I tu mówię: stop. Już bowiem chciałem (w zasadzie nawet zacząłem) wypisać z dziesięć utworów z tego soundtracku. Jednak, choć muzyka jest bardzo ważnym elementem niniejszego wpisu, to nie powinna przysłonić dania głównego: samych gier. Może kiedyś pokuszę się o tekst traktujący o najlepszych growych ścieżkach dźwiękowych i ta z Requiem będzie w nim bez wątpienia miała bardzo liczną reprezentację. Tutaj linkuję tylko trzy kompozycje. Pierwsza towarzyszy rodzeństwu na początku podróży, gdy przed bratem i siostrą rysuje się perspektywa długiej, niebezpiecznej, naznaczonej okrucieństwami drogi, z dziewczyną zaś zaczyna się dziać coś niedobrego:


drugą można usłyszeć we wspomnianym wyżej epilogu:


trzecią natomiast… nie zdradzę kiedy (i wbrew ostrzeżeniu zawartemu w klipie nie kwalifikowałbym pojawiających się w nim kadrów jako spoilerów):



DEUS EX: HUMAN REVOLUTION

Niespodzianka?
Rzadko o tej grze wspominam, fakt. Oryginalnej, autorstwa Warenna Spectora, nie znam i najprawdopodobniej już nie poznam (mimo posiadania jej w cyfrowej bibliotece na GOG-u), ale wersję Eidos Montreal cenię sobie bardzo (jej kontynuację, Mankind Divided, tylko nieznacznie mniej). Zakorzeniła się głęboko w mej pamięci dzięki świetnej, charakteryzującej się dużą dowolnością rozgrywce, ale bardziej przez mocną, dość pesymistyczną w wymowie fabułę. Ma ona już swoje lata (konkretnie czternaście) i z perspektywy tego czasu można stwierdzić, że twórcy zdecydowanie przestrzelili ze swoją dystopijną wizją przyszłości, datując ją już na 2027 rok. Wcale to jednak nie znaczy, że straciła ona na aktualności – przeciwnie. Zdecydowana większość poruszanych w Deus Ex dylematów i wątków (z cybernetycznymi wszczepami służącymi „ulepszeniu” człowieka na czele) będzie w rzeczywistości nabierać znaczenia wraz postępem technologicznym, czynionym przecież w horrendalnym tempie. Klip poniżej to oficjalny zwiastun promujący grę: nie fanowski hołd, a marketingowa zajawka. I w tej kategorii – jeden z najlepszych trailerów, jakie kiedykolwiek widziałem. Rewelacyjny pod każdym względem: montażu, klimatu, muzyki. Zawsze gdy go oglądam (a robię to dość często), zastanawiam się nad tym odniesieniem do mitycznego Ikara: czy nie może być ono odczytywane jako metafora ludzkości, która wznosi się właśnie na wyżyny (lub nawet: wzbija w niebiosa) swoich możliwości tylko po to, by finalnie runąć z hukiem w dół.



LIFE IS STRANGE

A tu o żadnej niespodziance nie może być mowy, bo kto czyta mnie od dłuższego czasu, wie, jak często odwołuję się do tego tytułu. Tkliwa, pełna liryzmu opowieść o nastolatce wchodzącej w dorosłość i sile przyjaźni tak wielkiej, że zdolnej złamać czas, niemal dziesięć lat temu zawładnęła umysłami wielu graczy do tego stopnia, że niektórzy z nich (jak internetowa wieść niesie) tworzyli nawet dla siebie w sieci grupy wsparcia, nie potrafiąc poradzić sobie ze stanem, w jakim znaleźli się po jej ukończeniu. Podzielona na odcinki, z wybitnie współbrzmiącym soundtrackiem, sprawnie splatająca komponent obyczajowy, kryminalny i fantastyczny, zbudowała niezapomnianą, pozornie idylliczną atmosferę małego miasteczka, którego za żadne skarby nie chciało się opuszczać. Ten melancholijny klimat świetnie oddaje fanowski zwiastun (zdradzając przy okazji jedną z bolączek technicznych trapiących grę, tj. skopaną i nienaprawioną do tej pory synchronizację ruchu ust postaci z wypowiadanymi dialogami).


Mimo sukcesu i ogólnie wielce pozytywnego odbioru LiS dorobiło się także pewnej grupy krytyków, którzy zarzucają mu operowanie charakterystycznymi dla teen dramy kliszami i przedstawienie bzdurnych, wydumanych problemów nastolatków, przy czym ciekawe jest to, że najostrzej atakują grę ludzie otwarcie przyznający się do tego, że nigdy nie mieli z nią do czynienia. Dla mnie natomiast LiS – narracyjna przygodówka z wyborami, z których żaden nie jest dobry – jest skierowana również do starszych, dojrzałych osób. Porównałbym ją do tęsknej, elegijnej pieśni: mając nastolatkę za protagonistkę, nie tylko pozwala wcielić się w nią tym, których młodość już minęła, ale i stanowi także wołanie w stronę graczy mających własne dzieci, będące dla nich początkowo obiektem bezwarunkowej afirmacji, konfrontując z obawami stającymi się wcześniej czy później najgorszym koszmarem każdego rodzica. Zanim ich dorastające pociechy utracą niewinność, dokonując błędnych decyzji na skutek wpływu otoczenia, fałszywych przyjaciół, zdarzeń losowych czy bezwzględności świata. Zanim zaczną chorować i umierać.
Dwa utwory ze ścieżki dźwiękowej do LiS i ruszamy dalej. Najpierw jedyna piosenka, która w grze pojawia się dwukrotnie – promująca ją Obstacles Syda Mattersa (uwaga! Klip zawiera fragmenty jednego z dwóch możliwych zakończeń! Potężne spoilery!):


oraz mój faworyt – instrumentalny Kids Will Be Skeletons grupy Mogwai (uwaga: na to wideo składają się zmontowane sceny z końcówki epizodu trzeciego, a więc ze środka gry. Potencjalne spoilery):



DAYS GONE

Niemal czuję pełne niedowierzania, pytające spojrzenia niektórych z Was, Czytelnicy, sugerujące pełne wyrzutu: „WTF, gościu? Serio?!”. No serio.
Przyznaję – trochę kontrowersyjna pozycja. Premierowo wsławiła się kiepskim stanem technicznym na macierzystej platformie, proponując ponadto niegrzeszącą oryginalnością opowieść, a wylewane publicznie żale jednego z jej twórców (już w Bend Studio niepracującego), który nie może pogodzić się brakiem zgody Sony na kontynuację, zaczynają nużyć nawet mnie. Więc faktycznie: ktoś mógłby zasadnie zapytać, co właściwie robi na tej liście gra stanowiąca kolejną wariację oklepanego tematu zombie, i nie jest mi łatwo na to pytanie odpowiedzieć. Spróbuję jednak. Bo widzicie, każda gra znalazła się tutaj z jakiegoś powodu i kiedy słyszę: Days Gone, to kojarzy mi się z nim jedno – wolność. Nie chodzi o nieliniowy scenariusz, pozwalający graczowi na podejmowanie znaczących wyborów, bo to przecież nie tutaj. Nie mam na myśli otwartej, sandboksowej struktury mapy (swoją drogą, rażąco ograniczonej w misjach głównych), ani tym bardziej swobody doboru środków eksterminacji hord świrusów. Chodzi o niesamowicie sugestywny klimat. Chyba żadna gra nie dała mi podobnego uczucia wolności wynikającego z immersji, z totalnego zanurzenia się w wirtualnym świecie, w postapokaliptycznej rzeczywistości wyrosłej na gruzach starego porządku. Wolności rozumianej jako poczucie braku jakichkolwiek odgórnych, zinstytucjonalizowanych mechanizmów władzy, kontroli czy przymusu, które należy akceptować i szanować. Wolności w ujęciu nawet nie libertariańskim, ale wprost anarchistycznym.
Jedna z piosenek, jakie pojawiają się w grze: Jack Savoretti – Soldier’s Eyes. Numer użyty pierwotnie w serialu – o ironio – Sons of Anarchy.



DRAGON AGE: ORIGINS

Gra wydana w 2009 roku, której proces deweloperski rozpoczął się w 2002. Świadectwo czasów minionych, relikt z innej epoki gamingu, kiedy logo BioWare oznaczało jakość, a twórcy potrafili wypuścić tytuł AAA mający sporo zawartości, której gracze nie mieli szans zobaczyć w całości za pierwszym (a czasem i drugim) podejściem. Dla mnie produkcja szczególna, bo to dzięki niej pokochałem erpegi, do owego momentu niewystarczająco przeze mnie cenione. Żadna kolejna część smoczej sagi nie zbliżyła się do niej poziomem i napisałbym, że takich gier się już nie robi, ale ponieważ wciąż mam przed sobą Baldurs Gate 3, wolę ugryźć się w język.
Najważniejszymi cechami DA:O były: niezwykle rozbudowana, wielowątkowa opowieść, świetna taktyczna walka wraz z aktywną pauzą i wymagającym (zmuszającym do planowania, a nie bezmyślnego klikania) poziomem trudności oraz niezapomniany klimat. Gatunkowo najczęściej przypisuje się ją do dark fantasy, ale ma również rysy charakterystyczne dla innych jego podgatunków: scena w lesie Brecilian, w której prowadzi się dialog z pewnym gadającym drzewem, dostarczyła mi jednego z najbardziej olśniewających estetycznie doznań, jakich w grach doświadczyłem, będąc jakby żywcem wyjętą z tolkienowskiego high fantasy. Osobną kwestią jest nieliniowość: zarówno ta fabularna, jak i w sensie swobody w kreacji prowadzonej postaci. Tu wybierało się nie tylko rasę, klasę czy płeć, lecz również pochodzenie społeczne. Każdy z sześciu dostępnych prologów miał wpływ na możliwości rozwoju opowieści w dalszej jej fazie, a rozmowy przebiegały w różny sposób w zależności od tego, jakich towarzyszy mieliśmy akurat w drużynie. Ci reagowali na nasze poczynania, aprobując je bądź nie, i mogli nas opuścić (nawet zdradzić), jeśli podjęliśmy decyzję rażąco naruszającą ich światopogląd. Chcieliście grać bohaterem-idealistą, przeświadczonym o słuszności swej misji i gotowym oddać za nią życie? Bez problemu. A może woleliście cynicznego pragmatyka, sprawnie posługującego się perswazją, który wykorzystując innych, dbał priorytetowo o własne dobro? Była i taka opcja. Wszystkie te elementy złożyły się na dzieło kompletne, magiczną produkcję oferującą prawie milion słów do przeczytania, niczym opasła książka fantasy; niczym opowieść wędrownego bajarza snuta w blasku ogniska, ku pokrzepieniu strudzonych podróżnych. Niczym monumentalna, podniosła pieśń bardów. I właśnie pieśń jednej z towarzyszących graczowi postaci – bardki Leliany – wybieram jako laurkę dla Dragon Age: Origins. Niechaj rozjaśni Wam noc, gdy zmęczeni szlakiem spoczniecie w obozowisku. Uprzedzam, że słowa są w (wymyślonym na potrzeby gry) języku elfów, ale dociekliwi znajdą dostępne w sieci tłumaczenie na angielski/polski.



TO THE MOON

Chyba jednak dobrze się stało, że tyle czasu zajęło mi tworzenie tego wpisu; dzięki temu mogę ozdobić go produkcją, która ze wszystkich ogrywanych w zeszłym roku poruszyła mnie najbardziej, dowodząc, że w gamingowym medium małe nie znaczy gorsze. Przez wiele lat spotykałem się z wychwalającymi ją opiniami, lecz żadna z nich nie oddawała w pełni tego, czym ta gra okazała się w rzeczywistości. Podrzucam jeden utwór, przy czym nie będzie to przecudowny, uzależniający i obecny już na mojej stronie motyw For River (nie lubię się powtarzać), a ten:


Piosenka ta rozbrzmiewa w scenie, gdy… Nie no, żartuję. Kto grał, ten wie, kto nie grał – niech zagra. Nie zdradzę nic, ograniczając się tylko do stwierdzenia, że rzeczona scena dla mnie osobiście stanowiła największe wyzwanie w grze. Jakiego rodzaju ono było – zachowam dla siebie. To the Moon wdarła się przebojem do tego zestawienia: nie wyobrażam sobie go bez niej. Już nie. Zatrzymywać się nad nią dłużej mimo to nie będę, gdyż przechodziłem ją ledwie parę miesięcy temu i mam ją na świeżo, więc jeśli ktoś jest ciekawy moich odczuć na jej temat, to odsyłam do stosownej publikacji na blogu.


NIER: AUTOMATA

Tutaj natomiast to już muszę się na chwilę zatrzymać. Nier, ach, ten Nier.
Zapytany, z jakiej gry najtrudniej byłoby mi napisać impresje, bez wahania wskazałbym ten tytuł. To jeden z tych tworów, o których można myśleć i myśleć, mówić i mówić, a mimo to nigdy nie zgłębi się go do dna i nie odkryje wszystkich niuansów, jakie w sobie kryje: nigdy nie będzie się mieć pewności, że się go w pełni zrozumiało. Najśmieszniejsze jest to, iż ta produkcja na pierwszy rzut oka ma wiele cech, które powinny mnie od niej z automatu (he he) odepchnąć. I rzeczywiście, przez pewien czas niewzruszenie ją lekceważyłem, a do zmiany postępowania skłoniła mnie pasja i fascynacja, z jakimi wypowiadali się o niej internauci mający ją za sobą, konsekwentnie określając mianem arcydzieła czy fenomenu. Przełamałem się więc, kupiłem i spróbowałem. Przeczytawszy wcześniej, że do całkowitego poznania fabuły wymagane jest trzykrotne ukończenie gry, zrobiłem tak, jak sugerowano. Szczerze wyznam, że pierwsze przejście olbrzymiego wrażenia na mnie nie wywarło, choć zalet było sporo: historia intrygowała, rozgrywka angażowała, muzyka brzmiała wspaniale (zaraz do niej wrócę), a opustoszały świat – zamiast nudzić – urzekał. Druga kampania, przedstawiając te same wydarzenia z perspektywy innej postaci, rozwinęła niektóre wątki i ukazała je w odmiennym świetle. Gra na tamtą chwilę prezentowała się w porządku, po prostu dobrze, ale wciąż czegoś brakowało; wciąż nie mogłem z przekonaniem mówić o niej w sposób, w jaki o niej czytałem. Więc włączyłem ją po raz trzeci. I wtedy to do mnie dotarło. W końcu to pojąłem.
Nier: Automata to bardzo mocno ugruntowany na filozoficznym kontekście rollercoaster, który wcześniej czy później zakręci odbiorcą z równą bezwzględnością, co niekończąca się spirala życia i śmierci. Funduje przy tym szeroką gamę emocji i rewelacyjny, gatunkowy miszmasz w sferze gameplayu. Na samym końcu tej drogi, w chwili całkowitego zagubienia i utraty wiary w jakikolwiek cel, nadchodzi nieoczekiwane katharsis (tak zwany ending E): pojawia się światełko w tunelu, a my – wszyscy gracze – możemy poczuć się kimś więcej niż tylko zbiorem obcych dla siebie, wiecznie rywalizujących jednostek (dzięki najinteligentniejszemu, najbardziej pomysłowemu wykorzystaniu funkcji sieciowych gry, jakie do tej pory widziałem). Bo dla mnie tym właśnie jest ten tytuł: odpowiedzią. Dla tych, którzy szukają nadziei w sytuacji, gdy wydaje się ona utracona na zawsze. Chwała ludzkości, a szczególnie japońskim deweloperom, którzy to cudo stworzyli. Yoko Taro – reżyser gry i ekscentryk, jakiego ze świecą szukać – pytany o to, czemu 2B (jedna z trzech głównych postaci) wygląda tak, jak wygląda, stwierdził, że po prostu lubi atrakcyjne kobiety. Cóż. Cierpiąc na podobną przypadłość i w pełni ją rozumiejąc, jednocześnie nie byłbym sobą, gdybym w tej kreacji nie doszukiwał się drugiego dna: moim zdaniem design bohaterki to nic innego, jak trolling wymierzony w gracza, mający odciągnąć jego uwagę od tego, co naprawdę istotne. Czego nie da się zobaczyć oczami, gdyż można to jedynie poczuć. I kto się na tę maskaradę nabierze, kto w tę pułapkę wpadnie – ten kiep. Stąd też przestrzegam zarówno tych, którzy nie znając gry, oceniają ją powierzchownie (sam tak robiłem), a jej bohaterkę sprowadzają wyłącznie do wyidealizowanego męskiego fantazmatu, jak i tych uczestników internetowych pyskówek (choć dla nich samych z pewnością są one wyrazem świętej wojny o wartości), próbujących wykorzystać 2B jako tarczę i chlubny przykład jedynie słusznego sposobu, w jaki winno się projektować żeńskie protagonistki. Jedni i drudzy robią dokładnie to samo: niesamowicie spłycają postać androidki i całe tło fabularne za nią stojące.
Na koniec pasuje wreszcie poruszyć wątek muzyki w Nier. Tym bardziej że soundtrack z niego należy do ścisłej czołówki najlepszych i najczęściej przeze mnie słuchanych kompozycji napisanych na potrzeby growego medium. Keiichi Okabe stworzył dźwiękowe arcydzieło nie mniejsze niż sama gra, idealnie ją dopełniające. Sprawa z nim ma się identycznie jak przy A Plague Tale: Requiem, tj. nie chcę tu wymieniać kilkunastu utworów, bo to nie czas ani miejsce. Wybrałem tylko jeden, mój ulubiony:


tutaj w dłuższej, zremiksowanej (i nawet chyba lepszej) wersji:


I jeszcze oficjalny zwiastun z muzyką z gry (drobne spoilery):



MASS EFFECT 3 (trylogia MASS EFFECT)

Ile ja bym dał, by móc znowu przeżyć to po raz pierwszy… Oddałbym bardzo wiele, aby z tak wielkimi nadziejami i nie mniejszymi obawami, z pełnym przekonaniem o słuszności misji i niezachwianą wiarą w lojalność towarzyszy (oraz dojmującą troską o ich los) raz jeszcze wejść na pokład SSV Normandia i ruszyć okupowanej przez Żniwiarzy Ziemi z odsieczą. Po to, by ostatecznie zostać pozbawionym jakiejkolwiek pewności co do tego, czy cała ta walka miała w ogóle jakiś sens…
To druga w tym wpisie gra BioWare (w zasadzie trzy, tworzące nierozerwalną całość), co najlepiej dowodzi, jak istotnym studiem był dla mnie niegdyś ten deweloper. Przez pewien czas nawet najważniejszym, zdetronizowanym później przez Irrational Games. Do dziś należę jednak do olbrzymiej rzeszy fanów serii Mass Effect. 7 listopada obchodzą oni swoje święto – tzw. N7 Day. 10 lat temu z tej właśnie okazji wydany został pewien zwiastun, który uwielbiam oglądać. Formalnie promował on Andromedę – będącą słabym Mass Effectem, ale nie tak znowu złą grą, jak niektórzy twierdzą – ja natomiast radzę go potraktować jako poświęcony wszystkim tytułom sygnowanym logiem ME i prezentowanej przez nie futurystycznej wizji ludzkości. Jakże innej niż ta prorokowana choćby przez Deus Ex: Human Revolution. Czy jest to wizja naiwna? Być może, lecz z całą pewnością piękna. Wiele można zarzucać EA; gdybym miał wskazać firmę, która najbardziej w moim życiu gracza zalazła mi za skórę swoimi bzdurnymi decyzjami i polityką, wybrałbym właśnie „elektroników”. Ale jednego im odmówić nie można: trailery potrafią robić epickie. Głos narratorki należy do Jennifer Hale – żeńskiej wersji Sheparda w trylogii ME.


Pod koniec ME3, przed wyruszeniem w ostatni bój, Shepherd żegna się po kolei z każdym z towarzyszy. Jednym z nich jest Liara – obecna w każdej części trylogii przedstawicielka obcej rasy Asari. Przebieg tej sceny (która – uwaga – jest, jak by nie patrzeć, końcowym fragmentem gry, a więc spoilerem) różni się nieco w zależności od tego, jakiego rodzaju relacje zbudował gracz z doktor T’Soni. Poniżej podsyłam ją w opcji odpowiadającej mojej kreacji Sheparda. I jest to, Szanowni Państwo, najlepsze zawoalowane wyznanie nieodwzajemnionej miłości, jakie w grach widziałem.


I jeszcze świetny, zrobiony na modłę kinową fanowski zwiastun. Muzykę i narratora wycięto z trailera kiepskiego (wiem, bo oglądałem) filmu Star Trek Into the Darkness. Idealnie się to zgrało:



THE LAST OF US PART II (dylogia THE LAST OF US)

Myśl, że gdybym był jednym z tych twardogłowych pecetowych fanbojów – określających się mianem PCMR, o mentalności i horyzontach myślowych wiadra zastygniętego betonu – to wciąż czekałbym na windowsową wersję TLoU2 (premiera 3 kwietnia), napełnia mnie grozą. A tak, dzięki pożyczonej swego czasu PS4, doświadczyłem jednego z najważniejszych (ale i najtrudniejszych) growych doznań w życiu.
Lato 2020 roku. Na rynku właśnie ukazało się TLoU2, w Internecie trwa burza spowodowana – nazwijmy to – kontrowersyjnymi decyzjami scenarzystów tej gry, ja zaś jej przebiegu i przyczyn za bardzo nie śledzę, nie posiadając konsoli Sony. Pewnego razu YouTube poleca mi filmik: z ciekawości w niego klikam i jest to moja pierwsza, ponad rok przed ograniem TLoU I&II, bliższa styczność z tą serią. Klip oglądam po raz drugi, trzeci, ósmy, pięćdziesiąty. Nie wiem, kim jest ta druga dziewczyna, ale grająca na gitarze to chyba ta cała Ellie. Piosenkę znam. To cover numeru grupy a-ha Take on Me. Wykonanie to wpada mi w ucho do tego stopnia, że zaczynam lubić nawet oryginał, dotychczas zawsze ignorowany (dziś najbardziej podchodzi mi on w wersji unplugged), gdy leciał na przykład w radiu. Potem, przechodząc grę, nie mogę się tej sceny doczekać. A jeszcze później – gdy grę kończę – dociera do mnie, że najlepsza w tym fragmencie nie jest muzyka, a fakt, że utwór ten (jego tekst) ma przecież charakter proroczy.


Spotkałem się kiedyś na pewnym portalu o grach (zgadnijcie jakim) z opinią, że zakończenie TLoU2 zrozumieją tylko nastoletnie lesbijki. No cóż; mimo iż wiek nastoletni minął mi bezpowrotnie dawno temu, a o tym, bym kiedykolwiek (chociaż przez chwilę) był lesbijką, nic mi nie wiadomo, to wydaje mi się, że zakończenie gry – jej wymowę i znaczenie – chyba rozumiem (oczywiście na swój własny sposób, bo czyjś odbiór może być całkiem inny od mojego). Nigdy nie zapomnę chwili, gdy w pewien upalny jak na tę porę wrześniowy wieczór 2021 roku obejrzałem to zakończenie po raz pierwszy. Na ekranie pojawiły się napisy końcowe, z głośników popłynęły przejmujące, niemal przeszywające ciało i duszę dźwięki melodii granej przez Gustavo Santaolallę, mówiące więcej niż tysiąc słów, a ja zostałem z mnóstwem pytań, które chciałem zadać. A zwłaszcza jedno: Warto było, Ellie?


Dwa kapitalne fanowskie zwiastuny, które odkryłem niedawno, zrealizowane na podobieństwo tych reklamujących serialową adaptację HBO (niewielkie spoilery). Najpierw zajawka zremasterowanej części pierwszej:


oraz trailer Part II. W tle głos Eddie’go Veddera i zremiksowana wersja Future Days:


Take on Me to niejedyny cover nagrany przy produkcji TLoU2. Piosenka Through the Valley (oryginalnie Shawna Jamesa) została użyta w kampanii marketingowej gry. To właśnie tekst tego utworu wykorzystałem w poświęconych jej impresjach. Poniżej oczywiście w wykonaniu Ashley Johnson (uwaga: klip zawiera fragmenty podróży Ellie w głąb ciemnej doliny śmierci. Średnie spoilery).


I jako podsumowanie segmentu o TLoU rzecz wybitnie dobra: fanowski filmik streszczający losy Ellie Williams. Jeden z lepszych klipów tego typu, jakie widziałem. Wielkie brawa dla autora (uwaga: wideo zawiera potężne spoilery! Pokazuje piękne chwile między Joelem a Ellie. I te inne też. Ostrzegam – niech oglądają tylko ci, którzy grę przeszli!).



BIOSHOCK INFINITE (seria BIOSHOCK)

Ostatnia pozycja na liście, o której niedawno opublikowałem dedykowany jej tekst, więc tu od razu przechodzę do materiałów z nią związanych. Za sprawą poniższego fanowskiego zwiastuna po raz drugi wjeżdża do tego wpisu Johnny Cash, tym razem z coverem God’s Gonna Cut You Down (nie mam pojęcia, kto ten utwór oryginalnie stworzył).


A teraz coś specjalnego i absolutnie fantastycznego, nie tylko dla miłośników instrumentów smyczkowych. Taylor Davis to artystka, którą od lat subskrybuję. Ma na swoim kanale blisko 300 klipów, na których odgrywa znane z filmów, seriali, anime czy gier motywy muzyczne. Gorąco zachęcam do zapoznania się z jej twórczością; każdy znajdzie coś dla siebie. Poniższe video oglądam namiętnie, odkąd ukończyłem Infinite po raz pierwszy, tj. od ponad dziesięciu lat. Początkowa posępna melodia to znana z soundtracku do gry ścieżka Elizabeth’s Theme, rozbrzmiewająca na samym jej końcu (wiecie: to jest ten moment, gdy kurtyna opada, geniusz Kena Levine’a objawia się w pełni, a gracz może by i bił z zachwytu brawo, ale zostało mu to fizycznie uniemożliwione, gdyż ręce zajęte ma zbieraniem szczęki z podłogi, która znalazła się tam z powodu przeżytego przezeń szoku), a następnie przechodzi płynnie w znacznie cieplejsze tony, czyli utwór Will the Circle Be Unbroken (który dostał już wcześniej ode mnie swoje pięć minut).


I tak oto dotarliśmy do końca tego wpisu, pozostał już tylko jeden, finalny akcent: klip zawierający potężne spoilery, będący fanowskim hołdem nie tylko dla Bioshocka Infinite, ale całej tej serii, który stanowi ponadto idealną puentę niniejszego bloga. Bo choć w jednozdaniowym wstępie do niego napisałem, że udało mi się go skończyć, to tym z Was, którzy dotrwali do tego miejsca, pragnę coś zdradzić: ja to zdanie napisałem przewrotnie. Od początku zdawałem sobie sprawę, że się go skończyć nie da – co wynika z jego charakteru. To właśnie dlatego tyle czasu zajęło mi jego pisanie. Świadomość, że nigdy tak naprawdę nie będzie zamknięty, działała na mnie demotywująco. Filmików takich jak powyższe jest multum: przedstawione tutaj to tylko moja propozycja, która w żadnym razie nie stanowi wyczerpania tematu, a zaledwie jego liźniecie. Chcę jednak, by ten tekst ujrzał w końcu światło dzienne chociaż w tej cząstkowej formie i przestał wreszcie absorbować moją głowę (co robi zdecydowanie zbyt długo); wolę, aby będąc niemożliwym do ukończenia, przynajmniej nie miał na zawsze statusu „w przygotowaniu”. Dlatego, Czytelnicy, umówmy się, że blog – który zacząłem pisać jeszcze w 2023 roku, a niektórym z Was zapowiadałem go już kilka miesięcy temu – uznaję za zakończony. Gaszę na dziś światło, opuszczam swoją rozgłośnię, z której nadaję dla Was audycję Impresje z gier, i wychodzę zobaczyć, jak wygląda świat na zewnątrz. Do następnego więc.



38 komentarzy do “To było dawno temu, a jednak wciąż pamiętam”

    1. O, cóż za niespodzianka 🙂 Niezmiernie miło mi powitać tutaj kolejnego dawnego Czytelnika i – mam nadzieję – od teraz członka tutejszej minispołeczności.
      „mam tu problem z dodaniem komentarza”
      Nie, nie masz żadnego, wszystko OK. Po prostu WordPress – silnik, na którym hula ta strona – w kwestii pojawiania się komentarzy zostawia dwie opcje (cytuję obie dosłownie): albo „Komentarze muszą być zatwierdzone ręcznie” (przeze mnie jako administratora) albo „Inny komentarz tego samego autora musi zostać wcześniej zatwierdzony”. Ja mam zaznaczoną tą drugą opcję, co w praktyce oznacza konieczność dodania przez Was do komentarza zarówno nicku jak i adresu e-mail (wcale nie musi być prawdziwy; może być zmyślony, bo moja strona ich nie weryfikuje). Jeśli tak zrobicie, strona „przypisze” nick do adresu i w ten sposób „zapamięta” Was, a każdy kolejny komentarz pojawi się samoistnie (pamiętaj, że to musi być dokładnie ten sam nick i adres: pomyłka choćby o jeden znak spowoduje, że komentarz znowu trafi do poczekalni). Jako administrator widzę, że do ostatniego komentarza dodałeś adres e-mail (są one widoczne tylko dla mnie): dodaj jakiś nowy komentarz wraz z adresem i powinno samo wskoczyć. Jeśli się tak nie stanie, będziemy szukać przyczyny.

  1. Hej. Witam wszystkich ciepło i serdecznie. W końcu Was znalazłem, gdzie się ukrywacie 🙂 chciałbym z przyjemnością dołączyć do grona i mam nadzieję, że mi wybaczycie to spóźnienie/opóźnienie. Jeśli szef pozwoli, chętnie bym coś nawet naskrobał, jeśli to możliwe. Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia.

    1. „Jeśli szef pozwoli, chętnie bym coś nawet naskrobał, jeśli to możliwe”
      Chłopie, ze mnie żaden szef. Nie nadaję się na szefa (czy inne kierownicze stanowisko) przez nazbyt olewający stosunek do obowiązków 😉 Ja tu jestem dla Was. Dzięki za dołączenie. Pisz śmiało co chcesz, w tym jakiekolwiek uwagi krytyczne na temat tekstów/strony, gdyż tylko dzięki takim mogę się zmieniać/rozwijać.

  2. Cześć 🙂
    Bardzo lubię takie zestawienia, dzięki za przyjemną lekturę.
    Kilka przemyśleń ode mnie, bo sam jakiś czas temu zastanawiałem się nad listą gier które dotknęły mnie najgłębiej i pozostaną w pamięci na zawsze.
    Kluczowa uwaga. Nie tylko gry się tu liczą, ale równie ważny – jeśli nie ważniejszy – jest nasz wewnętrzny stan w jakim się znajdujemy. W jakim wieku jesteśmy, jakie doświadczenia mamy za sobą, jakie problemy nas trapią. Tylko w takim kontekście odpowiedni dobór gry pozwoli nam docenić w pełni to co ma do przekazania.
    Z pewnością nie przeżyłbym tak mocno TLoU 1/2, gdybym nie posiadał dzieci i nie mógł w pełni utożsamić się z Joelem i decyzją jaką musiał podjąć. Chyba nie ma innej gry którą tak przeżywałem. Podobnie, choć nie aż tak mocno, zadziałało na mnie Zaginięcie Ethana Cartera…
    Wrócę na chwilę do przeszłości. Jakoś zaraz po studiach nadrabiałem pewne zaległości w ukochanych przeze mnie przygodówkach point’n’click. Wtedy w moje ręce wpadł Gabriel Knight, potem od razu jego kontynuacja. Jakie te gry zrobiły na mnie wrażenie (mimo że miały już swoje lata). Po ich ukończeniu nie mogłem przestać o nich myśleć. Gabriel, mimo ze wydawał się tak odległy, miał w sobie pewne cechy których odbicie widziałem w sobie. Niesamowite uczucie.
    Które jeszcze gry tak ze mną zarezonowały? Na pewno SOMA i The Talos Principle, na które trafiłem akurat wtedy, gdy sam zastanawiałem się nad przyszłością i tym co nas jako gatunek czeka.
    Co jeszcze? Firewatch – temat przyjaźni, zaufania.

    Jest sporo gier które ukończyłem i wiem że miałyby potencjał by do tego grona dołączyć, ale… no właśnie, chyba zagrałem w nie w niewłaściwym czasie. Life is Strange na przykład. Grając jako 40latek nie potrafiłem w pełni docenić tego co gra stara mi się przekazać. Łapała kilka razy za gardło, ale gdyby wpadła mi w ręce (choć to niemożliwe) 20 lat wcześniej to pewnie zadziałała by mocniej.
    Jakby się zastanowić to pewnie mógłbym jeszcze kilka takich tytułów wymienić.

    W sumie to bardzo ciekawy temat na bloga, być może rozszerzając temat na książki i filmy.
    Dzięki!

    1. „Kluczowa uwaga. Nie tylko gry się tu liczą, ale równie ważny – jeśli nie ważniejszy – jest nasz wewnętrzny stan w jakim się znajdujemy. W jakim wieku jesteśmy, jakie doświadczenia mamy za sobą, jakie problemy nas trapią. Tylko w takim kontekście odpowiedni dobór gry pozwoli nam docenić w pełni to co ma do przekazania”
      Dokładnie tak, zgadzam się w 100 procentach. To jest najważniejszy, najbardziej determinujący odbiór danej gry czynnik. Dlatego ja tak bardzo lubię podkreślać, że moje teksty są całkowicie subiektywne: to nie jest żadne „wycieranie sobie mordy subiektywizmem” (jak niektórzy mogliby powiedzieć) tylko świadomość tego, w jak wielkim stopniu wpływają na nasze odczucia zarówno przeszłe, jak i teraźniejsze wydarzenia czy doświadczenia (w tym też ograne wcześniej gry).
      „Które jeszcze gry tak ze mną zarezonowały? Na pewno SOMA i The Talos Principle”
      Talos był świetny. Znowu z SOMĄ wylatujesz… No dawno już kurde kupiłem. Trzeba będzie ją ograć w tym roku. Gdzie czas na te wszystkie gierki? 🙁
      „Co jeszcze? Firewatch – temat przyjaźni, zaufania.”
      Dzięki – poszło na wishlist 🙂
      Pozdro!

    2. Każdy ma swoje. Prawda. Choć takie Days Gone lubię, ostatnie dwa Deus Exy ograłem dawno, a Reqiuem część pierwszą mam napoczętą, to jednak ze swoją listą debeściaków widzę tylko trzy wspólne mianowniki: Red Dead Redeption 2, obie The Last Of Us i oczwiście Bioschock, o którym już dyskutowaliśmy tutaj. I przy okazji Bioschocka właśnie, serdecznie chcę polecić filmik oficjalnie promujący grę utworem Nico Vegi pt. „Beast”. Niecierpię tego słowa, ale to jest sztos.
      Pozdrawiam serdecznie i dzięki za lekturę. Piona!

        1. Też dobre 👌choć akurat „Beast” tekstem nawiązuje w punkt do Ameryki jaką przedstawia się w „Infinity”. Dlatego moim zdaniem trafia bardziej w sedno sensu z gry.
          A tak a propo materiałów promocyjnych – znasz „A Modern Day Icarus?”. To jest dopiero mistrzostwo świata. Taki „marketing” lubię najbardziej, który wychodzi (nie dosłownie) poza ramy ekranowego medium. Levin ma łeb nie od parady.
          https://youtu.be/L_htchN_NBM?si=Iqn59CVAdwQyUfQM

          1. „(…) choć akurat „Beast” tekstem nawiązuje w punkt do Ameryki jaką przedstawia się w „Infinity”. Dlatego moim zdaniem trafia bardziej w sedno sensu z gry”
            A to jeśli patrzeć z tego punktu widzenia – rzeczywiście, racja.
            „znasz „A Modern Day Icarus?”. To jest dopiero mistrzostwo świata.”
            Mnóstwo, mnóstwo rozmaitych klipów przewaliłem tworząc ten wpis, ale tego nie widziałem. Świetny!

  3. Metodą eliminacji:
    Polecałem Ci Bastion i Citizen Sleeper. Obstawiam jedną z nich.
    Chained Echoes to gra inspirowana jRPG. Pamiętam, że FF7 nie porwało Cię, więc tej gry na pewno nie polecałem. Mimo wszystko warto spróbować, brak w niej głupot typowych dla japońskich gier.
    The House of Fata Morgana to bardzo długa visual novel, ostatnio pisałeś, że krótsze gry obecnie Cię interesują, więc odpada. Podstawka to około 35h czytania + dodatki, prequel i sequel to ponad 60h.
    Warto zapoznać się z soundtrackiem, moim zdaniem jest to najlepsza ścieżka dźwiękowa, którą słyszałem w grach.
    https://youtu.be/sqvjR_8leik?si=6CGSDqYEcBPR9Jme
    W Alana grałeś, o reszcie wspomniałeś.
    Bastion i CS to krótkie gry. Prawdopodobnie Sleepr, bo to bardziej świeży temat 😉

    Zapomniałem o cudownej grze, czyli Eastward. Świetny gameplay, bardzo dobre walki z bossami. Wspaniały soundtrack, piękny pixel-art. Niesamowita gromada NPC. John wraz z Sam wyrusza w podróż, dokładnie to uciekają przed miasmą, pochłaniającą wszystko na swojej drodze. Takie małe TLOU, z tym że John jest niemową. Jest świetnym kucharzem i walczy z woragami, używając swojej patelni.

    1. Nie dziwię się, że zawsze zgadywałeś moje zagadki. Bezbłędna dedukcja 🙂
      „Pamiętam, że FF7 nie porwało Cię”
      Nie porwało, fakt, ale Rebirth na pewno ogram. Raz, że jak już jakieś historie zacznę, to lubię je poznać w całości. Dwa; mimo wszystko FF7R miało świetną walkę. A trzy; ciekawy jestem słynnej sceny z Aerith (tak. Wiem, jaki jest los tej postaci). Swoją drogą – Aerith czy Aeris, bo nigdy nie wiem?
      „The House of Fata Morgana to bardzo długa visual novel, ostatnio pisałeś, że krótsze gry obecnie Cię interesują, więc odpada. Podstawka to około 35h czytania + dodatki, prequel i sequel to ponad 60h”
      Znowu trafne stwierdzenie. Wiesz co? Zrobiłem przymiarkę do tego tytułu, poczytałem trochę i (przynajmniej na ten moment) sobie daruję: przeważyła średnia liczba godzin przy opiniach, jakie ludzie zostawiają o niej na Steam. Zbyt duża. Tym bardziej, że pewne dłuższe gry i tak mnie czekają w najbliższej przyszłości. Nie chcę kolejnej, bo nie mam na nią czasu.
      I jeszcze to, o czym chciałem zagadnąć rano. Gdy kończyłem pisać ten tekst, naszła mnie pewna refleksja: często się mówi, że kiedyś gry były lepsze. I mam pytanie: faktycznie były, Twoim zdaniem, czy to zwykły efekt nostalgii i podświadoma tęsknota za starymi, beztroskimi czasami? Pytam, bo jak się nad tym dłużej zastanowiłem, to wcale już taki pewien nie jestem, że gry dawniej były znacznie lepsze niż dzisiejsze. I nie chodzi mi o grafikę, bo wiadomo jaki postęp się dokonał w tej dziedzinie. Chodzi o inne rzeczy. Może to my się zmieniliśmy i inaczej postrzegaliśmy gry kiedyś, a inaczej teraz?

      1. Aerith, nie lubiłem jej, nie było mi smutno.
        Morgana sprawiła, że kilka razy płakałem, jak małe dziecko.

        Czy były lepsze? Dobre pytanie. Moim zdaniem tak i nie. Jest regres pod względem fizyki i interakcji. Gry skupiły się na opowiadaniu historii za pomocą przerywników filmowych, które są znacznie lepsze niż kiedyś. Nie lubię wracać do starych i tego nie robię, z drugiej strony zachwycam się Triangle Strategy i Chained Echoes, które są wzorowane na klasykach gatunku jRPG i sRPG. Uważam, że połączenie starego z nowym jest dla mnie najlepsze. Współczesne gry pod względem gameplayu są ograniczone, ale lepiej opowiadają historię i są przede wszystkim bardziej przystępne. Cenię sobie tę przystępność.
        Dla mnie nowe gry są lepsze, jednak obecnie brakuje wybitnych gier.
        Gram głównie w indyki, bo one mają wszystko to co lubię w grach, czyli świetny gameplay, styl artystyczny I czasem bardzo dobrą fabułę. Indyki ratują branże, bez nich grałbym w stare gry.

        1. „Aerith, nie lubiłem jej, nie było mi smutno”
          Okrutny jesteś 😉
          „Czy były lepsze? (…) Moim zdaniem tak i nie”.
          W sumie to odpowiedziałbym identycznie. Z jednej strony kiedyś dało się zrobić świetne produkcje w rok czy dwa, z drugiej – chyba bym się już nie cofnął do tamtych czasów. Dużo jest zjawisk, które mnie w tej branży wkurzają; to prawda. Ale mimo to, w temacie rozrywki czy hobby, to właśnie to medium jest niezmiennie moim ulubionym. Trzeba tylko wnikliwie je eksplorować i wynajdywać perełki, które idealnie wpiszą się w nasze gusta/oczekiwania.

          1. Głupia była, nie lubię głupich dziewczyn;)
            Niestety segment AAA to strefa komfortu, zero ryzyka. Ciągle te same gry, tylko inne numerki. Dlatego kupiłem Switcha, tam też są „te same gry”, z tym że każda jest inna. Platformówka 2D, 3D, RPG, gra taktyczna, wyścigi, bijatyka i te wszystkie gry mają w nazwie Mario. Nawet w ramach jednej marki można zachować różnorodność gatunkową, wystarczy chcieć.
            Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ekscytowałem się grą AAA, prawdopodobnie był to Elden Ring, ale zaraz po uruchomieniu gry zapał zgasł. Na Citizen Sleeper 2 nie mogłem się doczekać, po skończeniu wróciłem do DLC do pierwszej części i teraz mi smutno, że to koniec.

            Odnośnie stare-nowe gry. Obecnie gram w Tactics Ogre Reborn, remaster gry z dawnych czasów, tych lepszych. Nie dostrzegam w tej grze nic co sprawi, że będę o niej pamiętał za kilkadziesiąt lat, a ta gra jest wręcz kultowa dla wielu graczy. Podobnie mam z Silent Hill 2, bardzo dobra gra nic więcej, ale ja nie mam gustu, bo mi się Starfield podobał.

            1. „Głupia była, nie lubię głupich dziewczyn;)”
              Dobra, przyjąłem do wiadomości. Tego tematu dalej nie ciągnę 🙂
              „Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ekscytowałem się grą AAA”
              Bo zapomniałeś o Alan Wake 2. Miałem do niego pewne obiekcje, owszem, ale to świetny tytuł przecież. Sam mi poleciłeś, do spółki z drugim gościem 😉
              Sprawdzę coś z ciekawości. Robię rzut oka na moją steamową wishlistę, przy czym biorę pod uwagę wyłącznie gry, które nie miały jeszcze premiery, a nie te już wydane: Judas (wiem; pamiętam co o nim pisałeś i szanuję to, ale muszę wymienić go na pierwszym miejscu, bo na nic tak nie czekam. Już 10 lat), Echoes of the Living, Clockwork Revolution, Tormented Souls 2, Reanimal, Hela. I pecetowe Stellar Blade, które na pewno kiedyś ogram, ale mój zapał ostygł znacznie. Głównie przez Twoją opinię 🙂 Tytułem AAA jest… żaden z nich? Nie no, serio: czym będzie Judas i Clockwork do końca nie wiadomo. Niekoniecznie muszą reprezentować najwyższy segment budżetu. O tym, czy zasadne jest kwalifikowanie Stellar Blade do AAA, powiedz mi Ty. Są dwa tytuły (ich premiery wkrótce), które kupiłem przedpremierowo u Gabena: nie powiem jakie, bo na pewno będę chciał napisać o nich blogi, ale to są raczej gry AA (inna sprawa, że jedna z nich czaruje na trailerach obłędną grafiką. A co do drugiej, to tak serio jeszcze jej nie kupiłem, ale to tylko dlatego że wciąż po prostu nie ma takiej opcji, i gdy tylko się ona pojawi, to natychmiast to zrobię). Z zapowiedzianych, ale nieobecnych póki co na Steam, interesuje mnie ten polski The Blood of Dawnwalker (wiesz co jest zabawne? Ja już nawet wiem, jakiej piosenki tekst wykorzystam w poświęconych mu impresjach. Wiem to po samym zwiastunie i to się raczej nie zmieni, choćby premiera była dopiero za kilka lat). Z hipotetycznych, oficjalnie niezapowiedzianych to na pewno Horizon 3 (mam słabość do Aloy; nie poradzę nic). No i jeszcze Wiedźmin 4 gdzieś tam majaczy, ale powiem Ci, że ja mam z growym wiedźminem trudną relację: za bardzo kocham tego książkowego. Podsumowując: w temacie AAA chyba się bardzo nie różnimy. Dla mnie też nie jest to najważniejszy segment gier.
              „ale ja nie mam gustu, bo mi się Starfield podobał”
              Nie bądź taki skromny, gdyż jeśli chodzi o ludzi poznanych w sieci i moje respektowanie ich opinii o danych grach, to w zasadzie mam Cię za guru xD
              A co do Starfielda to w niego grać nie będę, ale ja nie lubię erpegów Bethesdy. Niektórzy tak – no i spoko.

              1. Moim SB nie jest grą wartą 339 zł, biorąc pod uwagę jakość wykonania. Gameplay był świetny, ale fabuła, dialogi i postacie bardzo przeciętne. Graficznie tylko przyzwoicie, muzyka czasem mnie męczyła. Ogółem świetnie bawiłem.
                Trochę źle się wyraziłem odnośnie ekscytacji. Miałem na myśli wyczekiwane z dużymi nadziejami. Alana kupiłem, zainstalowałem i się zachwyciłem, ale jakoś specjalnie nie czekałem na niego.
                Tej gry z ładną grafiką nie odgadnę, ostatnio coraz rzadziej śledzę rynek gier. Wolę grać. Ostatnio widziałem zapowiedź Cabernet i spodobał mi się styl graficzny, muszę zgłębić temat.
                O Tormented Souls zapomniałem, ale dziś sobie przypomniałem, nawet miałem wspomnieć, ale mnie uprzedziłeś 😉 kolejna nowa gra w starej formule, która jest znacznie lepsza niż nowe gry AAA. Sprawdź Visage, świetny horror jedyny, w który bałem się grać.

                1. „Trochę źle się wyraziłem odnośnie ekscytacji. Miałem na myśli wyczekiwane z dużymi nadziejami.”
                  Czyli miałeś na myśli tak zwany hajp. Wiem; niezbyt to mądre, ale jest kilka gier na które czekam z ekscytacją (z Judasem na czele). I pewnie przynajmniej niektóre z nich okażą się rozczarowaniem. Życie.
                  „Sprawdź Visage”
                  Sprawdziłem. Poszło na listę. Dzięki po raz kolejny.

                2. Widać napracowanko! Konkretna lista i trzy tytuły w które sam nie grałem. Zacnie to wygląda muszę przyznać. Co do LiS to chyba nie ma takiej drugiej gry z tak cudownym soundtrackiem. O ile historia ma swoje lepsze i gorsze momenty, tak muzyka trzyma poziom i tym za pierwszym razem właśnie mnie urzekła.

                  1. „trzy tytuły w które sam nie grałem”
                    Można wiedzieć jakie? 😉
                    „Co do LiS to chyba nie ma takiej drugiej gry z tak cudownym soundtrackiem”
                    Fenomenalna ścieżka. Także dlatego, że w zasadzie tego gatunku rocka (indie) nie słucham, a mimo to kompozycje z LiS urzekły mnie od razu. I są ze mną już 9 lat.

      2. Bastion, rewelacja! Od siebie dorzucę Transistor, którego kończyłem już chyba trzykrotnie. To są świetne gry — zresztą to samo studio. Supergiant Games ma w sobie to coś, choć sam np. takiego Hades nie ruszyłem 😀

        1. Mam nadzieję, że Gonzi zapisał już na swojej liście Transistor, bo mu polecałem.
          Polecam Pyre, ciekawa historia i oryginalny gamepaly.
          Wariacja na temat kosza 3vs3.
          Cenię te studio ponieważ każda ich gra jest inna, Hades 2 to ich pierwszy sequel.
          Grałem trochę w Hadesa, mam zamiar wrócić, ale będę grał na łatwym poziomie trudności. Dwójkę kupię, gdy ukażę się na konsolach.

          1. „Mam nadzieję, że Gonzi zapisał już na swojej liście Transistor, bo mu polecałem.”
            Przepraszam, ale zrobiłem to dopiero teraz: nie nadążam chyba ze sprawdzaniem i dodawaniem tych Waszych wszystkich polecajek. Z odpisywaniem na komentarze też zaczynam nie nadążać 😉

              1. Wiesz, już sama muza ze zwiastunów zamieszczonych na Steamie brzmi spoko. Właśnie słucham (na YT, bo Spotify nie używam).

        2. „Bastion, rewelacja! Od siebie dorzucę Transistor, którego kończyłem już chyba trzykrotnie”
          No ciekawe tytuły podrzucacie. W żaden od tego studia nie grałem (łącznie z głośnym Hadesem); może faktycznie trzeba będzie w końcu spróbować.

  4. Prawie sam mainstream;)
    Z ww. na swojej liście mam:
    pierwszego Bioshocka, Dragon Age, Red Dead Redemption 2 oraz NieR: Automata.
    Deus Ex też znajduje się na długiej liście. Oryginału nie znam, ale te dwie „nowe” części bardzo mi się podobały.
    Poza RDR2 na liście jest też RDR.
    TLOU podobnie, jak DE jest na długiej liście. Disco Elysium znajduje się na krótkiej liście;)

    Nie licząc ww. kilka moich ulubionych gier.
    Chained Echoes
    The House in Fata Morgana
    Paranormasight
    Citizen Sleeper 1 & 2
    Bloodborne
    NieR: Replicant
    Alan Wake II
    Bastion.
    Na tym się zatrzymam.

    Okabe stworzył świetny soundtrack, jednak OST z Replicanta bardziej mi się podoba.
    https://youtu.be/FP4duz43t_A?si=jy2qMPjEOMDeV7tc

    1. „Prawie sam mainstream;)”
      Czekaj, czekaj. Blog poświęcony wyłącznie indykom mam w planach. W ogóle, kilka wpisów mam w planach w tym roku. Oby z ich finalizacją nie zeszło tyle, co z tym powyższym. Ale faktycznie, biję się w pierś: chociaż wspomnieć mogłem o Limbo i Inside, bo obie świetne i wielkie wrażenie na mnie zrobiły. Z tytułów które wymieniasz na pewno ogram RDR i Replicant (i wtedy wypowiem się, który soundtrack lepszy), jak je w końcu kupię, oraz jeszcze jedną, już zakupioną grę. Nie zdradzę jaką, bo będą z niej w swoim czasie impresje 😉 Bloodborne’a zazdroszczę i jego nie ogram na pewno: jedyna gra FromSofware, która mnie interesuje i akurat jej nie ma na PC.
      Spadam do roboty, odezwę się wieczorem. Jest jedna myśl, którą chcę rozwinąć, ale nie mam teraz na to czasu. Narka.

    2. Masssywny blog, nie ma co:). Stosując się do zaleceń wizualno/odsłuchowych jestem dopiero po RDR2.
      Dla mnie również jest to ścisła topka. Pamiętam, że w 2018 roku ukończeniu pomyślałem sobie, że w tym momencie w wielu aspektach wysokobudżetowy gamedev doszedł do ściany. Minęło 7 lat i wciąż tak uważam.
      „Wykorzystana w nim muzyka to Hurt w wykonaniu Johnny’ego Casha. Ilekroć go słucham, nie mogę uwierzyć, że to nie Cash jest jego oryginalnym autorem, a Trent Reznor z Nine Inch Nails.”
      To jest dobry trop. Na jakieś gali Reznor stwierdził, że Hurt to już nie jest jego utwór tylko Casha. Nie pamiętam czy jeszcze żył. Próbowałem znaleźć ba youtubie, ale bez skutku.
      Cover Casha razdm z obrazem to mój ulubiony teledysk ever. Wyjątkowo osobista rzecz, nie mogę puszczać po pijaku, bo od razu włącza mi się tryb na smutno.
      Pięknie wygrzebałeś ten klip. Czapki z głów dla montażysty. Nie ma utworu, który pasowałby lepiej.

      Narazie tyle. A Plague Tale Requiem nastapene w kolejce. Przyznam, że jedynka mnie jakoś szczególnie nie porwała, ale skoro dwójka znalazła się wśród Twoich ulubionych pozycji, to jest to mocny argument, żeby się za nią zabrać na poważnie, bo polizałem raptem przez godzinkę;].

      1. „Pamiętam, że w 2018 roku (…) pomyślałem sobie, że w tym momencie w wielu aspektach wysokobudżetowy gamedev doszedł do ściany. Minęło 7 lat i wciąż tak uważam”.
        Ja kończyłem RDR2 trzy lata później po Tobie, w 2021. Z wielkimi nadziejami i myślą, jak wielkie dzieło wydał wysokobudżetowy gamedev. Że to początek trendu, który przyniesie wiele takich arcydzieł. Minęło 4 lata i już tak nie uważam…
        „Na jakieś gali Reznor stwierdził, że Hurt to już nie jest jego utwór tylko Casha”
        Ja gdzieś wyczytałem (nie pamiętam gdzie), że Reznor początkowo był bardzo przeciwny temu, by Cash coverował ten utwór. A później, po fakcie – dziękował mu za tę wersję.
        „Wyjątkowo osobista rzecz, nie mogę puszczać po pijaku, bo od razu włącza mi się tryb na smutno”
        O ile uwielbiam doświadczać muzy pod wpływem, to są 2-3 numery, których nie słucham wtedy z równą bezwzględnością, co głosu rozsądku mówiącego, że pasowałoby już przestać pić.

        Długo czekałeś na ten wpis (NiNaNa też, ale z innego powodu) . Miłego czytania/oglądania oraz – przede wszystkim – słuchania 🙂

        1. Super przeczytać, że soundtrack z Human Revolution tak doceniony. Moim zdaniem wybitna rzecz. Ten z Mankind Divided tak samo świetny. Oba zawsze przychodzą mi do głowy w ramach porównania (w pewnych momentach) do twórczości Ludviga Forssella (Death Stranding 2 i MGSV).

          Co do muzyki z Life is Strange już się kiedyś u Ciebie wypowiadałem. Idealnie komponuje się z grą. Tylko tyle i aż tyle imho. Tak jak wcześniej pełna zgoda co do Mogwai; świeci najjaśniej.

          Obecność Days Gone wcale mnie nie dziwi. Grałem jak większość w czasie pandemii i te koparki w środku lasu z dołami wypełnionymi workami na ciała robiły na mnie piorunujące wrażenie. Czuć było ten świat i czuć było Motör. Muzyki szczerze mówiąc nie pamiętam;)

          1. „Super przeczytać, że soundtrack z Human Revolution tak doceniony. Moim zdaniem wybitna rzecz.”
            Moim też. Nawet podkład z menu głównego robi robotę:
            https://www.youtube.com/watch?v=hOHzm1G6eEk

            „Co do muzyki z Life is Strange już się kiedyś u Ciebie wypowiadałem. Idealnie komponuje się z grą. Tylko tyle i aż tyle imho. Tak jak wcześniej pełna zgoda co do Mogwai; świeci najjaśniej.”
            Pamiętam jak najbardziej. I w pełni szanując Twe zdanie – wciąż jej (muzy z LiS) słucham 😉

            „Obecność Days Gone wcale mnie nie dziwi. Grałem jak większość w czasie pandemii i te koparki w środku lasu z dołami wypełnionymi workami na ciała robiły na mnie piorunujące wrażenie. Czuć było ten świat i czuć było Motör.”
            Klimatem ta gra po prostu miażdży. No ja pierniczę – pod tym względem ścisła topka.
            „Muzyki szczerze mówiąc nie pamiętam;)”
            I ja również. W pamięci zapadły mi dwa numery: ten przytoczony w tekście oraz
            https://www.youtube.com/watch?v=nYpGK7c1mh4

            1. Na płytach mam tylko ost z Automaty i Replicanta. Są oczywiście takie, które lubię równie mocno, ale nie sprawdzają się z cedeków, bo więcej jest skipowania niż faktycznego słuchania (hmm gdzieś to już chyba pisałem). W tych dwóch nic skipować nie trzeba.

              No i jest Santaolalla. Tu mi się nawet nie chce rozpisywać. Dość powiedzieć, że trzech kolejnych wybitnych filmach pana Inarritu zaczynając od debiutu za muzykę odpowiada pan Gustavo.

              Do „Take on Me”mam specjalny stosunek. Kocham, kocham i jeszcze raz kocham. Kto by nie coverował to kocham. W MGSV przez 3/4 czasu gry ustawiony miałem właśnie ten utwór gdy wzywałem helikopter, a że nawaliłem tam prawie 300h to… ten tego;).
              Swoją drogą dla fana ejtisów nieoryginalny ost z piątego Metala to coś wspaniałego. Nie wspominam o tym bez powodu, bo wykonanie coveru A-ha przez Ellie, to ta sama najwyższa możliwa półka idealnego zgrania na każdym polu (obraz, fabuła, emocje itd. itd.) co końcówka Phantom Pain przy coverze Bowiego „The Man Who Sold The World” w wykonaniu Midge Ure.

              A soundtracku z Infinite nadal nie przesłuchałem. Na spotim nie było i wygrało lenistwo:/

              Grazie mille za tego bloga Kolego🤌Doczekałem się;]. Pozdrawiam\m/

              1. „No i jest Santaolalla. Tu mi się nawet nie chce rozpisywać. Dość powiedzieć, że trzech kolejnych wybitnych filmach pana Inarritu zaczynając od debiutu za muzykę odpowiada pan Gustavo”
                Co do Inarritu to oglądałem tylko dwa jego filmy: „21 gramów” i „Babel”. Oba zrobiły na mnie wielkie wrażenie. A Santaolalla? Dla mnie przede wszystkim zaznaczył się w głośnym i cholernie smutnym filmie z nieodżałowanym Heathem Ledgerem:
                https://www.youtube.com/watch?v=Y5FYs70kZGQ

                „Do Take on Me mam specjalny stosunek”
                Cudowny utwór. Wersji Ellie słuchałem setki razy, a jeśli chodzi o inne, najbardziej rozwala mnie ta:
                https://www.youtube.com/watch?v=-xKM3mGt2pE

                „(…) The Man Who Sold The World w wykonaniu Midge Ure”
                A ten numer trafia do mnie w wykonaniu kogoś innego (znowu unplugged):
                https://www.youtube.com/watch?v=fregObNcHC8

                „A soundtracku z Infinite nadal nie przesłuchałem”
                Spoko; nie chodziło mi o to, że to jakaś topka growych ścieżek muzycznych. Po prostu za godne odnotowania uważam te aranżacje znanych kawałków, stylizowane na początek XX wieku. W tym sensie ten OST to świetna rzecz.

                1. O tej wersji Take on Me bez prądu nie słyszałem.
                  A wykonanie Cobaina oczywiście genialne (cały album genialny, obok Alice In Chains i Kultu jak dla mnie najlepszy unplugged) ale do gry Metala by raczej nie pasowało;)

Skomentuj NiNaNa Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *