Przejdź do treści

W cieniu deszczu – impresje z Metal Gear Solid V: Ground Zeroes

Ten numer. Natychmiast wpadł mi w ucho. W sumie nic dziwnego, skoro skomponował go – jak wyczytałem przed chwilą – genialny Ennio Morricone. Nie chodzi jednak tylko o melodię, ale i o głos kobiety, która śpiewa tę piosnkę. Kojarzę jej wokal; dałbym sobie głowę uciąć, że już go gdzieś słyszałem. Jakiś jej inny, dobrze mi znany i lubiany utwór. Mówię: sprawdzam. Biorę do ręki telefon i odpalam przeglądarkę. Wpisuję hasło „Joan Baez” i… nic. Pustka. Ślepy zaułek. Brak dalszych tropów. Zaskoczenie. Następne ma miejsce wtedy, gdy pojawia się główny bohater gry, Snake, oraz nazwisko aktora dubbingującego go. Kiefer Sutherland. Ciekawe. Mam wrażenie, iż oprócz głosu udzielił on wirtualnej postaci także swej twarzy. Tymczasem inauguracyjna cutscenka dobiega końca, a jej długość mogłaby stanowić lekkie zdziwko dla kogoś, kto nigdy nie zetknął się z grą Kojimy. Ja – mając za sobą kilkugodzinne (póki co) doświadczenie z Death Stranding – byłem przygotowany. Jeśli Disco Elysium nie jest dla takich, którzy nie lubią czytać, to produkcje Japończyka nie podejdą chyba tym, co nie przepadają za przerywnikami filmowymi. No dobra, sprawdźmy zatem, jak się w to gra.

Aha, więc tak. Jedno wiem już po paru minutach: na padzie sobie nie pogramy. Nie działają odpowiedzialne za obrót kamery gałki analogowe. Nie pierwszy raz przytrafia mi się coś takiego. Miałem tak choćby przy ogrywaniu BloodRayne 2: Terminal Cut. Z tego powodu do tej pory nie przeszedłem Prey od Arkane Studios. Czasem coś nie bangla, jak powinno, i nie mam pojęcia, jak to naprawić. Cóż, trudno. Pozostaje tradycyjny pecetowy sposób sterowania. W końcu to challenge. Nikt nie mówił, że będzie prosto i przyjemnie. Nikt nie mówił, że będzie wygodnie.

Typ, który udzielił mi instrukcji przez radio, powiedział, że celem misji jest infiltracja obozu, aby odnaleźć i odbić dwójkę więźniów – chłopaka i dziewczynę. Sugerował, że lepiej działać po cichu. Tę wskazówkę akurat mógł sobie darować. Od początku założenie miałem takie, żeby nie używać broni palnej (chyba że w ostateczności). Ot, takie moje własne prywatne wyzwanie. A tak w ogóle strzelanie w skradance to fuszerka; opcja dobra dla wygodnisiów. Poza tym tutaj jest niepraktyczne. Po co zabijać na odległość, jak można się zakraść, obezwładnić, przesłuchać i zdobyć dzięki temu cenne informacje? Gra mocno zachęca do przebywania w ukryciu, umożliwiając czołganie się, wspinanie na przeszkody, przenoszenie ogłuszonych/uśmierconych wrogów czy oznaczanie ich za pomocą lornetki (fajnie, że nie potrzeba do tego orła). Albo na poznanie ich pozycji za pomocą reflektorów umieszczonych na wieżach strażniczych; po wejściu na nie i po wyeliminowaniu wartownika można porozglądać się po okolicy, kierując snopem sztucznego światła. Światło. Przeczytałem coś kiedyś i wbiło mi się to w głowę. Słowa brzmiały: „Tańcz w rytm napięcia światła będącego na krawędzi”. Bełkot? Być może, ale ja do tej pory doszukuję się w tym sensu. Mam po prostu taką tendencję. To chyba ma nawet swoją nazwę. Apofenia, bodajże.

Tymczasem dotarłem do części obozu pełniącej funkcję więzienia. Doszedłem tam całkowitym przypadkiem, nie patrząc na mapę, a jedynie swobodnie ją eksplorując. To znaczy pragnę coś uściślić: wydaje mi się, że stało się to przypadkowo. Bo są tacy, którzy nie uznają zbiegu okoliczności za siłę sprawczą. Twierdzą, że wszystko ma sens i nic nie dzieje się bez przyczyny. We wszystkim znajduje się dusza. Nawet w martwych przedmiotach. Weźmy na przykład samochody. Solidne i metalowe. Czy mają one duszę? Jak wiele jest wypadków? Jak wielu ludzi odbywa swą ostatnią w życiu podróż w samochodzie? Ale czy to znaczy, że zasadne jest twierdzenie, iż auto ulegające kolizji/kasacji też odbywa swą ostatnią podróż w życiu? Znam takich, którzy by się pod tym podpisali, choć przyznam, że dla mnie brzmi to trochę creepy; gdy słyszę o pojazdach, w których tli się „życie”, przychodzi mi na myśl nawiedzony kombajn z pierwszego Alana Wake’a (szkoda, że nie był to Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach). Miotało nim jak szatan. I dobrze, że nastąpił koniec jego nienaturalnego bytu.

Właśnie – koniec. I początek. Początek i koniec. Są tacy, którzy uważają, że to jedno i to samo. Jaki będzie koniec? Tego nie wiemy. A co było na początku? Zależy, kogo zapytać. Jedni twierdzili, że na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Inni, że na początku był Chaos. Ci drudzy to Grecy, bodajże. Ale czy chaos może być pojmowany jako coś dobrego, czy zawsze musi być rozumiany negatywnie? Byli tacy, którzy w chaosie dopatrywali się doskonałego porządku. Również z greckiego pochodzi termin oznaczający dosłownie „bez władcy” lub „bez rządów”. To w odniesieniu do niego powstała nazwa koncepcji filozoficznej (a jednocześnie doktryny, ideologii i ruchu społecznego) zakładającej konieczność zniesienia wszelkich rządów oraz aparatu władzy. Idącej w tym tak daleko, że niewahającej się podważyć nawet władzy boskiej. Przypomina mi się tak zwany odwrócony aforyzm Woltera; osiemnastowieczny myśliciel francuski Voltaire napisał, że „Gdyby Bóg nie istniał, należałoby go wymyślić”. Anarchiści tę frazę przekształcili w twierdzenie, że „Gdyby Bóg rzeczywiście istniał, należałoby sprawić, aby przestał istnieć”. Przytoczę w tym kontekście także jedno zabawne zdanie. Przeczytałem je kiedyś i wbiło mi się w głowę. Słowa brzmiały: „Bóg Ojciec wybacza, Matka Anarchia nigdy”.

Za pomocą reflektorów można nie tylko namierzać wrogów, ale i innych. Tak odkryłem lokalizację pierwszego celu. Niejaki Chico. Ponoć znajomy Snake’a. Gdy otworzyłem celę, w której siedział, wcale nie ucieszył się z perspektywy możliwego ratunku, a wpadł w panikę. Coś tu nie grało. Zrobili mu pranie mózgu? Syndrom stresu pourazowego? A może go naćpali? Ciekawe czym? Przychodzą mi na myśl specjaliści utrzymujący, że od heroiny gorszy jest etanol, oraz wysokofunkcjonujący alkoholicy, którzy słowa te skwitują pobłażliwym uśmiechem i popukaniem się w czoło. Jak by nie było, chłopak robił za dużo rumoru; pozostało go ogłuszyć i przenieść na miejsce ewakuacji. W tym momencie pomyślałem, że gdy przetransportuję go do helikoptera, zapewne fabuła jakoś ruszy do przodu. Rozejrzałem się wokół. W sumie – czemu nie? Najpierw oni, Chico ostatni. Wyniosłem z obozu wszystkich więźniów. I cyk, dobry uczynek spełniony. Plus sto do fejmu. Zapytacie, dlaczego to zrobiłem? Niektórzy dowodzą, że każdy – absolutnie każdy – ludzki czyn ma zawsze taką samą pobudkę: egoistyczną. Nawet najbardziej ofiarny, miłosierny, wielkoduszny, wspaniałomyślny. Postępując szlachetnie, w istocie czynimy tak, by poczuć się lepiej; dowartościowujemy się. Czy to mnie motywowało w tej sytuacji? Nie wiem. Może po prostu zrobiłem tak z niewiedzy? No bo nie wiem, jakim gościem jest Snake; nie znam go. Może to tak naprawdę Samarytanin Snake? Tak jak Ground Zeroes stanowi prequel do The Phantom Pain, tak dla mnie jest on wprowadzeniem do świata MGS, pierwszym krokiem. Wstępem. Preludium. Prologiem. Inauguracją. Inicjacją. Inspiracją. Błąd – ślepy zaułek. Albo niech będzie, idźmy teraz w tę stronę; ciekawy jestem, skąd czerpie inspiracje taki Kojima. Nie mam pojęcia. Wiem za to, skąd sam je biorę. Z rzeczywistości. Mówię: obserwujcie rzeczywistość. Ona nieustannie przemawia i daje znaki. Inspiruje. Podsuwa impresje. Czym jest impresja?

Pierwszy cel uratowany. Pozostał jeszcze jeden. Dziewczyna imieniem Paz. Przez chwilę miałem dylemat, czy nie porozglądać się po obozie, nie odkryć jego sekretów. Zaniechałem tego jednak. Przeczytałem coś kiedyś i wbiło mi się to do głowy. Słowa brzmiały: „Kobieta musi pachnieć czekaniem”. Zastanawiałem się czy autor tego zdania miał rację, czy też miał ją ten, który powiedział, że nie można pozwolić damie czekać. W obecnej sytuacji bardziej skłaniałem się ku drugiej opcji. Ruszyłem na poszukiwania. I odnalazłem ją zaskakująco szybko. Znowu jakby przypadkiem. Wyglądała jak ktoś, kto, jeśli w ogóle na coś czeka – to już tylko na śmierć. I nie chcecie wiedzieć, czym pachnie ktoś taki. Wyniosłem ją z budynku, ukryłem w bezpiecznym miejscu, zająłem się pobliskimi strażnikami i wezwałem helikopter po raz drugi.

Impresja jest skojarzeniem.

Ten numer. Nie daje mi spokoju. Zrobiłem mały research na jego temat. O historii jego powstania. O tym, komu jest poświęcony i kogo upamiętnia. Ciekawy wybór, panie Kojima. Osobliwa inspiracja, rzekłbym.

Nie wiemy, jaki będzie koniec. Ale nikt nie zasługuje na taki, jaki spotkał ją. Rozumiem teraz, co miał na myśli tajemniczy typ, gdy w otwierającej cutscence powiedział, że „Koń trojański jest na miejscu” (ach, znowu ci Grecy). Mimo wszystko: nie złamali jej. Nie mieli nad nią władzy. Finalnie decydowała sama o sobie. Końcowy, ostateczny moment należał do niej. Ta agonia była jej triumfem. Zamach się nie powiódł. Jej ostatnia podróż miała sens. Nawet jeśli zrobiła to wyłącznie dla siebie. Życie nie przestaje zaskakiwać. Nieustannie rzuca wyzwania. Stawia przeszkody, które musimy pokonywać. Czasem kruche, a czasem solidne czy metalowe.




Wpis dedykuję Voievodzie: dzięki niemu mogłem podjąć się wyzwania i napisać tekst inny niż zwykle; pozbawione grama recenzji czy eseju najprawdziwsze, przedestylowane, stężone, stuprocentowo czyste impresje. Użyte screeny są mojego autorstwa. Do następnego.

Tagi:

7 komentarzy do “W cieniu deszczu – impresje z Metal Gear Solid V: Ground Zeroes”

  1. Cześć Gonzi 🙂
    Fajnie, że liznąłeś jednej z moją ulubionych serii gier. Ground Zeroes jest fantastycznym prologiem do The Phantom Pain, ale jeszcze lepszym uzupełnieniem i domknięciem historii z Peace Walkera. Dopiero znając historię z PW, jesteś w stanie docenić dramaturgię w jakiej upada baza MSF. Baza matka, którą budowaliśmy i zaludnialiśmy długimi godzinami. Tutaj tylko ogień, destrukcja, śmierć. Może kiedyś… Tak jak Voievoda napisał, od dupy strony, ale dobrze, że sprawdziłeś czym się to je. Tekst mocno nietypowy, ale takie też dobrze się czyta. Pozdrawiam!

    1. O kurde – dzięki za odwiedziny i komentarz 🙂 Zaskoczyłeś mnie, nie powiem. I jest to rodzaj niespodzianki, który należy do tych przyjemnych.
      A co do MGS: temat faktycznie ledwo liznąłem, lecz szczerze stwierdzam, że grało się spoko. Czy chciałbym więcej? Pewnie, ale długość The Phantom Pain trochę mnie odstrasza. Z drugiej strony – niczego w życiu nie należy wykluczać. A obawy należy przezwyciężać, więc kto wie? Może kiedyś… Pozdrawiam mocno!

  2. Ajajajaj ale kibel z tym padem. To właśnie było 50% istoty tego czelendżu- responsywność postaci w grze sprzed ponad 10 lat na jedynym z najlepszych autorskich silników 🙁 a tak miałeś zero jedynkowo. No trudno. Grunt że liźnięte.
    Chronologicznie jest to trzecia część, więc z fabuły wycisnąłeś tyle ile było to możliwe, czyli Paz. Bez backstory, ale całkiem trafnie.
    Muzyka przypadkowa nie była. Zarówno w GZ jak i TPP nieoryginalny soundtrack dobierano z uwzględnieniem warstwy lirycznej.

    Ok. Cxyli można powiedzieć, że w MGSa grałeś;). Od dupy strony, ale uważam, że i tak była to najlepsza możliwa opcja zapoznania się (nowocześniejsza i króciutka, żeby nie zmęczyć w razie W).
    Z całym moim uwielbieniem dla Snake Eatera – jeśli nie grałeś w okolicach premiery, to „uDelcenie” nic tu nie wskóra. Sterowanie jest archaiczne i drewniane. Ja to drewienko lubię, ale w moim przypadku gra nie zdążyła się zestarzeć, bo w miarę regularnie wracam co jakiś czas tak samo jak do starych Tombów.

    No dobra. Czelendż completed;]. Mam nadzieje, że nie było jakoś strasznie.
    W wolnej chwili bardzo polecam odpalić na youtubie prolog do The Phantom Pain – moim zdaniem jeden z najlepszych growych prologów.

    Czas na Mouthwashing. Widziałem, że jest aktualnie w promocji do piątego.

    🤘🤘🤘🤘

      1. „No dobra. Czelendż completed;]. Mam nadzieje, że nie było jakoś strasznie.”
        Absolutnie spoko. Mechaniki bardzo przydatne. Czuć, że to rasowa skradanka, a nie tylko pseudo. Technicznie mega stabilna (żadnych bugów czy gliczy). No i z rzeczy mniej ważnych; zestarzała się zacnie. Grafika jak najbardziej w porządku. Tylko ten pad…
        Myśl nad kolejnym challengem (na 2026 rok). Jak mi go odpowiednio szybko przedstawisz (na przykład pierwszego stycznia), to śmiało możesz wybrać znacznie dłuższą grę.
        „Czas na Mouthwashing. Widziałem, że jest aktualnie w promocji do piątego.”
        A ja bym się na Twoim miejscu wstrzymał. Przed końcem roku jeszcze dwie wielkie wyprzedaże na Steam (listopadowa i świąteczna). Jeszcze może niżej zejść z ceny przed sylwestrem. To gra na cztery godziny. Zdążysz.
        „Byłbym zapomniał. Fajnie, że jednak zdecydowałeś się napisać impresje z GZ.”
        Naprawdę myślałeś, że tego nie zrobię? Nie było innej opcji. Od początku wiedziałem jednak, że to nie będzie standardowy tekst. Chciałem napisać coś specyficznego, dziwnego (jak gry Kojimy). Nie wiem, jak ten wpis zostanie odebrany przez innych, ale powiedzmy że ja… jestem z niego zadowolony 🙂
        Spadam użerać się z jednym takim Irlandczykiem pijusem 😀

        1. „Myśl nad kolejnym challengem (na 2026 rok). Jak mi go odpowiednio szybko przedstawisz (na przykład pierwszego stycznia), to śmiało możesz wybrać znacznie dłuższą grę.”
          Oj korci mnie pewien tytuł;). Pewnie wiesz, o który chodzi, ale jeszcze to poważnie przemyśle.
          „A ja bym się na Twoim miejscu wstrzymał. Przed końcem roku jeszcze dwie wielkie wyprzedaże na Steam (listopadowa i świąteczna).”
          Ok. Tak zrobię. Średnio się orientuję kiedy przypadają duże steamowe promocje. Jeśli śledzę jakiś tytuł, to po prostu przychodzi mi powiadomienie na maila.
          „Naprawdę myślałeś, że tego nie zrobię?”
          Sam pisałeś, że nie wiesz, czy wyjdą z tego Impresje, więc niewielka szansa, że nie jednak była;)
          „Od początku wiedziałem jednak, że to nie będzie standardowy tekst. Chciałem napisać coś specyficznego, dziwnego (jak gry Kojimy).”
          Moim zdaniem udało się aż za dobrze;)). Przeplatanie gameplayu rozkminami, niedokończone myśli, skojarzenia, puszczanie oczka i ciągnięcie za nogę- Kojimowy kociołek;). Oczywiście samochody rulez;]]. Po tym tekście myśle, że idealnie zrozumiałbyś moje zarzuty względem DS2;).👌👌👌. Mnie kupiłeś. Aż chciałoby się wrzucić mema „I see what you did there”;).
          „Spadam użerać się z jednym takim Irlandczykiem pijusem 😀”
          Nawet pamiętam który to;))

          Peace✌️✌️

          1. „Sam pisałeś, że nie wiesz, czy wyjdą z tego Impresje, więc niewielka szansa, że nie jednak była;)”
            Trochę naciągasz fakty 🙂 Odkopałem tamtą naszą korespondencję mailową i to, co Ci wtedy napisałem brzmi: „Nie wiem tylko, czy dam radę napisać sensowny tekst na podstawie dwugodzinnej gry, ale przynajmniej spróbuję”. Zdanie klucz. Bo o tym, że coś napiszę – wiedziałem od początku. Pierwotnie planowałem fanfik (tak jak w blogach o The Wolf Among Us i Alan Wake 2), ale z tego zrezygnowałem: nie znam uniwersum, a dwie godziny to za mało, żeby na ich podstawie stworzyć wiarygodnie zarysowane w tekście postacie (odnosi się do tego fragment: „Nie wiem. Może po prostu zrobiłem tak z niewiedzy? No bo nie wiem, jakim gościem jest Snake; nie znam go. Może to tak naprawdę Samarytanin Snake?”). Pomysł porzuciłem w obawie, że się tylko ośmieszę taką twórczością. Więc ostatecznie wyszło to, co wyszło. Czy ten powyższy wpis ma sens, czy to tylko zbiór przypadkowych myśli – niech każdy sobie indywidualnie ocenia. Dla mnie sens on ma.
            „Oczywiście samochody rulez”
            Nie dalej jak tydzień temu oddałem na złom auto. To był stary Volkswagen. Solidny i metalowy. I jak go tak klepnąłem w tylną klapę w podzięce za lata wiernej służby, kiedy patrzyłem jak odjeżdża na lawecie w swą ostatnią podróż – to mi się trochę smutno zrobiło. RIP jego duszy.
            „Mnie kupiłeś. Aż chciałoby się wrzucić mema „I see what you did there”
            👍
            „Nawet pamiętam który to;))”
            Zaczynam gościa lubić 🥂

Skomentuj Gonzi0807 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *