
Jak wiele popkulturowych tworów poległo z powodu nazbyt rozdmuchanych oczekiwań względem nich? Ileż to produkcji rozczarowało przez niemające pokrycia w rzeczywistości obiecanki cacanki ich twórców? Jak często lansowanie i kreowanie danej marki na hit przez krzykliwy marketing wydawców ostatecznie wychodziło im bokiem? Wreszcie: ile znam przykładów gier, będących wybitnym osiągnięciem i wizytówką danej platformy, które totalnie utraciły swój blask na innej, z powodu fatalnej jakości konwersji? Te i podobne pytania przewijały mi się przez głowę, gdy obserwując postęp trwającej kilkanaście minut kompilacji shaderów, oczekiwałem na pierwsze w życiu uruchomienie tytułu z serii Uncharted. I wiecie co? Finalnie okazało się, że w tym przypadku nie ma raczej mowy o żadnych przykrych niespodziankach, za to o jednym pozytywnym zaskoczeniu. Poza nim – cne Panie, szanowni Panowie – dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem.

Próbką tego, gdzie leży esencja U4, jest samo jego rozpoczęcie: zamiast dłuższej, wprowadzającej cutscenki gracz zostaje razem z bohaterem od razu wrzucony – dosłownie i w przenośni – na głęboką wodę, w wir akcji. Chwilę później zmienia się jej umiejscowienie oraz czas, a do sterowania łodzią i strzelania dochodzi parkour czy też elementy skradankowe. I ten gatunkowy miks, ta zmienność gameplayu, lokacji, a w niewielkim stopniu także linii czasowych będzie Waszym nieodłącznym towarzyszem już przez całą grę, której ukończenie zajęło mi 21 godzin (nie licząc dodatku).

Zacząłem od tematu rozgrywki nieprzypadkowo, bo ta stanowi clou gry; nim opiszę ją nieco dokładniej, słów kilka poświęcę jednak zarysowi fabuły i głównemu protagoniście. A jest nim Nathan Drake (przez bliskich zwany po prostu Nate). Najprościej byłoby go określić jako poszukiwacza skarbów, ale charakterystyka tej postaci zmienia się w zależności od sytuacji: podczas mordobicia inkarnuje on w Jean-Claude’a Van Damme’a, z kałachem w rękach blisko mu do Rambo czy innego Commando, a wisząc nad przepaścią w beznadziejnej – zdawałoby się – sytuacji, nie traci ani rezonu, ani werwy, niczym John McClane. Porównanie z filmami akcji nasuwa się samo, bo też Uncharted jest zrodzonym z łona branży gier dzieckiem mającym niejako dwóch ojców. Pierwszym jest kino sensacyjne, drugim – przygodowe: gra równie dobrze mogłaby mieć podtytuł Poszukiwacze zaginionej Libertalii, czuć tu dziedzictwo serii takich jak Indiana Jones czy Skarb Narodów i jeśli ktoś takie klimaty lubi (ja akurat lubię), to U4 zdecydowanie jest dla niego.

Właściwa oś fabularna zaczyna się na dobre w momencie gdy Nate – jak na ustatkowanego małżonka przystało – porzucił dawne, awanturnicze życie na rzecz bycia z ukochaną. Spokojny żywot nie trwa jednak zbyt długo. Kiedy zjawia się dawno niewidziany brat głównego bohatera ten, wiele nie myśląc, okłamuje żonę i rusza w świat, raz jeszcze dając się porwać przygodzie. Tych, którzy chcieliby go za ten czyn potępić, uprzedzam: Sam (tak się nazywa starszy brat) – jak twierdzi – w srogie popadł terminy, toteż decyzja protagonisty o tym, by ruszyć krewnemu z pomocą, wydaje się na wskroś słuszna, a więc nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Drake, i owszem, ma coś z drania, ale nie z zimnego, a bezczelnego i rozbrajającego, w tym pozytywnym sensie. To typ, którego cechują brawura, zuchwałość i pewność siebie doprowadzające do szewskiej pasji jego adwersarzy, a także specyficzny rodzaj szelmowskiego uroku, który przyciąga kobiety. Sama fabuła zaś prezentuje się po prostu spoko. Nie jest to z pewnością najbardziej ambitna opowieść w historii medium, ale wcale nie zakładałem, że taką będzie. Faktem jest jednak, że w paru momentach scenariusz nieco zaskakuje, np. motywacje niektórych postaci okazują się inne, niż pierwotnie mogłoby się wydawać. Doceniam także, iż – w przeciwieństwie do pokrewnego przecież Tomb Raidera – brak tu jakichkolwiek, mniej lub bardziej durnowatych wątków nadprzyrodzonych.

Główną zaletą gry jest (o czym już napomknąłem) nie opowieść, a rozgrywka. Jej trzonem jest rozwiązywanie zagadek środowiskowych i kombinowanie ze znalezieniem właściwej drogi naprzód. Ta nie zawsze jest oczywista. Mimo że elementy interaktywne (za które postać może chwycić) odróżniają się od reszty otoczenia, to i tak niejednokrotnie trzeba przystanąć i przemyśleć swój kolejny krok lub skok, o ile nie chce się uczynić niejakiej Eleny wdową (oczywiście tylko do momentu ponownego załadowania się gry): Drake nie dysponuje żadnym trybem detektywistycznym tudzież orlim wzrokiem, za to jego zręczność w pokonywaniu kolejnych przeszkód i umiejętności we wspinaniu się czynią go nielichym konkurentem dla zakapturzonych spadkobierców tajemnych kunsztów z twierdzy Alamut. Sztuka przemieszczania się po mapie to ta część gameplayu, która dała mi najwięcej frajdy (szczególnie dużo przyjemności czerpałem z beztroskiego huśtania się na linie), aczkolwiek paradoksalnie to z nią związany jest jedyny, mocno irytujący dla mnie moment Uncharted: na początku jednego z rozdziałów błądziłem bezsensownie z pół godziny, szukając przejścia. Na deszczu. Wilków jakichś co prawda nie było, ale spowodowana tropikalną burzą kiepska widoczność oraz ociężałość ruchów Nate’a (mająca uzasadnienie fabularne) wzbudziły we mnie podobny poziom frustracji i amoku, jak ten zaprezentowany przez Cezarego P. w scenie z pewnego filmu.

Lecz nie samym parkourem U4 stoi – jest tu także miejsce na mnóstwo walki, wręcz oraz bronią palną. Gra wykorzystuje system osłon terenowych, jak i stawia na charakterystyczny dla shooterów brak apteczek: gdy odniesiemy rany, wystarczy na chwilę skryć się przed ostrzałem, by postać odzyskała życie, co dodatkowo dynamizuje akcję i pcha ją do przodu. W wielu przypadkach da się wymiany ognia uniknąć zupełnie, skupiając się na zdejmowaniu przeciwników po cichu, co zresztą ułatwia ich niezbyt wysoka inteligencja. Skradanie wykorzystywałem nader często. Raz, że po prostu lubię taki styl gry, a dwa, że sterowałem padem z wyłączonym asystentem celowania (choć jestem do tego przyzwyczajony i radziłem sobie w ten sposób wielokrotnie w innych grach, to tutaj sprawa z jakiegoś powodu była dość trudna. Dlatego też niekiedy, gdy robiło się naprawdę gorąco, tj. gdy – niczym rój os – osaczali mnie wrogowie, po pomoc zwracałem się do niezawodnej w takich sytuacjach myszki. Jak trwoga, to do gryzonia). Do gameplayu na szczęście nie wkrada się monotonia, omija go podobne nim znużenie co w rozwleczonej końcówce The Last of Us Part II (albo w całej drugiej połowie God of War): strzelaniny, bijatyki, ucieczki, pościgi, kierowanie pojazdami, zagadki terenowe i logiczne – tam gdzie Drake, tam i draka, granda, afera, zadyma i demolka. Nudzić się nie sposób.

Znacie tego mema z małpą nosaczem? Tego z hasłem „Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził”? Otóż zamiast tej przesympatycznej bestyjki można by sportretować mnie, gdy na widok loga Iron Galaxy mina mi zrzedła i skwaśniała. Tak. Za pecetowy port U4 odpowiada to samo studio, które zasłynęło niegdyś fatalną komputerową wersją Batman: Arkham Knight, skandalicznie popsutą do tego stopnia, że aż wycofano ją na jakiś czas ze sprzedaży. To samo, które – jak internetowa wieść niesie – powtórzyło swój niechlubny wyczyn przy okazji windowsowego debiutu The Last of Us Part I (tak na marginesie: Sony, serio? Jak można było nie dopilnować takiego tytułu?!). Spodziewając się tutaj podobnego blamażu, będąc w dodatku osobą mającą totalnego świra na punkcie kultury pracy komputera i poboru prądu przez kartę graficzną, rozpocząłem Uncharted z włączonym DLSS-em. Wyłączyłem go po paru godzinach. A to dlatego, że Iron Galaxy postanowiło zrobić pecetowcom psikusa innego niż zwykle i… nie skrewiło. Serio. Wersja PC jest świetna, zdecydowanie bliżej jej pod względem technicznym do Days Gone niż do Horizon Zero Dawn. Napiszę w skrócie: rozdzielczość Full HD, ustawienia ultra, niezmienne 60 FPS. Klatkaż mężnie trzymał gardę i stał w miejscu jak zaklęty, będąc nieczułym na wahania nawet wtedy, gdy budowle waliły się w gruzy, a uciekający przed armią najemników Sam odstawiał na motorze akrobacje, których nie powstydziliby się ani Deacon St. John, ani przeprogramowany T-800. Gdy dodamy do tego okrągłą, bo wynoszącą dokładnie zero liczbę crashy, bardzo niewielką liczbę bugów (kilka razy postać dziwnie się zgliczowała) i fajny, niezmiernie przydatny przy tworzeniu tego wpisu tryb fotograficzny, to wyjdzie na to, że mający opinię etatowych partaczy ludzie odpowiedzialni za pecetowe Uncharted totalnie zaskoczyli, nieprawdaż? Czym innym jest pierwotna jakość gry w wykonaniu Naughty Dog, czym innym wtórna wobec niej rzecz, czyli stan przeprowadzonej przez inny zespół konwersji na PC; w obu tych przypadkach twórcy spisali się na medal. Można? Można.

Steamowe wydanie U4 zawiera dodatek Lost Legacy. Co dostajemy w tym DLC? Ano sporo: nową lokację (Indie), zamiast braci Drake’ów duet bohaterek odgrywany przez świetne aktorki głosowe (nieco zapomniana z roli Vali Mal Doran w Stargate SG-1 i niezapomniana jako Morrigan w serii Dragon Age rewelacyjna Claudia Black oraz partnerująca jej legenda branży – Laura Bailey) i naprawdę udane dialogi między nimi, kapkę otwartego terenu i zabawę z mapą w jednym z rozdziałów (ci sami autorzy wykorzystają później ten pomysł znowu, projektując postapokaliptyczne Seattle), przejażdżkę na słoniu, nową mechanikę w postaci otwierania zamków (przez którą – chcąc grać padem – musiałem zostawić włączone wibracje kontrolera, a ja ich nie znoszę), kapitalną misję w pociągu czy więcej zagadek. Zaginione dziedzictwo jest ze dwa razy krótsze niż A Thief’s End, ale nie mniej od niego dynamiczne, co czyni akcję jeszcze bardziej zintensyfikowaną i w połączeniu z dość tombraiderowym klimatem doprowadza mnie do wniosku, że w sumie… podobało mi się ono jeszcze bardziej niż przygoda Drake’a.

To, czego w dodatku nie dostajemy, to odpowiedź na pytanie, co łączyło protagonistkę z Nathanem Drake’em: dlaczego wybrał on Elenę zamiast niej? Uderzam w romantyczne tony, ale niech Was to nie zmyli: robię to tylko po to, by sformułować zarzut pod adresem wydawcy gry. A tyczy się on dziwacznej decyzji, by wydać na PC wyłącznie czwartą część Uncharted, przez co komputerowi gracze z automatu stoją na trochę przegranej pozycji w temacie rozumienia relacji między bohaterami, a spotkania ze starymi znajomymi zwyczajnie nie dają efektu „wow”. I niech mi nikt nie pisze, że pierwsza część serii za bardzo się zestarzała, graficznie czy też mechanicznie. Dobra gra obroni się sama. Dowód? Remastery pierwszego Bioshocka i Mass Effecta, które przechodziłem niedawno. Obie gry oryginalnie pochodzą z 2007 roku, dokładnie tak samo jak Fortuna Drake’a, a mimo to grało się w nie wciąż niezwykle przyjemnie. W rezultacie czuję się troszkę olany jako klient: z jednej strony doceniam zmianę polityki Sony i fakt, że nie muszę kupować PlayStation, by grać w hity od niebieskich, ale z drugiej trudno jest mi pozbyć się wrażenia, że tok rozumowania wydawcy jest mniej więcej taki: „Cześć, gracze PC. Po wielu latach dostrzegliśmy, że da się na was zarobić. A że wrzucamy na waszą platformę wszystko jak leci z ery PS4, to macie tu kolekcję Dziedzictwo złodziei. Gdzie poprzednie części? Nie ma i nie będzie. Za dużo roboty”. I nie upieram się koniecznie co do odświeżonej trylogii wcześniejszych przygód Drake’a, OK? Nie jestem naiwny, nie oczekuję pełnoprawnych remake’ów na miarę ostatnich produkcji Capcomu, stworzonych w dodatku specjalnie z myślą o pecetowcach. Wystarczyłby mi zaimplementowany do U4 komiks lub filmik, streszczający poprzednie wydarzenia. Tymczasem nawet tego pożałowano. Ech, pozostaje YouTube.

Wielką niesprawiedliwością byłby jednak kończenie tego tekstu narzekaniem, toteż pozwólcie, że skonkluduję: U:LotTC to kawał satysfakcjonującego, generującego adrenalinę kodu i obowiązkowa pozycja dla fanów gier akcji z widokiem TPP. Dość liniowa co prawda, ale czy wpychane wszędzie otwarte światy jeszcze się Wam nie przejadły? Niektóre sekwencje akcji robią wrażenie nawet siedem lat po premierze i to, że są w większości oskryptowane, w niczym nie ujmuje im widowiskowości czy efektowności. Ponadto bardzo miła dla oka jest grafika i zmienność lokacji – Drake to prawdziwy obieżyświat, który w CV ma wpisane krajoznawcze podróże: odwiedzamy tu Panamę, Włochy, Szkocję czy Madagaskar. Lecz czy mimo uzasadnionych zachwytów nazwałbym U4 arcydziełem na miarę wspomnianych TloU 1&2 czy Bioshocków? No nie do końca. Ci, którzy kochają akcję i narrację w stylu Cinematic Experience, dostaną mnóstwo argumentów, by wielbić ją dalej. Nastawienia jej krytyków – którym dodatkowo może przeszkadzać leciutki klimat opowieści – raczej U4 nie zmieni. Bardzo ważna jest kolejność poznawanych gier, indywidualne ich doświadczenie, toteż biorę poprawkę na to, że ten tytuł ogrywany w 2016 roku musiał robić kolosalne wrażenie. W 2023 robi ciutkę mniejsze, co nie zmienia faktu, iż nawet dziś podoba się wielce. Ponadto jednorazowa przygoda z Drake’em to za mało, by zdetronizował on na pozycji branżowej legendy jednie słuszną poszukiwaczkę skarbów, tj. pannę Croft. Reasumując: czy warto kupić Uncharted? Tak, zdecydowanie warto, tym bardziej że to trzy gry w cenie jednej.

„Trzy? Jakie trzy?” Nim ktoś zada mi takie pytanie, odpowiadam: tak, trzy. Pierwszą jest A Thief’s End. Drugą Lost Legacy. Trzecią Crash Bandicoot. A przynajmniej jego jeden level.
Powyższy tekst – w wersji krótszej niemal o połowę – trafił również na Steam (zróbże coś z tym absurdalnym limitem znaków, panie Gaben). Użyte screenshoty są mojego autorstwa.